Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

20878 miejsce

Spędziłem 21 dni w namiocie na drzewie

Iwo Łoś jest studentem I roku stosowanych nauk społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Od kilku lat udziela się w organizacjach walczących o stan środowiska naturalnego i pomagających ludziom najbiedniejszym. Jednak za pomoc innym trzeba zapłacić swoją cenę.

Jedzenie zamiast bomb

Iwo Łoś. / Fot. Fot. Tomasz ŻółciakJak wspomina Iwo, jego działalność zaczęła się niecałe dwa lata temu od wolontariatu w międzynarodowej nieformalnej organizacji Food Not Bombs. Powstała ona kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych, zajmuje się ona regularnym wyżywianiem ludzi, których nie stać na jedzenie.
– Raz na tydzień lub dwa – tłumaczy Iwo – wybieramy się samochodem na giełdę warzywną w Broniszach pod Warszawą, chodzimy po rolnikach i pytamy, czy mają resztki warzyw, których nie sprzedali tego dnia. Rolnicy chętnie oddają nam takie rzeczy. Zazwyczaj część warzyw nie nadaje się do spożycia, my odzyskujemy te wartościowe i potem przyrządzamy ciepłe, wegetariańskie posiłki dla bezdomnych, które rozdajemy przy metrze Centrum.

Akcja ta ma dwa cele. Po pierwsze działacze Food Not Bombs chcą zwrócić uwagę na problem głodu na świecie, będącego wynikiem złej dystrybucji żywności. Iwo wskazuje na statystyki, według których przy obecnej ilości pożywienia, można byłoby wyżywić sześć razy tylu ludzi, ilu jest na świecie. Po drugie, akcja ma być symbolicznym protestem przeciwko polityce militarnej rządów, w tym polskiego.

Trzeci Świat

Kiedy wkroczyliśmy na temat krajów Trzeciego Świata, spodziewałem się burzy pompatycznych haseł i sloganów nawołujących do poprawienia dramatycznej sytuacji większości państw afrykańskich. Słów szczerych i pustych jednocześnie. Tymczasem usłyszałem od Iwa na wstępie dość niestandardowy pogląd.
– Nie chciałbym hierarchizować tego wszystkiego, ponieważ, patrząc przez pryzmat jednostki, dla osoby żyjącej w Trzecim Świecie i mającej do czynienia z tamtejszymi realiami, to jest jej największy problem i to jest jej cały świat. A dla osoby w Warszawie, która też nie ma co jeść, problemem nie jest Trzeci Świat, ale polityka lokalna.

Pomoc humanitarna efektownie wygląda tylko w dokumentach i w statystykach. W praktyce okazuje się, iż ogromna część transportów zawierających leki i żywność nie trafia do potencjalnych odbiorców - po "zrzuceniu na ląd" zostaje rozkradziona bądź zawłaszczona przez lokalne władze.
Według Iwa, poważnym problemem jest również nadmierny konsumpcjonizm krajów rozwiniętych.
– Straszne jest to, że dzieci w Polsce bawią się zabawkami robionymi przez ich rówieśników w Chinach w obozach pracy – mówi z autentycznym przejęciem w oczach.

Czyny i słowa

Nim obaj popadliśmy w skrajny pesymizm, zapytałem Iwa o sposób, w jaki można nie tylko zaradzić obecnej sytuacji, ale również zwrócić uwagę społeczeństwa na aspekty humanitarne i ekologiczne. Podkreślił, z czym trudno się nie zgodzić, że inicjatywa powinna płynąć z dołu - dlatego też sam zaczął udzielać się w środowisku Zielonych. Ważną kwestią jest również edukacja ludzi młodych, będąca celem szkolnych spotkań przedstawicieli organizacji pozarządowych z uczniami. Jednak nie jest to takie proste – Iwo twierdzi, że obecny klimat panujący w Ministerstwie Edukacji Narodowej nie sprzyja organizowaniu takich spotkań. Pozostaje również działanie bezpośrednie, zarówno w obrębie działalności NGO-sów jak i we własnym zakresie (o co chyba najtrudniej). Działalność wolontariusza nie sprowadza się wyłącznie do przypinania się do drzew i koczowania w namiotach przy 20-stopniowym mrozie.
– Wolontariusz działa na wielu polach – zaznacza Iwo – jest to na przykład tłumaczenie tekstów, filmów, przygotowywanie transparentów, dokumentów, obsługa mediów czy pomaganie w pracach biurowych. Jak widać, spektrum możliwości jest szerokie, a drzwi organizacji pozarządowych są otwarte nie tylko dla zapalonych obrońców przyrody. Pomóc może każdy - na własny sposób.

Wara od Rospudy

Iwo Łoś był jednym z ekologów, którzy protestowali przeciwko budowie obwodnicy w Dolinie Rospudy. Był odpowiedzialny m.in. za informowanie prasy - niejednokrotnie wypowiadał się dla Faktów TVN, widoczny jest na zdjęciach różnych portali internetowych, dla których Rospuda do niedawna również była tematem numer jeden. Siedział tam przez 21 dni, nie przejmując się dwoma tygodniami nieobecności na uczelni. Na szczęście wykładowcy nie robili mu z tego powodu problemów, jak twierdzi - zdawali sobie sprawę, że walczy w słusznej sprawie. Nim przyjechał wraz z innymi Zielonymi okupować tereny nieopodal Augustowa, wcześniej, w listopadzie 2006 r., wziął udział w debacie publicznej zorganizowanej przez organizacje pozarządowe specjalnie dla mieszkańców tejże miejscowości - ekolodzy przyjechali do Augustowa wynajętym pociągiem. Na pytanie, czy ekolodzy odnieśli sukces broniąc zaciekle Rospudę, odpowiada:
– Myślę, że tak. Po pierwsze, udało się obronić samą dolinę. Po drugie, udało się w ten sposób przywrócić do dyskursu publicznego ekologię jako taką i problem dewastacji środowiska. W "Przekroju" (i nie tylko) w czasie akcji w Rospudzie pojawiło się wiele artykułów, w których Rospuda była punktem wyjścia do szerszych rozważań o środowisku i stanie świadomości ekologicznej w społeczeństwie.

Na własną rękę

Iwo stara się również działać we własnym zakresie - rok temu nakręcił (świetny swoją drogą) film dokumentalny poświęcony squatom warszawskim.
– Squaty są to miejsca, budynki, które stoją puste, zajmowane przez ludzi chcących tam mieszkać i jednocześnie działać na polu kultury alternatywnej, działań społecznych, happeningów – tłumaczy. – Squaty zamieszkują głównie młodzi ludzie, którzy chcą żyć na uboczu, z dala od głównego nurtu i tworzyć coś z niczego.

I faktycznie, z opowiadań Iwa wynika, że squaty tętnią życiem - odbywają się tam niewielkie koncerty zespołów z całego świata (m.in. Brazylii, Argentyny, Skandynawii), wieczory filmowe, akcje spod znaku wspomnianego wcześniej Food Not Bombs czy też tzw. Free Shop, polegający na wymianie barterowej różnego rodzaju rzeczy (ubrań, narzędzi itp.).

Innym projektem Iwa był koncert w jednym z warszawskich klubów, podczas którego zebrał on 1000 zł na cele charytatywne. Przykład ten daje jako dowód na to, że możliwe jest zorganizowanie pomocy na nieco większą skalę, nawet jeśli nie dysponuje się pokaźnym budżetem i koneksjami.

Trzeźwym okiem

Mój rozmówca nie ukrywa, że wolontariat w NGO jest czasochłonny i wymaga sporo zaangażowania, by był efektywny. Przede wszystkim, należy próbować swoich sił w sferach, które nas interesują, do których czujemy się w jakiś sposób powołani i potrzebni. Nie wystarczy więc wyszukać w internecie kilku organizacji i zapisać się do pierwszej lepszej - wybór powinien być przemyślany i zdroworozsądkowy. Poza tym praca taka wymaga dużo wytrwałości, samozaparcia i wiary w to, co się robi. Często trzeba rezygnować z innych zajęć (jak np. zajęcia na uczelni) lub nauczyć się postępować w sposób niekonwencjonalny
– Przydatna jest zdolność czytania lektury w namiocie w lesie w 20-stopniowym mrozie na wysokości 25 metrów – dodaje Iwo ironicznym tonem.

Akcje organizowane przez ekologów często są na granicy prawa bądź nawet je łamią - protest w Dolinie Rospudy był nielegalnym zgromadzeniem. Jednak Zieloni w tym przypadku odwołują się do obywatelskiego nieposłuszeństwa i działania w stanie wyższej konieczności, co na pewno w jakiejś mierze ich usprawiedliwia.

Pozostaje tylko pytanie, czy warto się tak poświęcać dla sprawy - stawiać na szali edukację, karierę, codzienne przyjemności? Oczywiście wolontariat nie przekreśla szans na spełnianie się w innych dziedzinach. Chodzi o to, by zdawać sobie sprawę, jakie zobowiązania niesie ze sobą. Najważniejsze jednak, by czuć powołanie - bez tego daleko nie zajdziemy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

"fanatycy" - LOL, panie Emenefix fanatycy to chcą zniszczyć Dolinę Rospudy. Jeśli inaczej się nie da to trzeba włazić na drzewa taki jest obawiązek obywatelski żeby zwykły obywatel miał prawo prostestować przeciw głupocie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Potwierdza się moja zafajdana teza, że niektóre zawody czy powołania nawiązują do nazwisk.
A gdyby jeszcze tak na imię Daniel dano panu Łosiowi?
@Nawrotto - co ma religia do ekologii?

Komentarz został ukrytyrozwiń

To jest właśnie to... Ekologami nazywa się szumnie tarzanów wiszących na drzewach, którzy na co dzień są studentami np nauk społecznych i nie potrafią wymienić choć jednej cechy morfologicznej doliny, godnej ochrony. A nie ludzi, którzy istotnie mają całą paletę wiedzy ekologicznej
Profesor ochrony środowiska na wykładzie: "Nie dajcie się nabrać telewizji. Prawda jest taka, że protestują najbardziej nieświadomi, dyletanci i owszem autentyczni fanatycy. Szefowie organizacji ekologicznych i inni "z góry"w tym czasie "monitorują" lub "pertraktują". Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zawód ekologa nie ma zbyt wiele wspólnego z przywiązywaniem się do drzewa. Nazwałbym to działalnością protestancką.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.