Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

24793 miejsce

Spalona rewolucja, czyli co nie wyszło w szkolnych stołówkach

Zamysł był słuszny – zabrakło niestety odpowiednich przypraw, by gotowe danie było nie tylko zjadliwe, ale i apetyczne. Dlatego polska młodzież musi się póki co obejść smakiem. Misja wprowadzenia zdrowej żywności do szkół nie powiodła się.

Polski bigos
Kwestia zakazu sprzedaży niezdrowych produktów w szkolnych sklepikach budzi coraz większe kontrowersje. Uczniowie skarżą się na łamanie ich swobód obywatelskich, kwitnie ponoć czarny rynek batoników, w Krakowie trwa debata, czy w szkołach nie wolno sprzedawać obwarzanków w ogóle czy tylko obwarzanków z solą, a producenci niezdrowej żywności grożą pozwami do sądów.
Trudno nie przyznać racji zatroskanym ustawodawcom, którzy bardzo dobrze zidentyfikowali źródło narastającej otyłości wśród dzieci oraz młodzieży. Czy jednak wybrali słuszną drogę? Przykłady z innych krajów pokazują, że z problemem można było zmierzyć się na kilka sposobów. I już teraz wiadomo, jakie błędy popełniono w naszym kraju:
• brak społecznej kampanii informacyjnej, wyjaśniającej, dlaczego ze szkół usuwa się takie, a nie inne produkty – działanie takie posłużyłoby również do uwypuklenia przewagi zdrowych produktów nad tymi z dużą ilością konserwantów czy wysokokalorycznymi;
• brak społecznej kampanii informacyjnej, zachęcającej do jedzenia zdrowej żywności – na tym etapie w działania mogłyby włączyć się rozpoznawalne osobistości, mające pozytywny wpływ na podejmowanie decyzji przez młodzież;
• brak szerszych działań zsynchronizowanych z zakazem, np. wprowadzenia do podstawy programowej obowiązkowych zajęć poświęconych zdrowemu odżywianiu się;
• brak współpracy z nauczycielami i wyposażenia ich w materiały edukacyjne bądź scenariusze lekcji, podczas których uczniowie poznawaliby zasady zdrowego stylu życia;
• brak zaangażowania lokalnych wspólnot w działania, np. współpracy z restauracjami, gospodarstwami rolnymi, które swoją wiedzą, zasobami lub autorytetem mogłyby stanowić wartość dodaną w tym procesie.

Gotuje się zmiana
Cooking Up Change to inicjatywa prowadzona w ramach kampanii Healthy School Campaign. Zwraca uwagę nietypowym, ale skutecznym podejściem do wprowadzania zdrowych innowacji w szkolnym menu. Zamiast z góry narzucać uczniom, co powinni jeść – angażuje się ich, by sami dokonywali zmian w wykorzystywanych przepisach. Drużyny reprezentujące poszczególne szkoły zgłaszają się do konkursu, a ich zadaniem jest przygotowanie nie tylko zdrowego, ale i smacznego posiłku dla swoich rówieśników z klasy. Młodzi kucharze mają do wykorzystania tylko te składniki, z których na co dzień korzystają szkolni kucharze. Oprócz tego ogranicza ich także termin przygotowania dań. Zwycięska drużyna oprócz imponującego pucharu oraz dyplomu honorowana jest także zaszczytem wprowadzenia ich autorskiej potrawy do stołówki w swojej szkole. Od 2007 roku, gdy w Chicago przeprowadzono pierwszą edycję konkursu, uczniowskie menu poszerzyły się m.in. o pikantnego kurczaka po haitańsku, tartę ananasową, grecką zieloną sałatkę, uliczne meksykańskie tacos czy japońską zupę cebulową.
Inicjatywa zyskała szerokie uznanie lokalnej społeczności i przychylność mediów, przez co organizatorom łatwo o pozyskanie sponsorów. Na chwilę obecną w finansowe wsparcie zaangażowało się blisko 30 fundacji, stowarzyszeń oraz innych organizacji.

Szefowie kuchni – do stołówek, marsz!
Statystyczny Polak doskonale zna się na piłce nożnej oraz polityce. Brak jeszcze badań dowodzących, że jako naród czujemy się także doskonale w kuchni, dlatego też amerykańska akcja „Chefs move to schools” ma u nas szanse powodzenia.
W czym rzecz? Otóż w danym mieście szefowie kuchni z lokalnych restauracji „adoptują” wybraną przez siebie szkołę, a następnie układają w niej zdrowe menu, edukują kadrę tamtejszej stołówki oraz prowadzą edukacyjne pogadanki z uczniami, przekonując ich do zdrowego jedzenia oraz dokonywania słusznego wyboru. Wykorzystanie autorytetu białego fartucha oraz czapki, a także wieloletniego doświadczenia wygląda jak przekonywający pomysł. Sama społeczność uczniowska zapewne też musi czuć się doceniona, iż na spotkanie z nią pofatygowała się tak znacząca postać.
To również inspirujący przykład na zaangażowanie lokalnych podmiotów do kooperacji na rzecz wspólnego dobra. Pożytek z tak poprowadzonej akcji mieć będą nie tylko uczniowie (bardziej wyedukowani i lepiej się odżywiający) oraz szkolne kucharki (podnoszące swe kwalifikacje), ale także restauracje, które zyskają pozytywny wizerunek, sympatię oraz szacunek klientów.

Zasiali uczniowie owies
A co by było, gdyby szkoły stały się samowystarczalne w zakresie dostarczania produktów żywieniowych do stołówek i sklepików? Takie pytanie zadali sobie koordynatorzy brytyjskiej kampanii „Every school a food-growing school”. Przekonują, że poszerzenie podstawy programowej o naukę hodowli roślin, a także prowadzenie praktycznych zajęć w tym zakresie ma same zalety. Po pierwsze – uczy dzieci zdrowego stylu życia. To, co wyrośnie z ziemi i zostanie przez dzieci zjedzone na pewno będzie zdrowsze niż pełna chemii żywność. Poza tym, młodym ludziom dobrze zrobi już sam ruch i wysiłek włożony w pielęgnacje grządek w ogródku. Po drugie – wśród uczniów wzrośnie ekologiczna świadomość. Projekt ma udowodnić, że możliwe jest zaspokojenie własnych potrzeb konsumpcyjnych w oparciu o lokalne zasoby. Po trzecie, taki szkolny ogródek tudzież szklarnia może posłużyć jako skuteczne narzędzie do integracji szkolnej społeczności, wzbudzeniu dumy u uczniów („to jest nasze – sami to wyhodowaliśmy, sami o to dbaliśmy”) oraz odwrócenia ich uwagi od palenia papierosów w toalecie na dużej przerwie. Po czwarte wreszcie, inicjatywa ma nie tylko na celu działania z zakresu polityki żywieniowej lub ekologicznej. Kolejnym poruszanym w ramach projektu zagadnieniem jest bowiem kwestia ekonomiczna. Hodowanymi warzywami można przecież handlować, uczyć się za ich pomocą rynkowych mechanizmów popytu i podaży, stawiać pierwsze kroki jako przedsiębiorca.
Projekt taki mógłby mieć szczególne powodzenie w miejskich szkołach, gdzie z oczywistych przyczyn młodzież nie ma dostępu do płodów Matki Natury.

Gwiazdy świecą przykładem
Magia znanych nazwisk zawsze działa. Także w kwestii promocji zdrowego odżywiania się. Dlatego w ogólnokrajową kampanię na rzecz zmiany szkodliwych nawyków żywieniowych w USA zaangażowała się Michelle Obama. Z wielką pasją nawoływała do jedzenia większej ilości warzyw, ale i regularnej gimnastyki. Ustanowiła nawet odznaczenie za „Aktywny styl życia w wersji prezydenckiej”. By na nie zasłużyć, należało podjąć oficjalne zobowiązanie, że przez sześć tygodni, pięć razy w tygodni przez minimum godzinę w ciągu dnia wykonywać się będzie wybrane ćwiczenia fizyczne. Propozycje takowych zostały opublikowane w internecie, podobnie jak i formularz deklaracji. By jeszcze bardziej pobudzić zmysł rywalizacji wśród młodych ludzi, mogli oni porównywać swoje wyniki w internecie. Oczywiście, sama pani Obama również wzięła udział w wyzwaniu.
Do zdrowego odżywiania zachęca również fundacja Jamie'go Oliviera. Popularny brytyjski kucharz od 2002 roku prowadzi trzy programy edukacyjne w ramach swej charytatywnej działalności. Jeden z nich, „Kitchen Garden Project”, to w pełni wirtualna inicjatywa skierowana do nauczycieli. Na specjalnej stronie udostępniane są atrakcyjnie opracowane materiały edukacyjne (scenariusze lekcji, przepisy, jedzeniowe ciekawostki), które mają zachęcić kadrę do włączania tematów związanych ze zdrową żywnością do codziennych zajęć. Olivier przekonuje, że wydzielenie w planie lekcji kilkunastu minut na zbiorowe gotowanie ma same zalety. Jako przykład podaje szkołę podstawową St. Paul's Whitechapel w London Borough of Tower Hamlets, jednej z gmin Wielkiego Londynu. To w tamtej placówki powstał duży przyszkolny ogródek, a dyrektor osobiście pilnował, by dzieci codziennie samodzielnie przygotowywały posiłek. Efekt? „Już przyzwyczailiśmy się do widoku dzieci zajadających się nie chipsami, a świeżo przyrządzoną sałatą oraz rozmawiających o tym, jak prawidłowo przyrządzić posiłek. Rodzice są oczarowani tym, że ich pociechy same sięgają po warzywa, na które przedtem nie chciały nawet patrzeć”.
Także i w Polsce z łatwością dałoby się znaleźć poważane i wiarygodne autorytety, które mogłyby przekonywać młodych obywateli do zmian w jadłospisie. Mieliśmy już kampanię zachęcającą do picia mleka – czemu by nie pójść o krok dalej?

Przemysław Zieliński
Marketing manager i copywriter, zajmujący się reklamą od 5 lat, współtwórca i koordynator kilkunastu projektów służących promocji lokalnych tradycji oraz wartości. Założyciel agencji reklamowej Wielka Radość (www.wielkaradosc.pl)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Mówiąc natomiast całkiem serio, wolałbym, aby szkoła wyposażała uczniów w rozumowe narzędzia do weryfikacji mitów. Wszelakich. Zamiast w narzędzia do ich uprawy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

/Co do przyszkolnego chlewu - zacznijmy może od szklarni, potem - kto wie./

Podwójne "nie".

1. Zacznijmy od definicji tego, co zdrowe, ponieważ dzisiejsze definicje - to życie w micie.
2. Albo mówimy o "samowystarczalności", albo udajemy, czyli: to kolejny mit.

I tak sobie udajemy, zamiast rozwiązać problem.
"Rozwiązują" go za nas inni. W swoim interesie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie chodzi o propagandę wegetarianizmu - ale sama idea przygotowywania posiłków ze składników, które się wyhodowało na przyszkolnej działce brzmi interesująco. Co do przyszkolnego chlewu - zacznijmy może od szklarni, potem - kto wie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

/Olivier przekonuje.../

Mnie przekonał.
Przekonał, że w wieku 36 lat wygląda na własnego ojca.

http://www.theguardian.com/media/2011/jul/24/jamie-oliver-mediaguardian-100-2011

Ugotował się facet najwidoczniej.


Co do pomysłu z samowystarczalnością żywieniową szkół... zgoda, ale jak samowystarczalność, to samowystarczalność.
Czyżby miała to być propaganda wegetarianizmu?
Jeśli nie jednak, to trzeba pomyśleć nad hodowlą. Choćby świń.
I konsumpcją tychże "from nails to tails" - od czasu do czasu. Tak jak to czynią po dziś dzień stuletni Okinawianie na przykład.

Obawiam się jednak, że to nie pasowałoby do konceptu. Propaganda wszak jest inna.
Sieje owsem ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.