Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

182015 miejsce

Stanisław Tym: Żadnych aluzji do bliźniaków

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-10-27 10:17

Rozmowa ze Stanisławem Tymem - reżyserem, scenarzystą i odtwórcą głównej roli w filmie „Ryś”.

Ryszarda Wojciechowska "Dziennik Bałtycki": Zdjęcia do filmu zostały skończone, więc ta najcięższa praca za panem.
Stanisław Tym: Chyba nie. Najcięższa jeszcze przede mną.

Czyli co?
– Montaż na przykład. Co prawda, od tego jest montażysta, ale przypominam sobie anegdotę, jak pewien amerykański montażysta odbierając Oscara powiedział: - Najbardziej dziękuję reżyserowi, że był tak dobry i ani razu nie przyszedł na montaż. Niby mnie to nie dotyczy, ale jakiś rodzaj nadzoru przy montażu musi jednak być.

Fajnie jest być reżyserem? To pana pierwszy raz.
– Chciałem się za to wziąć. Miałem taki życiowy plan, żeby wyreżyserować film. Chociaż nie mogę powiedzieć, że czuję się w tym tak bardzo pewnie. Ale na tyle pewnie, że się tego podjąłem.

Reżyser to wielka władza, przynajmniej na planie.
– To prawda.

Poczuł pan smak władzy?
– Ja nie odczuwam takiej potrzeby. Bardziej czuję ciężar odpowiedzialności.

Jak duży jest ten ciężar?
– Duży (śmieje się).

Magdalena Różdżka, która zagrała niewielką rolę w „Rysiu” powiedziała: - Kocham Tyma, ale reżyserem jest niezwykle trudnym. Daje pan wycisk aktorom?
– Wycisk? Skądże. Nie wiem, co znaczy trudny. Być może jestem trudny przez to, że ona nie rozumiała, o co mi chodzi. A to jest możliwe.

Dużo mówi się o obsadzie. W pana filmie nawet epizody sprzątaczek grają wielkie damy polskiego filmu - Beata Tyszkiewicz i Grażyna Szapołowska. To znaczy, że Tymowi się nie odmawia?
– Trzeba byłoby obie aktorki o to zapytać. Ja miałem taki pomysł. To rodzaj dodatkowego żartu. A co do tego - czy się Tymowi nie odmawia, to były osoby, który nie wzięły udziału w filmie, bo nie miały ochoty. Ja tylko proponowałem i mówiłem, o co chodzi. Poza tym jestem stary gość. I znam wszystkich w tym środowisku. I mnie znają. To się inaczej rozmawia.

Lista aktorów jest imponująca - to także Krzysztof Kowalewski, Danuta Stenka, Borys Szyc, Marek Kondrat, Krystyna Janda... Zabieg pod publiczkę?
– Film musi być dobrze zagrany, nie ma dwóch zdań. To są rzeczy, które trzeba wykonać zawodowo. Świetnie pracuje się z kimś, kto rozumie, co do niego mówię. Ja sobie mogę brać pod uwagę to, że jestem taki amator w tym zawodzie. Ale z własnym tekstem daję sobie radę. I potrafię go przekazać. Gorzej z cudzym.

Marek Piwowski też nie odmówił. Wcześniej spekulowano, że znowu będziecie razem coś robić. No i stało się.
– I było bardzo przyjemnie.

Piwowski, jak to Piwowski, powiedział że zgodził się u pana zagrać, ponieważ... nie czytał scenariusza. Kogo gra?
– Posła.

To chyba właściwa rola dla niego.
– Bardzo właściwa. Jest świetny. Z Markiem się z przyjemnością pracuje. Jest doświadczony i ma ogromną wiedzę na temat komedii tak, że ja się z nim chętnie na planie spotkałem.

Nie próbował siebie wyreżyserować?
– Nie. Na planie aktor to „gęba”. I nie ma o czym mówić. Marek ustawił się w tej roli i wszystko respektował.

„Ryś”, jak pan zapowiada, to komedia satyryczna z elementami sensacji. Nie będzie w nim polityki ani aluzji personalnych. Nie będzie bliźniactwa, czyli... bliźniaka Ryszarda Ochódzkiego.
– Nie. Bo na to, żebym chciał kogoś w swoim filmie obśmiać, ten ktoś musi sobie zasłużyć. Muszę go lubić.

Bliźnictwa nie będzie. Jednak w „Rysiu” pojawia się pana brat - Antoni Tym. Chyba nie chodzi o to, żeby dać bratu pracę?
– Nie, dowcip polega na tym, że zawsze chciałem, aby mój brat wystąpił w każdym moim filmie. Nawet w drobnej rólce. Ponieważ on jest autorem tytułu jednego z moich filmów „Co mnie zrobisz jak mnie złapiesz”, który robiliśmy wspólnie ze Staszkiem Bareją.

Wiem, że Antoni Tym pojawił się w „Misiu”.
– Tak, w ostatniej scenie, z psem. A w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” także wystąpił, tylko o ile pamiętam, cenzura wycięła tę scenę.

Po „Misiu” zostało wiele kultowych powiedzonek. Czy po „Rysiu” też będą?
– A skąd ja mam wiedzieć? Tego się nie zaplanuje. Przyjemnie jest jak po filmie takie powiedzonka zostają. Ale na to nie ma recepty. Gdyby była, to wszyscy robiliby takie filmy, które by potem cytowano.

Jak powstawał scenariusz do filmu?
– Wcześniej pisałem jakieś scenki. Ale nie spieszyłem się ze scenariuszem. Chciałem zobaczyć, co się dzieje z Polską, zdefiniować ten stan. A to nie było takie proste. No bo jak następuje transformacja, przychodzą takie zmiany, a ludzie są tacy sami, to definiowanie tego jest zbyt dotkliwe. To było jak z zupą. Musiała się trochę pogotować. I ja cierpliwie czekałem aż się ugotuje, żeby zobaczyć, czym ona pachnie. Ponieważ uznałem, że dla mnie się już ugotowała, więc wziąłem się za jedzenie.

Bardzo dużo wziął pan sobie na barki - reżyseria, scenariusz i główna rola. Trzysta procent normy.
– Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Zauważyłem, że tak się robi na świecie i u nas też. Może to megalomania? Są dziesięcioboiści i są tacy, którzy biegają przez płotki.

Mam wrażenie, że pan jest skazany na sukces. Bo w czymkolwiek pan brał udział, to kończyło się nieźle.
– Bez przesady. Pani nie wie o moich porażkach (śmieje się).

Oczekiwania wobec „Rysia” są jednak wielkie. A jeśli ze strony widowni przyjdzie rozczarowanie, to co, będzie boleć?
– Ja jakichś specjalnie wielkich nadziei przy okazji tego filmu sobie nie robię. Nie nastawiam się na to, że powali naród na kolana. Chciałbym tylko, żeby film był niegłupi i śmieszny. To dla mnie najważniejsze. I albo się za tą zupą zatęskni, albo się zje i powie - no dobra, jakoś się zjadło.

Ostatnio prasa informowała, że Janusz Cliff Pineiro-Iwanowski, który w filmie dokumentalnym „Dramat w trzech aktach” stwierdził, że Porozumienie Centrum braci Kaczyńskich było finansowane z pieniędzy FOZZ, jest teraz producentem pana filmu. I że pojawiły się w związku z tym telefony od „życzliwych” do sponsorów, żeby się z „Rysia” wycofywali.
– Nie wiem, jaki jest oficjalny status Cliffa. Na pewno w produkcję filmu jest poważnie włączony. Ale ja się takimi szczegółami nie zajmuję. Nie widzę powodu. No bo co mnie to ochodzi, kto załatwia pieniądze na ten film? Kiedy stanęła sprawa podjęcia decyzji czy będą realizować „Rysia”, to w firmie „Jawa” właśnie z nim rozmawiałem. Widocznie miał prawo rozmawiać, skoro rozmawiał. Nie pytałem go, czy jest producentem czy współproducentem. Ja go znam od dziecka.

Jego ojczymem jest Krzysztof Kowalewski.
– Oczywiście. Można powiedzieć, że byłem jego przyszywanym wujkiem. Bywałem u nich w domu, czasami jeździliśmy gdzieś razem, pomagałem im w przeprowadzce. Ja ich znam jak rodzinę.

A z tymi telefonami „życzliwych” to prawda?
– Do mnie nikt nie dzwonił. Zresztą ja się staram nie odbierać telefonu. Wyłączam go często i już.

Pan nie lubi techniki. Z komputerem też jest pan na bakier.
– Bo świat mnie podsłuchuje. Nie tylko zresztą mnie. Wszystkich. I robi z tego aj waj. Z Renatą Beger na czele i Adamem Michnikiem.

Czy w pana filmie, podobnie jak w „Misiu”, będzie prawda czasu i prawda ekranu?
– (Śmieje się). Ja wiem, co to jest... zając na drzewie, który się odszczekuje swoim prześladowcom. Ja robią tylko filmy współczesne. O tym, co jest za oknem. Z jednej strony to łatwiej. A z drugiej znacznie trudniej, bo każdy się na tym zna. Jak się nakręci film kostiumowy, to mało kto jest w stanie powiedzieć, że ten kostium był niedobry, że nie z tej epoki albo, że ten wzór karabinu wtedy jeszcze nie istniał. A tutaj wszyscy wszystko wiedzą.

Ryszarda Wojciechowska - Dziennik Bałtycki

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.