Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

49710 miejsce

Spectre - Bond postmatriksowy (recenzja)

Zamiast Neo mamy neokolonializm. Zamiast elektronicznych kalmarów mamy ośmiornicę – subtelny symbol organizacji mafijnej. Satelitarna inwigilacja i cyfrowa biurokracja konkuruje z walką na pięści w marokańskim pociągu.

Fabuła „SPECTRE” jak na Bondy jest dość skomplikowana – reżyser, Sam Mendes nie dba o suspens – siedziba wroga pojawia się dość późno, ale i szybko znika, końcowe akty terrorystyczne przeciwnika Bonda to w zasadzie bardziej stare porachunki, niż próba zniszczenia świata; Mendes, zadał sobie za to dużo trudu z przedstawieniem struktury współczesnej organizacji mafijnej zwanej w Bondach SPECTRE. Zajmuje się ona handlem ludźmi, oszustwami w branży farmaceutycznej, a także - jak wiemy z wcześniejszych filmów – handlem bronią i torpedowaniem działań agencji wywiadowczych. Równolegle ze spotkaniami mafijnymi pokazane są spotkania 8 światowych agencji wywiadowczych, które mają być od teraz połączone pod jednym szyldem, a agenci 00 z licencją na zabijanie – zastąpieni dronami. Ogólnie – nowa biurokratyzacja i permanentna kontrola to współczesna zmora, stąd też i sam Bond trafia pod elektroniczną smycz. Te przetasowania na najwyższych szczeblach zajmują w Bondzie także sporo... czasu – przez co fabuła po dość emocjonującym epizodzie w Meksyku siada na dobrą godzinę. Mamy tu – tak też przewidywaną przeze mnie z materiałów prasowych – najnudniejszą gonitwę samochodową w historii serii – zawierającą nie tyle walkę śmiercionośnych maszyn, co... lokowanie produktu.

W filmach z Seanem Connery'm SPECTRE miało dość groteskowy charakter – Stavro Blofeld chciał doprowadzić do III Wojny Światowej skłócając ze sobą NATO i UW – n.p. zestrzeliwując statek kosmiczny z pierwszym człowiekiem w kosmosie (w „Doktorze No”), albo z kolejnymi ludźmi w kosmosie (w „Żyje się tylko dwa razy”), w ostateczności stosował nuklearny szantaż (w „Operacji piorun”), knuł też przeciwko samemu Bondowi (w „Pozdrowieniach z Moskwy”). O tym, że kolejni bandyci mieli ze sobą coś wspólnego dowiadywaliśmy się z czasem.

W Bondach z Craigiem powraca się do motywu wspomnianej SPECTRE – tak samo, czyli post factum. Oglądając wcześniejsze Bondy nie wiedzieliśmy, że kolejnych przeciwników łączy jeden szyld, dowiadujemy się tego teraz. W „Casino Royale” przeniesiono fabułę napisanego w latach 50 Bonda w lata 00., co było żenujące – szeleszczący papierem pomysł sprzed połowy stulecia, by bankier mafii był nałogowym hazardzistą i miliony dolarów na handel bronią ryzykował grą w karty – podsumowuje nieudany film; okazało się jednak, że może być gorzej - w „Quantum of Solace” - najsłabszym Bondzie z Craigiem, sprawa rozgrywała się o naftę i ukryte źródła wody w zagrożonej suszą Boliwii – nie do końca wiadomo kogo to na dłuższą metę obchodzi – okazuje się, że nie obchodzi też samych twórców Bonda – w „SPECTRE” jest kilka aluzji do wcześniejszych Craigowych Bondów, a w zasadzie do jego przeciwników, ale akurat „Quantum” pomija się milczeniem – nie dziwota, czarne charaktery były na tyle niewyraźne, że Bond nawet nie raczył ich zabić (zrobił to kto inny). Na tym tle przedostatni „Skyfall” z Bardemem to już film mniej zły, a wręcz całkiem dobry - obecne „SPECTRE” słusznie zrobiło, idąc jego śladem – momentami jednak za bardzo zbaczało na manowce.

Otóż „SPECTRE” to Craigowski Bond najbardziej infantylny; zamiast docenić wierną, ale starzejącą się wszakże publikę – Mendes uznał chyba, że odbiorcy Bonda z wiekiem łagodnieją, a może i głupieją. Ograniczenie kategorii wiekowej w Bondach to zły pomysł – eksterminacja Bondowskiego przeciwnika należała zawsze do najbardziej ludycznych elementów serii – tutaj oszczędza się widoku czyjejkolwiek śmierci, co najwyżej już jej skutków. Wyciśnięcia oczu (a'la „Gra o tron”), strącenia z helikoptera, czy strzału samobójczego nie zobaczymy, bo wszystko jest poza kadrem; większość strzelanin odbywa się bez krwi i tak dalej – co można tłumaczyć chęcią odejścia od pornografii przemocy, ale pozbawia Bondowskiego widza elementów perwersyjnej niespodzianki.

Christoph Waltz jako główny czarny charakter wygłupia się po swojemu, ale nie ma praktycznie żadnych cynicznych powiedzonek (z resztą Bond też niewiele), a jedyne co mówi, to dopowiada elementy fabuły, więc w zasadzie jest czarnym charakterem, bo tak wynika z kontekstu, a nie dlatego, że faktycznie robi na ekranie coś złego. Na tym tle ironiczno-cyniczny Bardem spełnił się w swojej roli w „Skyfall” znacznie bardziej.

Korzyścią „SPECTRE” jest więc w zasadzie tylko Craig, a także jego stały, drugoplanowy przeciwnik ze wszystkich poprzednich Bondów – Jesper Christensen – widz po prostu już się do nich przyzwyczaił, stąd nie ma wątpliwości, że ich role są dobrze obsadzone. Nie gorzej mają się nowy Q, nowy M, czy Moneypenny. Lea Seydoux i Monika Bellucci nie mają przesadnie rozbudowanych ról, jakkolwiek na tle swoich co krok uśmiercanych, pechowych poprzedniczek u Boku Craiga, wnoszą "parytety ocalenia". Mówi się, że jest to ostatni Bond z Craigiem (w to, że będzie kolejny rebootu nikt chyba nigdy nie wątpił), ale i to nie jest przesądzone. Może jednak byłoby lepiej, gdyby tak było.



http://www.wiadomosci24.pl/artykul/skyfall_czyli_bardzo_bardziej_i_naj_bardem_247791.html

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Jak dla mnie najgorszy był Skyfall. Ja widzę tłumy na Bondach w kinie i sam jutro idę. Dla mnie ogólnie wszystkie bondy się zmieniają bo i czasy inne. Jeszcze jest jeden film na który czekam czyli Gwiezdne wojny VII chociaż uważam, że nie powinni ich robić a Bond, póki będzie przynosił kasę będą robić

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jako wielki fan Bonda muszę przyznać, że SPECTRE to najgorszy cześć z z Craigiem. Nie zgodzę się, że był to „Quantum of Solace”. Słaby jest scenariusz. W połowie filmu wiadomo jaka będzie intryga. Film niczym nie zaskakuje. Gdyby nie był kolejną częścią słynnej serii nie odniósłby sukcesu. Trzeba przyznać, że techniczne jest dobrze. Scena rozpoczynająca film robi spore wrażenie, zrobiona jest z ogromnym rozmachem. Ale później jest już tylko gorzej. Tak zachwalana sekwencja w Rzymie niczym nie zaskakuje. Ot, dwóch facetów ścigało się sportowymi samochodami. Scena w Alpach poprawna. nic więcej. Bójka w pociągu i Bond zapraszany przez tego złego do swojej siedziby już była. Nic odkrywczego. W ogóle nie rozumiem czemu twórcy chcieli tak mocno nawiązać do poprzednich obrazów. Poprzednie trzy filmy odniosły sukces bo wnosiły coś nowego, zbaczały z wytyczonych ścieżek. I widzowie to kupili. Christoph Waltz wygląda jak lekko szalony dobry wujek. Dave Batista podążający po krokach Bonda czarny charakter wzbudza raczej śmiech. Aktor zagrał jakby brał udział w filmie o parodiach agenta. Ralph Fiennes jako M przeciętnie. Judi Dench wcielająca się w tą rolę wcześniej, moim zdaniem będzie długo niedoścignionym wzorem. Podsumowując: tak słabo nie było od "Śmierć nadejdzie jutro"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.