Facebook Google+ Twitter

Start me up, czyli jak było na koncercie Rolling Stonesów

„Czy tym tramwajem dojadę na Stonesów?” - zapytał mnie poznaniak, a po dojechaniu na stadion na Służewcu zarządził: „A teraz prowadźcie”. I wszystko było jasne. Nawet dwadzieścia minut spędzonych w kolejce do bramy głównej minęło nie wiadomo kiedy.

Zaczęło się po godz. 19 trochę smętnie - od występu Tatiany Okupnik. O ile Tatiana talent ma, o tyle rozgrzała publiczność tak jak politycy łechtający się hasłem „żałoba narodowa, a tu koncert”. Na szczęście dla wszystkich śpiewała z zespołem z Warszawy i z Nowego Jorku jakieś dwadzieścia minut, więc sprawniej skończyła niż występowała.

Po niej był występ Cockney Rebel. I zdecydowanie bardziej publikę poruszyła mieszanka country i rocka w wykonaniu zespołu raczej mało znanego polskiemu słuchaczowi niż rodzima wykonawczyni.  / Fot. Leszek Szymanski/PAP

Wstrząsająca była minuta ciszy, którą po występie drugiego supportu zarządzili organizatorzy. Cisza bez szmerów, dzwonków komórek, bez żadnego ruchu. To powinno powiedzieć więcej niż udawanie publicznie żałoby.

O 21.20 scena się rozświetliła, a publiczność usłyszała charakterystyczne riffy ze „Start me up”. W ten oto sposób rozpoczęło się czyste szaleństwo i chwila, na którą wszyscy czekali. Przez dwie godziny Mick Jagger i spółka porywali publiczność największymi rockowymi kawałkami, przy których bawili się fani w każdym wieku, także ci, którzy specjalnie na ten koncert przyjechali z Ukrainy i Białorusi. Mick poderwał publiczność nie tylko swoim charakterystycznym ruchem bioder, ale i werwą, z jaką poruszał się na scenie, a kondycji pozazdrościć mu mogliby nawet trzydziestolatkowie.

Scena była ogromna, podświetlona wyglądała jak motyl, z długim wybiegiem dla Micka, który także spacerował po zadaszonej części sceny, ale i wybiegł po specjalnym trapie do publiczności z dalszych sektorów. Zrobił to już co prawda przy bisie, którym obowiązkowo było „Satisfaction”, ale liczyło się to, że chciał być ze wszystkimi fanami.

Temu zresztą służyła mini-scena, która przesunęła się na wspomnianym trapie do najdalszego sektora w drugiej połowie koncertu - niesamowite wrażenie robili, gdy śpiewali razem z publicznością „That's only rock'n'roll (but I like it)” dokładnie pośrodku wszystkich zgromadzonych fanów. Przy „Honky Tonk woman” zespół sukcesywnie powracał na dużą scenę. Najważniejsze było to, że Mick był wszędzie, śpiewał dla każdego sektora i rzucał po polsku hasła jak „Cudownie znów tu być”.

A poza tym nie zabrakło “Paint it black”, “Love is strong”, “Brown sugar” czy “Rough justice”. Nie było praktycznie tych utworów wolniejszych, bo przecież mieliśmy listę kawałków, które chcieliśmy usłyszeć. Było za to ostro i rockowo. Prawdziwie „A bigger bang”!

Zobacz zdjęcia z koncertu

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Podobno ta minuta ciszy naprawdę była wzruszająca!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.