Facebook Google+ Twitter

Społeczny fenomen biegania (cz.1)

  • Bart Ken
  • Data dodania: 2014-06-19 01:10

Spokojnie, nie musisz biegać, czy interesować się bieganiem, żeby czytać te artykuły. Wystarczy, że po prostu lubisz czytać, a jeśli nie obce jest ci "czytanie" świata to poświęć kilka minut na niebiegowe wypocinki niezawodowego biegacza.

1 Maraton Lubelski (2013) / Fot. Bartłomiej ChudyNiniejszy wywód powstał w założeniu jako praca zaliczeniowa. W kontekście społecznym, sportowym i kulturalnym prześwietliłem fenomen, który ogarnął Polaków w ostatnich latach. Esej, wypadałoby rzec rozkładówka pewnej zajawki na części pierwsze, dotyczy prostej czynności, którą Polacy pokochali w ostatnich latach na skalę masową i nie do końca mierzalna. Zarówno w kategoriach dodatkowej pasji, „uzupełniacza” innego, pozasportowego wysiłku czy zawodowego ścigania się po najwyższe laury i pieniądze. Najprostszy, ale mimo wszystko nie najtańszy wysiłek. Nie przedłużam. Po prostu bieganie.

Masowy i zdrowy produkt


Nad ogólnokrajowym boomem zacząłem zastanawiać się dopiero w momencie kiedy wciągnąłem się w wir żmudnego wysiłku. Inspiracji i potencjalnych odczytań w bieganiu znaleźlibyśmy całe mnóstwo. Motywacje członków wymienionych wyżej grup biegaczy były, są i będą różne. Podobnie wygląda sprawa z odczytywaniem biegania przez resztę „niebiegającego świata”. Dla zachowania kolejności i przejrzystości ich interpretacje zawrę w kilku oddzielnych wątkach. Dla tej pracy kluczowym odnośnikiem jest rzecz jasna kontekst medialny, nie da się jednak analizować go bez skomentowania biegania jako faktu społecznego, dzisiaj wręcz kultowego.

Na początek należy scharakteryzować bieganie jako „prozdrowotny produkt", eskalujący zwłaszcza w drugiej dekadzie XXI wieku. Swoiste remedium na cywilizacyjne dolegliwości. Prostą czynność podchwycają i kupują kolejne miliony obywateli Polski i świata. Na dalszy plan schodzą dawne cenzusy: wieku, rasy, płci. Różnicę przestają czynić także inne: charaktery, style życia, wykonywane zawody, biegowe motywacje itd. Żeby nie odbiegać w czynniki wyłączne społeczne skoncentruję się na medialnym aspekcie biegania. Kluczowa jest tutaj rola istotnych sprawców owego sukcesu, czyli organizatorów i wolontariuszy biegowych imprez masowych. Jeśli szefowie sportowych ośrodków, stowarzyszeń czy fundacji są naczelnymi kapłanami tych świąt, to właśnie wolontariusze sekundują biegaczom z najbliższej odległości. Bezinteresownie poświęcają godziny wolnych dni ( z reguły biegi wypadają w niedziele), do obsłużenia biegaczy, kierowania ruchem, dopingowania co słabszych śmiałków dyszkowego lub maratonowego szaleństwa. Do tego dochodzi rzecz jasna przygotowanie i zakończenie imprezy.

Niebiegający lub po prostu neutralnie usposobiony świat odczytuje zjawisko boomu biegowego na różne sposoby. Pozytywy? Wystarczą wygodne i odpowiednie buty sportowe oraz chęci i determinacja na – zestawiając z krzesełkowym trybem pracy – wręcz katorżniczy wysiłek. Na przysłowiowe „dzień dobry” z dyscypliną to faktycznie niewiele. Nie tylko sportowiec-zawodowiec, ale też pracownik biura, czy informatyk ukończą – po odpowiednim przygotowaniu i zaparciu – maraton. Sprawa nabierze rozpędu, gdy wchłonięty w „światek” nowy biegacz zainwestuje kolejne godziny grafiku na coraz intensywniejsze bieganie. Za nimi pójdą w parze kwestie finansowe: specjalne wydatki na dietę z węglowodanami i białkami, wyposażenie już nie pierwsze lepsze, tylko dobre buty i koszulki, kolejne pakiety startowe.

Czyli biznes biegowy, który kręci się coraz szybciej. Otwiera potencjalne zyski producentom butów, napojów i żelów energetycznych, koszulek, a także właścicielom siłowni, pływalni itd. Odchodzić można by metodą pajęczyny powiązań jeszcze dalej. Setki, tysiące złotych. Od drugiej flanki biją negatywy, czyli pierwsze objawy przeforsowania prowadzące do boleści i zniechęceń. To także trudna decyzja dla kierowców, kiedy chodzi o zatrzymanie komunikacji w centrach miast jeśli trasa wiedzie przez główne aleje Nowego Jorku, Berlina czy Warszawy. Z jednej strony endorfiny i odśrodkowy napęd dający energię na inne obowiązki życiowe, z drugiej fałszywe iluzje i mity, udawanie profesjonalizmu, lansowanie się - od popularnych „piątek” aż po mass-maratony. A także wypadki i zasłabnięcia jak choćby śmiertelny przypadek ubiegłorocznej warszawskiej „dziesiątki”.

Wniebowzięci mogą być producenci akcesoriów biegowych: od butów przez czapki po pulsometry i pasy na kilka wspomagaczy wysiłku. Im oraz reklamodawcom sprzyja popularyzacja biegania, zwłaszcza kiedy sezon trwa w najlepsze (maj-wrzesień). Loga firm widnieją wszędzie: na koszulkach, bandach, ulotkach promocyjnych, w pakietach startowych, firmowych sklepach biegacza. I nie jest to dominacja światowych gigantów z Nike, Adidasa czy Decathlonu. Swoje ugrają tu mniejsi: 4F, New Balance, Isostar, ale i mniejsi, lokalni sponsorzy. Imprezę wspomogą samorządy. Swoje osiągają też ubezpieczyciele i firmy z branży medycznej. Wciągnięty z biegów klient „poleci” na zniżkę, którą uzyskał w pakiecie startowym. Motywacja własna plus endorfiny po dobrym czasie (faza gdzie liczy się już czas) i już wykonuje telefon do PZU bądź innego przedsiębiorstwa, którego usługi wynoszą więcej niż 100 złotych. Wciągnięcie amatora, który biega w zwykłej bluzie i prostych butach na poziom gdzie w grę wchodzi wizyta u sportowego ortopedy, zakup specjalnych wkładek czy pójście dla rozrywki na siłownię,rowerki,bieżnię lub basen to kolejny zastrzyk ekonomiczny dla sektora usług „dookoła-biegowych”.
Dalsza część eseju już wkrótce, zapraszam również TUTAJ

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.