Facebook Google+ Twitter

Sprowadźcie mi tutaj Maćka

  • Źródło: Gazeta Krakowska
  • Data dodania: 2006-10-06 19:55

Konkurs na reportaż im. Macieja Szumowskiego. Macieja Szumowskiego wspominają: Jerzy Surdykowski, ks. Adam Boniecki, Stefan Bratkowski, Tadeusz Pikulicki

Jerzy Surdykowski

Maciej Szumowski (drugi z lewej) na planie reportażu „Polska zza 7 miedzy”, 1969. | Fot. ze zbiorów Towarzystwa Przyjaciół Maćka Szumowskiego .Na początku był cenzor. Nie łżę. To PRL-owski cenzor uczynił mnie wiceprezesem odrodzonego w 1980 roku Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i zaprzyjaźnił mnie z Maćkiem Szumowskim. Nazywał się bodajże Adamiak. Chwała jego cenzorskiej robocie, choć nie taki miał być jej rezultat.

A było to tak. Kiedy wróciłem do Krakowa z sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku, napisałem o nim reportaż do nieistniejącego już tygodnika „Życie Literackie”.

Władysław Machejek coś tam poburczał, ale posłał tekst – wedle obowiązujących w PRL-u zasad – do cenzury. Krakowska delegatura zestrachała się, więc wypchnęła moje dziecię na warszawski szczyt. Bez cenzorskiej pieczątki żaden tekst w tamtych czasach nie mógł być publikowany. Czekam, płyną dni, aż wreszcie wraca tekst z pieczątką, ale nie poznaję swego dziecka: kilka zdań moich, reszta pracowicie dopisana przez cenzora, w duchu obowiązującym w ówczesnym „Dzienniku Telewizyjnym”.

Po co te strajki, skąd się wziął ten Lech Wałęsa i tak dalej... Nie pozwoliłem na druk cenzorskich wypocin i poleciałem do „Gazety Krakowskiej”, gdzie dziennikarzom cenzura też przeszkadzała, jakby nic się nie zmieniło z chwilą podpisania porozumień z 31 sierpnia. Cóż do licha, ma być wolność słowa, a tu cenzor panoszy się jak niegdyś?

Buntowniczy manifest

Za radą Macieja Szumowskiego, ówczesnego felietonisty „Gazety Krakowskiej” i autora reportaży telewizyjnych, postanowiliśmy wysmażyć manifest w obronie wolności słowa – skierowany do dziennikarzy w całej Polsce, jak i do ówczesnych władz.

Szumowski zaofiarował własne mieszkanie na miejsce redagowania tej odezwy; pomimo buńczucznych pohukiwań, nie zebrało się w nim aż tak wielu kolegów, bo za udział w opozycyjnym przedsięwzięciu można było oberwać po głowie. Praca ciągnęła się długo w noc, Maciek doradzał cicho i mądrze, ale prym wiodła jak zwykle jego małżonka Dorota Terakowska, osoba o wielu zaletach umysłu i charakteru, ale jeszcze większej pewności siebie.

O świtaniu manifest był gotowy, wysypaliśmy się między bloki na Kapelance, a Stefan Maciejewski – ówcześnie jeden z dziennikarskich filarów „Krakowskiej” – tubalnie podsumował obrady kilkoma słowami nie nadającymi się do zacytowania, ale słyszalnymi na całym osiedlu.

Kamień poruszył lawinę

Manifest poszedł w świat, rozwścieczył prominentów ówczesnej władzy, zerwał do buntu wielu co wrażliwszych i uczciwszych dziennikarzy w Polsce. W efekcie na przełomie października i listopada 1980 roku zebrał się Nadzwyczajny Zjazd Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Poparliśmy to, co zaświtało za sprawą „Solidarności”; dziennikarstwo po raz pierwszy w dziejach komunizmu wymknęło się z łap władzy.

Prezesem wybrano Stefana Bratkowskiego, wiceprezesami mnie i Macieja Iłowieckiego, do zarządu wszedł Maciek Szumowski, który właśnie został szefem „Gazety Krakowskiej” i Ryszard Niemiec, wtedy szef gazety „Tempo”, a później naczelny „GK”.

150 zł za Gazetę Krakowską

Na czym polegał fenomen ówczesnej „Gazety Krakowskiej” i Maćka jako jej szefa? W chwilach spiętrzenia konfliktów, których nie brakowało w tamtych czasach, za przywiezioną do Warszawy „Gazetę” oferowano do 150 ówczesnych złotych, podczas gdy jej oficjalna cena wynosiła złotówkę.

Na tym, co w prasie krajów demokratycznych znano od dawna, ale w PRL-u zastosowano po raz pierwszy: na prezentacji wszystkich punktów widzenia. „Gazeta” pod kierownictwem Maćka nie brała strony ani władzy, ani „Solidarności”, brała stronę prawdy. Przedstawiała obok siebie punkty widzenia obu stron i dodawała relację własnego wysłannika.

To wystarczyło, by ludzie ją pokochali, w czasach gdy prasa miała być tylko tubą władzy. Tym bardziej że formalnie wciąż była to gazeta partyjna, organ Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Taka gazeta rodziła nadzieję, iż górę weźmie rozsądek, że również rządząca partia pójdzie z narodem, a nie tylko z Moskwą.

Kraków był w tym czasie ośrodkiem wewnątrzpartyjnej opozycji, usiłującej skierować Polskę w bardziej sprzyjającym „Solidarności” kierunku, niż ten, który został ostatecznie wybrany przez gen. Jaruzelskiego. Nawet cenzura w Krakowie przycichła i nie przeszkadzała w redagowaniu gazety. Ta opozycja była zbyt słaba i w ostatecznym rachunku przegrana, ale pokazała, że coś lepszego niż 13 grudnia 1981 roku było możliwe.

Mądrość z bezbronnością

Maciek jako szef miał wspaniałą umiejętność rozbudzania w podległych mu ludziach najlepszych cech i umiejętności, napełniania ich wiarą we własny talent. Rzadki to atrybut szefów, także dzisiaj. Nie krzyczał, nie złościł się, nie wymagał posłuszeństwa. Cicho i łagodnie zachęcał do wzniesienia się jeszcze wyżej niż to, co dotychczas zrobiliśmy. I ludzie wznosili się jak nigdy przedtem i nigdy potem.

Dlatego kochali takiego szefa. Nie byłem pracownikiem „Gazety Krakowskiej”, byłem stałym autorem tekstów, stąd mogłem obserwować Maćka i jego zespół nieco z zewnątrz. I na swój użytek twierdzę, że tajemnicą powszechnej sympatii do Maćka było połączenie w nim mądrości z bezbronną łagodnością. Bo Maćka w istocie bardzo łatwo było skrzywdzić i urazić, choć urazy zawsze wielkodusznie wybaczał.

Był taki sam w 13 miesiącach swojego szefowania, jak i po ogłoszeniu stanu wojennego, pozbawiony gazety, pracy i środków do życia. Tak samo łagodnie uśmiechał się jako szef, jak i jako nocny stróż jakichś magazynów na peryferiach Krakowa. Tak samo z nadzieją patrzył w przyszłość. Nawet Dorota – zawsze ostra w sądach i pewna siebie – z wdziękiem zamieniła rolę partyjnej radykalistki na miejsce pani – ubogiego w owych czasach – domu.

Gdy tłumy przyjaciół, usuniętych z pracy dziennikarzy, działaczy nielegalnej „Solidarności” i wszelkiej maści opozycjonistów przewijały się przez to mieszkanie, dyskutując o przyszłości i o receptach na zbawienie Polski – ona bez cienia pretensji do świata dziergała na drutach swetry, aby je potem sprzedawać i mieć za co utrzymać rodzinę.

Czujne anteny duszy

Maciek zbyt wiele przeżył w zbyt krótkim czasie, by wyjść z tego bez głębokich blizn na duszy. Ale jednocześnie był skupiony, uważny i czujny. Kiedy bezpieka wyaresztowała nas wszystkich w mieszkaniu jednego z kolegów, nawet Mietek Gil, ówczesna legenda nowohuckiej „Solidarności”, gładko wpadł w zastawione sieci.

Tylko Maciek przechytrzył esbeków, nie wdepnął w pułapkę. Potem koledzy nie mogli wyjść z podziwu, jak on to wyczuł, a on po prostu miał większą niż inni wrażliwość, czujniejsze anteny duszy, którymi przenikał świat.

Dlatego tak go kochano. Dlatego tak świętym symbolem był dla ludzi w tamtych czasach. Kiedyś – pod koniec „Polski jaruzelskiej” – potrzebowałem budowlanej pomocy na małopolskiej prowincji, gdzieś między Dobczycami a Limanową. Były to czasy, w których wszystkiego brakowało, wszystko trzeba było „załatwiać”.

– Dam co tylko chcecie – powiedział nam kierownik jakiejś państwowej wtedy firmy. – Ale pod jednym warunkiem: sprowadźcie tutaj Maćka, chciałbym uścisnąć mu dłoń.

Kogo dzisiaj ludzie tak bezgranicznie cenią?

Ks. Adam Boniecki:

Macieja Szumowskiego znałem... z legendy. Mieszkałem w Rzymie i z Rzymu śledziłem to, co zrobił z „Gazetą Krakowską”. Coś niewiarygodnego! Nie zdarzyło się by ktoś zdołał wyrwać partii pismo. On wyrwał... Pierwszy raz zobaczyłem go, kiedy przyszedł do mieszczącej się na terenie Watykanu redakcji polskiego wydania „L’Osservatore Romano”. Wszyscy tam przychodzili i teraz wiele z tamtych spotkań zatarło się w pamięci. To już ponad dwadzieścia lat temu. Ale wizytę Szumowskiego pamiętam. Niestety, nie pamiętam, kto go przyprowadził, niewiele też pamiętam z tamtej rozmowy. Ale bardzo dobrze pamiętam moją radość, że to Szumowski, pamiętam, że rozmawialiśmy o filmie, który zamierzał realizować, a może już zrealizował i chciał podarować Papieżowi. Dobrze za to pamiętam bijący od niego spokojny entuzjazm, jego pogodne spojrzenie, pewność, że to co robi ma sens i ten rodzaj kontaktu, który natychmiast pozwala tak rozmawiać z po raz pierwszy widzianym człowiekiem, jakby nasza znajomość sięgała czasów niepamiętnych.

Stefan Bratkowski:

Gazeta codzienna nie jest fabryką; kto nie pracował w jej warsztatach, nie wyobraża sobie codziennego napięcia, a zarazem uczuć dyrygenta, który codziennie ze swą orkiestrą komponuje od nowa utwory jednodniowego życia.

25 lat temu, wszystko było nowe, inne – od wyboru polskiego papieża po tworzenie się niezależnego związku zawodowego robotników – organizacji wszystkich Polaków.

W takim czasie Maciek dostał – gazetę. W rezultacie miał swoją orkiestrę. Wcześniej nikt nie wiedział, że z tej redakcji można zrobić twórców wielkiej, prawdziwej gazety na miarę czasu i że urodzi ją wybitnego talentu dokumentalista filmowy, reporter i publicysta. Przy tym ani partia nie zniknęła, ani cenzura. Zmieniła się tylko atmosfera i stosunek dziennikarzy do zawodu.

Dziś nikt nie rozumie, co wtedy znaczyło redagować gazetę prawdziwych informacji i uczciwych poglądów; „Gazeta Krakowska” nimi rozkwitła – i była jedyną taką w Polsce, bo żadna inna nie dostała takiego redaktora naczelnego. On zmieniał klimat wokół siebie, on z cicha – pęk z półsarkastycznym uśmiechem... Pamiętam wyrastały przy nim niezauważane przedtem autorki doskonałych tekstów, jakimi znakomitymi reporterami i redaktorami okazywali się nieznani przedtem, młodzi dziennikarze.

Wiedzieli, co robią. Doceniali szansę grania muzyki swego czasu. Przyrównanie do „muzyki” nie jest tu okazjonalną figurą literacką; grali razem w tym festiwalu Solidarności, do 13 grudnia 1981 r. Dzięki Maciejowi Szumowskiemu pamiętamy tę Jego orkiestrę do dzisiaj. Żebyście, Moi Dzisiejsi, wiedzieli, jak oni grali...

Tadeusz Pikulicki:

Imieniny u Maćka – to była instytucja. Na zewnątrz bezpieka, a w mieszkaniu na Kapelance kilkadziesiąt osób z różnych stron sceny politycznej. Tam dalej była jego „Gazeta Krakowska”, tam był dialog i spory – czasem gwałtowne.

Zabrakło Maćka, a bywalcy tych imienin dalej chcieli klimatu tamtych lutowych wieczorów. Postanowiliśmy je kontynuować – tak narodziło się Stowarzyszenie Przyjaciół Macieja Szumowskiego. Bez planów, ale z przeświadczeniem, że będziemy się spotykać jak dawniej w Jego imieniny... Już bez obstawy bezpieki, już – niestety – bez Niego. Najpierw szło o to, by pamięć nie zgasła. Potem, przy poparciu Rady Miasta, udało się parkowi na Klinach w Krakowie nadać imię Maćka i Doroty.

A teraz ten konkurs dla młodych, których zawsze promował, uczył odróżniać prawdę od fałszu.

„Festiwal” „Solidarności” sprzyjał tej nauce, a „Gazeta Krakowska” – stała się probierzem dziennikarskiej uczciwości. To przekazanie pałeczki pamięci o człowieku, który pierwszy stworzył gazetę bez kłamstw. Ceniliśmy Jego bezkompromisowość, a czytelnicy Jego „Gazetę Krakowską”. Cenili sto razy wyżej niż władza, która sprzedawała ją za 1 zł. Maciek był człowiekiem Sierpnia. A dla nas Sierpień to wolność.

Czytaj także: Konkurs na reportaż „Polska zza siódmej miedzy”.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.