
Już pierwszy kadr z filmu jest wstrząsający w swym przekazie. Oto widzimy, jak młoda dziewczyna stara się o pracę w rzeźni. W surowym pomieszczeniu słychać przeraźliwy kwik świń, których los już został przesądzony. To przyprawia o mdłości, ale Mariola wie, że bardzo potrzebuje tej pracy. Z determinacją wykraja z tuszy „schab bez kości”.
Ta scena jest bardzo ważna. Reżyser filmu
Franco de Pena na zasadzie kontrastu ukazuje widzowi dramaturgię sytuacji. Z jednej strony, niemająca atrakcyjnych perspektyw dziewczyna wydaje się być silna psychicznie i stanowcza, a z drugiej, nie przestaje marzyć o lepszym życiu. Ulega namową swojego nowego chłopaka Artura i godzi się wyjechać z nim do Berlina.
Artur, to jej dawny kolega ze szkoły podstawowej. Pojawia się nagle i rozbudza w niej nadzieje na to, że jej dotychczasowe życie ulegnie zmianie. Wbrew ostrzeżeniom babci, żeby nie była tak naiwna, jak jej matka, Mariola stawia na swoim. Jeszcze nie wie, że tym razem to ona zostanie poddana rzezi, a ten los zgotuje jej ukochany…
Demaskatorska prawdziwe intencje Artura scena ma swoje miejsce w berlińskim mieszkaniu, gdzie zatrzymują się na „jedną noc”. Już sama postać Nadenki, przyjaciółki chłopaka pochodzącej z Jugosławii, wzbudza u Marioli podejrzenia. Ma takie dziwne oczy – z niepokojem stwierdza dziewczyna i prosi swojego chłopaka, by opuścili mieszkanie.
W tym momencie pojawiają się jednak mężczyźni, których Artur zdaje się dobrze znać. Gunter (50 lat), Jury (35 lat) i Nico (25 lat). Ten pierwszy wręcza mu plik banknotów. Dobra kreacja
Rafała Maćkowiaka wzbudza w widzu obrzydzenie. Ten miły i przystojny chłopak przeistacza się w bezwzględnego handlarza żywym towarem.
- Teraz będziesz kurwą – brutalnie zaznajamia dziewczynę z prawdą i obnaża jej piersi, aby pokazać, –
jakie ma?
- Trochę małe, ale dupcia świetna – pada odpowiedź nabywcy towaru.
- Od tej pory masz na imię Justine – rozumiesz?
- Do sypialni z nią! Przeraźliwy kwik, podobny do tego, jaki wydawały z siebie świnie brane na ubój towarzyszy kolejnym scenom gwałtu.
Sprzedana, zgwałcona, obdarta z godności. Uwięziona w opustoszałym blokowisku blisko placu budowy. Mimo to, Mariola, w którą wcieliła się debiutująca wtedy
Anna Cieślak daje się złamać dopiero, gdy zostanie jej rzucone pod nos zdjęcie babci. Wtedy też uwierzy w dobroć człowieka, który podda ją tresurze po to, żeby na niego zarabiała. Nieco zdaje się być wrażliwy, ale w głębi duszy jest nieubłagany.
Dzień po dniu wdraża swoją ofiarę w proces adaptacyjny do nowej roli prostytutki o imieniu Justine. Balansuje z nią na krawędzi dobra i zła, uzależniając od siebie. Reżyser Franco de Pena próbuje w ten sposób wyjaśnić podłoże uległości. Ukazać widzowi, że ofiara permanentnej przemocy zarówno fizycznej, jak i psychicznej z czasem zaczyna ją akceptować.
To sposób na uwolnienie umysłu od cierpienia, jakiego doświadcza. Skoro nie może uwolnić siebie…
„Masz na imię Justine” to tak naprawdę dramat o sprzedanej, a może skradzionej tożsamości. O zatracaniu swojego „Ja”. Film jeszcze długo po wyjściu z kina pozostawia na psychice widza niezatarty ślad. Jednak myli się ten, kto myśli, że reżyser epatuje widza scenami seksu i przemocy. Chodzi o naszą świadomość.
Na szczególną uwagę zasługuje znakomita rola
Arno Frischa (Nico). Oglądając film, momentami ma się wrażenie, że to dobra postać uwikłana w brudne interesy razem ze swą ofiarą. Jednak Nico sukcesywnie zmierza do celu. Wyrafinowaną grą chce poskromić Mariolę i nauczyć „zawodu” dochodowej dziwki. Ma na to 10 dni… Obezwładniający strach sprawi, że Mariola nawet wtedy, gdy nadarzy się okazja do ucieczki, nie skorzysta z niej.