Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

94042 miejsce

SPiSek teorii sPiSkowej

Prawo i Sprawiedliwość gra według zaplanowanego scenariusza. Główną rolę pełni w nim katastrofa smoleńska. Jaki naprawdę ta partia ma stosunek do tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku?

Zamach niemal prawie graniczący z pewnością
Na początek chciałbym postawić główną tezę: Prawo i Sprawiedliwość, a szczególnie kierownictwo tej partii, nie wierzy w zamach. Wiedzie ku temu prosta obserwacja: do tej pory w żadnym wypadku ze strony polityków PiS, łącznie z samym prezesem, jak i Antonim Macierewiczem, nie padły słowa potwierdzające ze 100% pewnością zamach. Politycy tej partii używają za to nagminnie słów „wielce prawdopodobne”, „niemal pewne”, „wysoce prawdopodobne”, „niemal ze 100% pewnością”, „wstrząsy” zamiast wybuchów. Wszystko jest na 99%, nigdy na sto. Nawet dociskani w rozmowach publicznych nigdy nie padają słowa: „tak, wierze że był to zamach”, tak było to zamach”. Zamiast padają stwierdzenia: „to powinno zostać wyjaśnione”, „należy to sprawdzić”; zmieniają temat, odpowiadając pytaniem na pytanie. Z kolei wtedy kiedy bardziej skłonni są mówić o wersji katastrofy wplatają słowa: mord, polegli, zdradzeni. Zbyt to częste, zbyt wystudiowane, zbyt chłodne żeby było autentyczne. Jest to wynik instrukcji partyjnych, jak o tej katastrofie należy mówić, aby niczego definitywnie nie powiedzieć, ale utrzymywać w powietrzu niepewność.

Jednocześnie stawianych jest mnóstwo hipotez, często wzajemnie się wykluczających. Otwiera się bardzo wiele furtek, ale za żadną nie stoi się murem. Należy ich otwierać jak najwięcej, umożliwiając nawiązywanie kolejnych wątków, jak najdłuższe snucie opowieści, w żadnym wypadku nie należy się trzymać jednej tezy. Wszystko to ma działać rzekomo „pobudzająco”, ale jednocześnie odpowiednią część społeczeństwa przeszkadzającą PiSowi w wyborach ma jak najbardziej zniechęcić.
Wszystko to tłumaczy się w imię „zadawania pytań”. Jest to częsta odpowiedź polityków PiSu, jak i zaprzyjaźnionych dziennikarzy. I faktycznie nie da się zaprzeczyć tej żelaznej logice. Nikt, kto stoi po stronie demokracji, nie powinien się z tym kłócić. Problem w tym, że PiS może zadawać każde najbardziej tendencyjne pytania, a czasem wręcz debilne: jedna z posłanek tej partii, która 10 kwietnia dotarła na miejsce katastrofy około godziny 14, stwierdziła, że żadnej mgły tam o tej porze nie zastała, więc zadaje publicznie pytanie co się z ową mgłą stało? Tak jak wszyscy PiSowcy nie chce na nie też odpowiedzi, jeśli ją uzyskuje podważa źródło, nawet jeśli udzielić jej powinien każdy piątoklasista. Pytań ma być jak najwięcej, nieważne jakiej jakości, na wszystkie domagać się należy opinii ekspertów, najlepiej całej grupy i zawsze niezależnych, przy czym o niezależności świadczy tylko i wyłącznie zgodność z tendencjami PiS. W ten sposób nikt nie ma autorytetu ani czasu na cokolwiek odpowiedzieć. I o to chodzi.

Często prowadzi to do kuriozów. Posłowi Sasinowi zdarzyło się wychwalać w zeszłym roku twórców programu Katastrofy w przestworzach jako niezwykle rzetelnych (ze względu na materiał o samolocie, który nie rozpadł się przy upadku na ziemię (to że spadał pod innym kontem, na brzuch i na płaskie podłoże, a nie na las, oraz 1000 innych czynników, to już jak zawsze mało istotne szczegóły)). Kiedy jednak dowiedział się o możliwości przeprowadzenia eksperymentu ze zderzaniem skrzydła Tu-154M z drzewem (co jednak wymagałoby wsparcia finansowego), nagle zmieszany stwierdził, że nie należy dofinansowywać prywatnych firm, które nie są dostatecznie profesjonalne (!) w prowadzeniu takich badań. Zmiana frontu zajęła mu 15 sekund. Tak więc mnożenie pytań jest zgodne z wytyczną partii, odpowiadanie na nie już nie.
Obecnie poseł Sasin programu Katastrofy w przestworzach w ogóle już nie ceni.

Inni - na przykład ja – pytań zadawać już nie mogą, a jeśli je zadają to albo w imieniu obcych sił, albo bredzą. Z pytaniami zadawanymi przez nieakredytowane do tego osoby nie dyskutuje się merytorycznie. Każdy kto uważa, że brzoza mogła urwać skrzydło samolotu, jest z automatu odpytywany czy wierzy w pancerną brzozę z uśmieszkiem pogardy i politowania. A przecież pytanie to można odwrócić do zwolenników zamachu: czy uważają, że samoloty służą do wyrębu lasów? Czy ktoś już opatentował taką metodę? Jakie drzewo jeszcze potrafi ściąć skrzydło Tu-154M? Sosna? Dąb? Może sekwoja u podłoża? Czy wreszcie wsiedliby jako pasażerowie na eksperymentalny lot, w którym będzie się testowało wytrzymałość skrzydeł na zderzenia z brzozami dochodzącymi do średnicy 15cm?

Kolejne pytanie: jak to się stało, że bomba wybuchła wyjątkowo w skrzydle i wyjątkowo zgadza się to z faktem, że na podejściu samolot miał przed sobą wysoką brzozę (w dodatku na złej ścieżce podejścia!)? Jak FSB(?) to zaplanowało? Dziwnie ta bomba była zgrana z ową brzozą (a nawet dwie bomby – zazwyczaj jest jedna), w dodatku bomba ta musiała być specjalistyczna skoro zostawiła akurat taki ślad na końcówce skrzydła, który wygląda dokładnie jak urwany uderzeniem o drzewo a nie rozerwany wybuchem bomby. Dodatkowo była niewykrywalna. Byłby to chyba pierwszy przypadek tak nierealistycznie skomplikowanego zamachu?

Jeszcze inne pytanie mogłoby brzmieć: czy rozumie się istotne badań przesiewowych i odróżnia się solidną bryłę lub pojemnik materiału wybuchowego przed eksplozją widoczną gołym okiem (dzięki czemu badania na lotniskach trwają tak szybko), a mikrocząsteczkami (dlaczego też badania laboratoryjne trwają tak długo)? I tak dalej – jak widać wątpliwości można mnożyć w obie strony.

Pytania do ludzi PiS są jednak nie na miejscu. To oni są od ich zadawania, jak najdłużej trzymając ludzi w napięciu do momentu po wyborach.

Nie uważam jednak polityków PiSu za cyników, przynajmniej nie większości, jak i także części dziennikarzy pro-PiSowskich za takowych nie uważam. Ich linia rozumowania sprowadza się z grubsza do tego: nawet jeśli nie wierzą w zamach, to uważają siebie za najgodniejszych, jeśli nie jedynych godnych przedstawicieli narodu. Uważają, że nawet jeśli była to zwykła katastrofa, to zawinił w znacznej mierze rząd Tuska, a nawet jeśli tak bardzo nie zawinił, to i tak jest tak zły, że same ofiary byłby za tym, aby ich śmierć wykorzystać to zrobienia czegoś niezwykle pożytecznego. Szczególnie prezydent Kaczyński – prowadzący w końcu politykę symboliczną - nie może się zapisać w pamięci z ostatnim akordem w postaci groteskowej, żałosnej, bezsensownej tragedii.

Środki uświęcają cele. Można się z taką postawą zgadzać lub się nią brzydzić. Nawet jeśli PiS robi coś niemoralnego, to jest to w jego mniemaniu w imieniu wyższej moralności. A to co się wydarzyło pod Smoleńskiem albo miało jakiś głębszy sens (zamach), albo można go sensownie spożytkować (mówiąc o zamachu dla przejęcia władzy). Tą ostatnią wersję przypisuję prezesowi Kaczyńskiemu. Oczywiście też jakaś garstka wśród PiSu w zamach wierzy, niektórzy może po czasie sami się do zamachu przekonali. Są pewnie też tacy, którzy mają coraz więcej wątpliwości moralnych do tej gry. Największą chyba zagadką pozostaje w co gra sam Macierewicz.
PiS mógł zbudować merytoryczną komisję z merytoryczną osobą wytykającą błędy i zaniechania, których było i jest bardzo wiele. Jednak teoria katastrofy nieuchronnie kierowałaby uwagę ku wszystkim rządom, a zatem także PiS’owskiemu – a ugrupowanie to do błędów się nie przyznaje nigdy.

Kierowałaby też ku kancelarii prezydenckiej, zatem obecni posłowie Sasin i Łopiński - którzy teraz twierdzą że za wszystko odpowiada kancelaria premiera, ponieważ to ona przygotowała wizyty -musieliby odpowiedzieć przed własną partią i wyborcami: a) jakie były właściwie ich kompetencje w kancelarii prezydenckiej skoro nic nie mogli zrobić?; b) skoro wiedzieli o utrudnieniach i niekompetencji urzędników premiera, co zrobili jako skonsternowani obywatele, żeby poprawić tę sytuację? Szczególnie że mieli na to najwyraźniej sporo wolnego czasu.

Udowodniłaby to tylko żałosność państwa, którą obnażyła ta katastrofa, że prezydent prowadzący politykę symboliczną zakończył swoje urzędowanie symboliczną groteskową i zupełnie niepotrzebną śmiercią. Z tym wielu nie może się pogodzić, więc od początku stoi murem za zamachem. Ale to tylko konserwuje w tym kraju wszystko to co jest żałosne.

Zamach metaforyczny
Błędy ludzkie to najczęściej przyczyna katastrof lotniczych. Lot, podczas którego złamano tyle procedur (czemu nie przeczy sam PiS, tylko niektóre z tych błędów przemilcza), miał jednak mimo wszystko paść ofiarą zamachu? Brzytwa Okhmana. Jakaś szansa statystyczna na to że samolot, który jednocześnie rozbija się (lub jest temu bliski) z błędów ludzkich, jak i staje się ofiarą zamachu istnieje - nie jest to niemożliwe, jest to nieprawdopodobne. Dlatego prokuratura (która jeszcze nie zakończyła śledztwa) może w każdej chwili wrócić do wątku zamachu. Sam Cezary Gmyz udowodnił przecież (próbując udowodnić coś innego, chyba jednak sam do dziś nie wie co), że prokuratura działa sprawnie prowadząc badania na obecność substancji wybuchowych. Jednak główni rozgrywający karty w PiS dobrze o tym wszystkim wiedzą, tak więc snują jednocześnie inne opowieści.

Z retoryką prawie-zamachu idzie cały czas retoryka niekompetencji rządu, który doprowadził do katastrofy, ale także retoryka przemysłu pogardy, który rzekomo do katastrofy się przyczynił. Tak jakby faktycznie w Smoleńsku na raz miała miejsca katastrofa i zamach. Lub też zmaterializowana ludzka pogarda dokonała metaforycznego zamachu. Te retoryki mają być też podtrzymywane obecnie, ponieważ będą potrzeba po dojściu do władzy. Wtedy to ostatecznie one okażą się
prawdą. Konstrukcja zamachu utkana jest tak, aby można było się potem wycofać na inne pozycje bez całkowitej dyskredytacji (przynajmniej przed własną widownią). To kolejne miejsce gdzie strategia PiS staje się widoczna.
Co do przemysłu pogardy o tym jak prężnie działają faktorie nienawiści PiSu i jego adoratorów, się albo nie wspomina, albo tłumaczy się jak zwykle wszystko na zasadzie „bo to oni zaczęli”, „bo oni są gorsi”, czyli tak jak dzieci w przedszkolu. Rzekoma największa ofiara tego przemysłu, prezydent Kaczyński, parę razy ujawnił swój jakże niepogardliwy strumień świadomości, mówiąc o małpach w czerwonym, i listach na które wpisywał ludzi do zniszczenia. To raczej nie były jedyna dwa wyjątki w jego myśleniu. To on już w 2005 roku uznał, że cele uświęcają środki, wysługując się Jackiem Kurskim w wyborach. Kurski, kiedy jest już poza PiSem (prawdopodobnie uznał teoria Macierewicza za zbyt wybuchowe), dla tej partii nagle sam stał się też pogardliwy.

Ostatecznie jest szansa, że PiSowi uda się wygrać kolejne wybory. W tedy w imię RPIV 2.0 i czyszczenia Polski z układów prawdopodobnie wejdzie w koalicję z PSLem. I nie będzie miało znaczenia, że to partia z nepotyzmem wypisanym na sztandarach, że rządziła tym krajem notorycznie i z PO i SLD. To też da się jakoś wytłumaczyć wyborcom, a raczej wybory sami muszą zrozumieć żelazną logikę dziejów, a jeśli nie to najwyraźniej to ich zbyt małego patriotyzmu problem.
Nie trzeba się martwić, że PiS będzie próbować udowodnić zamach. PiS chce wersji katastrofy, ale stwierdzonej za rządu PiS. Dopóki nie rządzą oni rządzi wersja zamachu. Po przejęciu organów państwa wydarzenia smoleńskie zostaną przez różnego rodzaju komisje i zespoły oraz wyznaczonych prokuratorów na nowo „rzetelnie wyjaśnione”. Wykażą one, że jednak była to katastrofa, jednak za którą odpowiada - przynajmniej moralnie - Donald Tusk oraz jego ministrowie. W żadnym wypadku nie sam prezydent i jego ludzie, ale również nie całkiem piloci.

Narracja o zamachu nie bez powodu zawiera w sobie klauzulę „wątków które muszą być gruntowanie zbadane”. Te wątki okażą się w odpowiednim momencie jednak nieprawdziwe, ale to że były testowane samo w sobie stanowiło o profesjonalizmie (w przeciwieństwie do działań państwa Tuska) i pomogło ustalić prawdziwe przyczyny. Prawdziwe czyli też takie, które w dużej mierze wskażą też na winę Rosjan – wierzy kontrolnej i serwisu samolotu. Wybuchy okażą się być hałasem wywołanym przez rozlatującą się sowiecką maszynę, źle złożoną przez rosyjski serwis, niedopilnowaną przez rząd i sprowadzaną przez niekompetentnych kontrolerów, podstawionych tam z premedytacją przez zwierzchnictwo w Rosji na zasadzie a nóż się rozbije.

Nie jest to zamach, ale blisko – od tej pory będzie można mówić, że był to zamach metaforyczny (i w tym sensie będą też tłumaczone słowa o mordzie i poległych), a zatem: nie mając racji i tak ją mieliśmy. Ustrzeże to od wojny z Rosją, ale pozwoli się dostatecznie mocno na nią obrazić, nadąsać i jeszcze bardziej ochłodzić stosunki, co będzie samo w sobie kolejnym moralnym zwycięstwem. Tak jak oni dokonali na nas metaforycznie zamachu, tak my metaforycznie ich odwetowo zbombardujemy naszą dumą i wiarą. Aż to w końcu rozpuści to lód na ich sercach.

Następnie (po około 2 latach) rząd PiS-PSL rozpadnie się, i wtedy dopiero wyjdzie na jaw że PSL jednak był partią niegodną koalicji, zdradziecką, zajmującą się rozkradaniem stanowisk, kiedy PiS namiętnie wyjaśniało katastrofę i ścigało inne układy.
Ta katastrofa zakonserwowała PiS i tuningowała jego najgorsze cechy, wypłukując osoby nie dość radykalne, co też sprawiło że do prowadzenia kampanii merytorycznej obecnie muszą wynajmować ludzi z zewnątrz (prof. Gliński). Gdyby 10 kwietnia się nie wydarzył, PiS szybowałoby dalej w dół, poniżej 20%, nie miałoby żadnego spoiwa ideologicznego. Wciąż wszyscy pamiętaliby Kaczyńskiemu jego rządy 2005 (2006) – 2007, a dodatkowo miałby brata bliźniaka – przegranego po pierwszej kadencji prezydenta bez osiągnięć, poza kaukaską przygodą (po której Gruzja straciła część terytorium), zmęczonego, z którym nie wiadomo co zrobić. Bez ludu smoleńskiego, bez tego spoiwa środowisk wzajemnie licujących się - także między sobą - na większy patriotyzm i większą zdradę, PiS albo znikałoby powoli ze sceny, albo musiałoby ulec gwałtownym przeobrażeniom, a wtedy zniknąłby prawdopodobnie z pierwszego planu Jarosław Kaczyński i jego ludzie. Pod tym względem to oni są największymi beneficjentami tej katastrofy.

Układ symboliczny
PiS stara się udowodnić swoją antysystemowość, wręcz udaje że nie sprawował nigdy rządów. Ale jednak je sprawował. Wcześniej znaczna część tej partii stanowiła AWS, razem z PO, stąd PO-PiS. Między tymi dwiema partiami więcej jest podobieństw niż różnic, a przepływ myśli i ludzi sztucznie wstrzymany wojną domową trwającą od 2005 roku o urażoną dumę i podział władzy, a i tak odbywający się wciąż w obie strony.

Całość polskiej polityki III RP składa się na w miarę spójną całość, która dobrze odzwierciedla pewien układ panujący w Polsce: mentalny. Mamy „lewicę”, czyli kanapy i socrealistyczny sentymentalizm; mamy przyjaciela wszystkich: PSL, czyli kolesiostwo i kumoterstwo; i mamy PO, czyli geszefciarski pragmatyzm. Ale ukoronowaniem tego układu polskiej mentalności jest PiS ze swoją narodowo-naborzną manią i mitycznym oglądem rzeczywistości. I mimo niechęci społecznej do polityki to jednak te partie są bardzo dobrą emanacją narodu.

Uważam, że praprzyczyną katastrofy smoleńskiej jest właśnie ta mentalność. Podobną groteskowość, jak tą z 10 kwietnia 2010 roku możemy obserwować co roku 1 i 2 listopada, kiedy masowo, często po pijaku, zabijamy siebie i innych na drogach, w drodze aby uczcić zmarłych. Ten samolot nie rozbił się, nie tylko z prezydentem, ale też z byłym prezydentem na uchodźstwie, prezesem NBP, naczelnymi dowódcami wojskowymi, innymi politykami, duchownymi, nie w drodze na konferencję o ostatecznym pokoju nad światem, a w drodze na cmentarz! Jest to tak żałosne, że faktycznie trudno w to uwierzyć, że żyjemy w tak bezmyślnym państwie skupionym na nierealnych sprawach. W dodatku katastrofa miała miejsce w Rosji, kraju który żałosnością i groteskowością powinien nad nami zawsze górować – a my ich przebijamy na ich terytorium.
Zamiast zdać sobie z tego sprawę i wyciągnąć w końcu wnioski, uciekamy od tej przykrej realizacji. O tym mówił już pięćset lat temu Kochanowski. Robi to PO, ociągając się z dymisjami, awansując dowódcę BOR, udając że nic się nie stało, wysyłając ministra związanego z katastrofą na „emeryturę” do Hiszpanii.

Ale, to co wyprawia PiS w tej sprawie to de facto pochwała dla tych praprzyczyn. Z wywodów jej posłów i jej specjalistów od lotnictwa nie wynika, aby łamanie kolejnych procedur miało cokolwiek wspólnego z katastrofą. Dowiadujemy się za to, że samoloty służą do wycinki drzew, że mogą latać poniżej progu we mgle. PiS jako eksperta powołuje pilota rządowego Jaka-40, który za swoje własne lądowanie z 10 kwietnia ma postępowanie.

Logikę tej partii można odczytywać też tak: procedury podczas lotów były łamane ciągle, więc czemu teraz się rozbił a nie wcześniej? Może inni muszą latać według procedur bezpieczeństwa, my jesteśmy bardziej zdolni. Oczywiście tutaj ulega przemilczeniu, że niemal takie same przyczyny i taki sam skutek zakończył lot CASY w 2008 roku.

W tej i innych sprawach to ugrupowanie ma poważny
problem: nawet jeśli dochodzi do jakieś autorefleksji to nigdy nie podejmuje się samokrytyki, widzi co chce widzieć, czyli siebie w roli zbawiciela. Nawet kiedy doszło do aresztowania ministra własnego rządu, był to powód do dumy a nie do wstydu; przecież mogliby go w ogóle nie aresztować, a jednak są uczciwi.
Można się też zastanawiać, jak w samolocie wiozącym prezydenta cywilizowanego kraju w XXI wieku po tym jak wystąpi mgła – zjawisko w lotnictwie na porządku dziennym - może dojść w kabinie pilotów do konsternacji: „co teraz”? W samolocie upchanym VIP’ami, z kilkoma przełożonymi, nie było żadnego planu, nie przestrzegano procedur i najwyraźniej taka sytuacja tym VIP’om od zawsze odpowiadała. Twierdzenie, że te czynniki mają minimalny lub żaden wpływ, jest podkładem pod kolejną katastrofę.

Sugeruje nam się, że jesteśmy genetycznie lepsi od innych, że nie trzeba się czegokolwiek uczyć, czegokolwiek przestrzegać, bo jakoś sobie poradzimy. A jeśli nie to winni są inni. Lansuje się ten kraj na jakąś dziwną krainę bohaterów, gdzie najważniejsza jest siła woli i moralna postawa, a nie umiejętności (jak w filmach akcji klasy B). Przygotowanie, wiedza i trening są nudne, liczy się spektakularność. Ludzie robiący swoje tak jakby nic nie robili. I w tą mentalność wpisał się kiedyś także obecny prezydent Komorowski mówiąc o drzwiach od stodoły (jako minister notabene MON, notabene rządu AWS (=PO-PiS)).

***
PiS gry którą rozpoczął, może wcale nie wygrać. Musi istnieć obawa o to co powie znowu Antoni Macierewicz i czy nie przesadzi. Nie wiadomo też na ile starczy mu tego paliwa, czy zdoła dowieść swoją historię do wyborów, czy jej autentyzm (jeśli można o jakimś mówić) nie spadnie, czy uda się nią jeszcze uszczknąć parę procent, czy nie zniechęci ona tych pozyskanych kryzysem i twarzą Glińskiego.

Ostatnia niefortunna wypowiedź postała Girzyńskiego także jest symptomatyczna. Stwierdził on, że ufa w pełni Macierewiczowi, lecz powinien on swoją argumentację podbierać lepszymi dowodami. A zatem ufa mimo dowodów? Otóż panu Girzyńskiemu wypsnęło się, że ta argumentacja nie jest dla niego, lecz dla narodu. To nie on ma to kupować tylko ludzie. To jest nie brak wiary w teorie posła Macierewicza, a strach przed tym, że on - stąpający na przedzie partii po cienkim lodzie teorii spiskowych - może ich wszystkich zrzucić do wody przed wyborami.

Na pewno jednak katastrofa stała się paliwem, na którym PiS - w takiej postaci w jakiej istnieje - może jeszcze długo utrzymywać się na powierzchni polskiej sceny, zarażać swoją wizją świata, ale też nie stawiając właściwie żadnych wygórowanych kryteriów innym partiom politycznym, obniżając poziom kretynizmu dla dopuszczalnej debaty, wyświęcając kiboli, usprawiedliwiając faszystów, przekonując o świętości tego narodu, domagając się pokłonów dla wielkiego narodu, odpowiadając na merytorykę raz kalumniami raz przysłowiami, wpuszczając do debaty jeszcze więcej najgorszych demonów tej smutnej krainy.
A najbardziej przegrani są ci, którzy nie są zwolennikami żadnej z obecnych na scenie partii.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Dobry tekst . Znaleziony przypadkowo :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Czyli prowadzi. Dziękuję! Komitecie obrony dobrego imienia kapitana A.W.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pora najwyższa uświadomić autora tego tekstu, jak i jego czytelników, że prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie lądowania samolotu Jak-40 w wyniku doniesienia złożonego przez obecnego dowódcę sił powietrznych opartego na samych przypuszczeniach i domniemaniach. Gdyby było tak jak twierdzą dziennikarze i znaczna część opinii publicznej, która swoje zdanie opiera na zmanipulowanych i nieprawdziwych doniesieniach z tych mediów i nieuprawnionych osądach "specjalistów", którzy najprawdopodobniej nie wiedzą o czym mówią, prokuratura postawiłaby zarzuty lądującemu tam pilotowi i nie bylibyśmy świadkami chocholego tańca od ponad trzech lat.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.