Facebook Google+ Twitter

Stefan Majewski: Dziś ważne, żeby jak najwięcej dryblować

- Oglądając najmłodszych wybieram zawsze dwóch najlepszych zawodników. Jak? Biorę tych, którzy potrafią to, czego inni nie potrafią.

 / Fot. PZPN / Łączy Nas Piłka80% ludzi na boisku może się od siebie specjalnie nie różnić – są dobrze przygotowani motorycznie, są wybiegani i tak dalej. Pewne rzeczy widać jednak gołym okiem - opanowanie, drybling, swoboda, że od razu, już przy tych rocznikach, można się złapać za głowę, bo robią rzeczy takie, że „ulala!” – tłumaczy Stefan Majewski, Dyrektor Szkoły Trenerów w PZPN, który opowiedział o różnicach w szkoleniu dzieci na przestrzeni lat. 


Wszystkie materiały (wywiad, zdjęcie w pełnej rozdzielczości i fragmenty audio z rozmowy ze Stefanem Majewskim) znajdują się na Dropboxie do pobrania i swobodnego wykorzystania.

https://www.dropbox.com/sh/keweqef3t770ob6/AADb14MQS9v7xt5rmPc0V2gXa?dl=0

Zabrzmi banalnie, ale... łatwiej było zostać piłkarzem w pana czasach czy obecnie?

Musimy się przede wszystkim na początku zastanowić, w jaki sposób można było zaistnieć. Często decydowało o tym, gdzie kto mieszkał. Ja w dużym mieście, w Bydgoszczy, na przedmieściu. Obok miałem duży plac, internat, technikum mechaniczno-elektryczne i wreszcie – boisko. Na pewno mi to dużo pomogło, bo ja w zasadzie cały czas grałem, skoro miałem taką możliwość, tuż za ogródkiem. W zasadzie to non-stop ktoś tam kopał. Tam albo pod trzepakami, bo nie było wielkich możliwości, żeby każdy znalazł się na boiskach, których było mało. Jeżeli ktoś się pokazał w szkole, to naprawdę się o nim mówiło. Jeżeli trafiał się ktoś dobry, nauczyciel wychowania fizycznego polecał go trenerowi. Ewentualnie zostawały jeszcze turnieje dzikich drużyn. Formowały się ekipy złożone z zawodników bez przynależności klubowej. Najlepsi później byli zauważeni, ale trudniej było się wybić. Trzeba było dominować w grupie, w której się obracano. Jeżeli byłeś wybierany jako pierwszy, to szybko cię zapamiętywali.


Długo w ogóle bazowano na tego typu rekomendacjach płynących ze szkoły? Wiadomo, że w tamtych czasach nie można było mówić o agentach reprezentujących zawodników.
Wuefista był zawsze pierwszym trenerem, który oceniał i to do nich zwracali się zawsze trenerzy. Ale byli też koledzy w grach podwórko na podwórko, gdzie pocztą pantoflową szła wieść, że ktoś jest bardzo dobry. Ktoś mówił: „Słuchaj, mamy małego, zdolnego chłopaka. Wiesz, jak fajnie gra?”. Tak mówiono i już - ruszała lawina. To był najlepszy przekaz informacji. W tej chwili jest zupełnie inaczej, choćby ze względu na rodziców.


To znaczy?

Nagrywają swoje dzieci, udostępniają to w Internecie, przekazują dalej. Przy obecnym sprzęcie można próbować wszystkiego. Popatrzmy też na kluby i ich akademie. Jest tam teraz możliwość zaproszenia dziecka, pokazania mu wszystkiego z bliska. Zniknęli z kolei wuefiści z prawdziwego zdarzenia, bo kto dzisiaj uczy tego przedmiotu? Pani od historii czy matematyki. Gigantyczny przeskok. Kiedyś robili to pasjonaci z kilkuletnim doświadczeniem albo młodzi, wchodzący z zaangażowaniem do tego zawodu.


Da się zatem jakkolwiek rozstrzygnąć debatę, kiedy było łatwiej zostać piłkarzem?

W moich czasach zawodników było zdecydowanie więcej, bo... co innego było do roboty? Grało się cały czas. Na przerwach, po szkole, po przyjściu do domu umawiało się kolejne spotkania. Człowiek trenował dziennie 3-4 godziny i nikomu nie przyszło do głowy, żeby narzekać. Lekcje? Wiadomo, że jak ktoś był zdolny robił je na kolanie, bo sport był dominującą aktywnością. Sprawność ogólna też zupełnie inna, lepsza. Chłopak potrafił wejść na każde drzewo, zrobić przewrót, pływać i bez zastanowienia przeskoczyć bramę, czy to, żeby wejść na boisko czy podczas ucieczki, bo i takie sytuacje były. Dzisiaj dziecko trzy razy się zawaha zanim będzie skakać przez taką przeszkodę. Ale też teraz mamy sale gimnastyczne, siłownie, całą zagospodarowaną przestrzeń do fitnessu. W czasach, kiedy byłem trampkarzem, mieliśmy z kolei... jedną lub dwie piłki. Jak tu uczyć indywidualnie techniki? Zostawało tylko podwórko, ale kto wtedy miał skórzaną piłkę? Jeden na osiedlu i musiał być, żeby reszta grała. W razie czego zostawały inne sporty, bo samemu urządzaliśmy sobie nawet zawody w skoku w dal. Znów wrócę do wątku rodziców. Wiecie panowie, ilu chłopców na – dajmy na to – grupę 15-osobową ma ojca i matkę? 


Pewnie jakaś połowa.
I to jest problem. Rodzina to była kiedyś świętość, dzieci się ich słuchały. Kiedyś rodzice ingerowali bardziej w nasze życie i sprowadzali na ziemię. Teraz, jak chłopak gada z kolegami, a rodzic się wtrąci, to nie ma problemu, żeby powiedzieć ojcu: „Co on gada?! Niech spada”. Słucha się co najwyżej trenera. Świat się zmienił.


Potrafi pan natomiast wskazać talenty, które gubiły się w pańskiej młodości? Dlaczego one przepadały?

Przede wszystkim w większości przypadków największe talenty nie przepadały. Przeważnie z tego względu, że informacją pantoflową przekazywało się dane na czyjś temat i to już krążyło naturalnie dalej. Kojarzyło się rywali, bo zawsze zasłyszało się przed spotkaniem od kolegów z pozostałych zespołów: „Uważajcie na niego, bo strzelił nam cztery bramki”. Większość talentów wywodziło się też z biednych rodzin, ale szanse były równe. Dziś jest różnie. Dzieci z zamożnym ojcem i matką grają w nowym sprzęcie, a na tych w podniszczonym, z butami z dyskontu, patrzy się trochę inaczej. Są jednak mądrzy ludzie, którzy w klubie to zauważają i pomagają, dofinansują tych zdolnych, ale uboższych zawodników. Po co? Bo podnoszą też tym samym poziom pozostałych dzieci w drużynie. Na pewno warto też zwrócić uwagę na to, że dziś łatwiej ocenić potencjał 6-7-latka. Są to dzieci, które dziś potrafią zrobić cuda z piłką. My też je robiliśmy, ale brakowało czasem tego kontaktu z piłką z powodu… jej braku. No i nie można było podglądać nigdzie różnych ćwiczeń, które są teraz dostępne w Internecie, w telewizji, wszędzie. A my gdzie mogliśmy to oglądać? Tylko trener mógł w klubie pokazać, ewentualnie obejrzało się to w meczu – na tym koniec.


A da się dostrzec, że 10-12-latek jest zdolny przeobrazić się później w potencjalnego reprezentanta kraju?

Opowiem teraz o zasadach, które przyjmuję oglądając najmłodszych wybieram zawsze dwóch najlepszych zawodników. Jak? Biorę tych, którzy potrafią to, czego inni nie potrafią. 80% ludzi na boisku może się od siebie specjalnie nie różnić – są dobrze przygotowani motorycznie, są wybiegani i tak dalej. Pewne rzeczy widać jednak gołym okiem – opanowanie, drybling, swoboda, że od razu, już przy tych rocznikach, można się złapać za głowę, bo robią rzeczy takie, że „ulala!”. Niegdyś, już po wuefiście, trener klubowy polecał jeszcze wyżej – do reprezentacji okręgu. Tam już każdy był na świeczniku, bo na mecze przychodzili regularnie przeróżni szkoleniowcy. Tam była też szansa dla kogoś trenującego w mniejszym zespole na awans sportowy. Mało dzieci jednak zamieniało barwy klubowe ze względu na odległości. To zawsze większy koszt, a rodziców wtedy rzadko było stać, żeby dziecko dowozić na drugi koniec miasta. My mieszkaliśmy na przedmieściach, z dziesięć lat starszym bratem i dwiema siostrami. Tylko tata pracował. Nie było nas stać, żebym dojeżdżał na treningi. Najbliższy klub był od razu moim klubem. Dotyczyło to większości rówieśników. Zmiana nastąpiła w wieku 16 lat. Wtedy powędrowałem gdzie indziej, ale już zaczynałem na siebie zarabiać, byłem już podstawowym zawodnikiem seniorów. Ale nigdy też nie byłem najzdolniejszy.


To jak się panu udawało przebijać?

Miałem charakter. Przez to zawsze dostawałem możliwość grania ze starszymi i to też pomagało. Ja nawet nie byłem drugi – gwoli ścisłości. Zwykle trzeci, czwarty. Ocierałem się co najwyżej o to, żeby być na pudle (śmiech). Ale rozwijałem się przez grę ze starszymi, to pomagało. Pamiętam nawet jeszcze gry z moim starszym o dziesięć lat bratem. Ustawiali mnie na słupek. No, dopóki nie dostałem gumową pilką. Złamany nos i nagle doszli do wniosku, że już nie będą mnie tam ustawiać w tym miejscu, ale pozwalali grać. 


Miał pan pewnie poczucie, że grając ze starszymi ciągle trzeba nad sobą pracować.

Ani ja, ani pozostali ludzie nie patrzyli na to w kategoriach pracy. To była przyjemność! Rodzice gonili do książek, ale się grało. Człowiek wręcz uciekał, żeby móc pokopać. To była pasja. Udało mi się wypłynąć. Pierwszy odkrył mnie trener Rzepka w Bydgoszczy. Następnie Kazimierz Gurtatowski, który niestety już nie żyje. Był mi jak ojciec. Wszędzie mnie prowadził i powtarzał innym: „Ten chłopak dużo osiągnie”.


Jak wtedy wyglądał skauting? Choć to słowo może być nadużyciem.

Skauting nie istniał. Decydowała kwestia pierwszego wrażenia. Po pierwszym meczu trenerzy musieli decydować: „Damy mu szansę czy nie”? Znów ocieramy się o płaszczyznę, której nie idzie porównać do teraźniejszości, bo jednego chłopca ogląda obecnie kilku ludzi.


A świat bez agentów piłkarskich byłby lepszy? Dużo mówi się o tym, że ci szukają dziś interesu już wśród najmłodszych, próbują z nimi podpisywać nieoficjalne umowy, wiązać się w celu zarobku. 

Teraz jest lepiej, ale wszystko zależy od człowieka. Jestem przeciwny środkom i sposobom, dzięki którym dążą do celu. To jest po prostu często handel ludźmi. Ale trzeba dostrzec też plusy i możliwość pokazania się. Cześć branży to porządni ludzie, którzy dbają o swoich zawodników. Część naturalnie widzi w tym głównie pieniądze. Cieszę się, że są jednak ludzie, którzy pomagają i robią to jak należy.


Znów porównując przeszłość i obecną sytuację – potrafiłby pan wskazać dwie-trzy największe różnice w treningu wtedy a teraz?

Prosta analogia. Zwijamy wszystko, panowie chowają dyktafon, wyjmują kartkę i ołówek i zaczynamy pisać. Tak właśnie było – takie porównanie możliwości. Znów ta jedna piłka na treningu. Grywało się na części boiska, ale baza treningowa była zupełnie inna. Gdzie tu do orlików i ery iPhone’ów, na których możemy dziś zobaczyć wszystko. Szkoleniowcy pracujący z młodzieżą mają teraz możliwość dalszego kształcenia się. W przeszłości z najmłodszymi grupami pracowali byli zawodnicy albo trenerzy, którzy jednocześnie pod opieką mieli seniorów. Dziś kluby mają wykwalifikowanych specjalistów, akademie wprowadzają logicznie dzieci. Trener ma pod okiem – dajmy na to – ośmiu zawodników. A kiedyś? Tylu, ilu przyszło na zajęcia, 20-30 i nie było podziału na grupy. Właśnie choćby ze względu na liczbę piłek. Dodatkowo, trening w klubie był wtedy tylko podsumowaniem tego, czego uczyliśmy się w grach w szkole i po szkole. Więc przede wszystkim wiedza trenerów, a potem baza treningowa – to podstawowe różnice.


A co dla pana jest najważniejsze w dzisiejszej piłce juniorskiej?

Może zaskoczę, ale w piłce dziecięcej nie jest najważniejsze, żeby dziecko świetnie zagrało na jeden kontakt. Ważne, żeby dziś jak najwięcej dryblować! Ale w odpowiedni sposób - do przodu. Ogranie kogoś 1 na 1 to euforia. To przede wszystkim ma być ogromna zabawa, ale ustalmy jedną rzecz – trzeba to robić w kierunku bramki przeciwnika, a nie kręcenie kółeczek na własnej połowie. Bo jak ktoś jest zdolny, żeby okiwać 10 rywali, to niech zostawi piłkę w bramce. Zresztą, teraz każdy ma piłkę przy nodze na zajęciach i może się nią bawić. Za moich czasów trzeba było czekać dobre dwie minuty, żeby w ogóle dostać podanie i móc oddać strzał. Oczywiście, z biegiem czasu lub w klubach pierwszoligowych możliwości były większe, ale ogólne warunki były inne.


Jak mocno turniej „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” odmienił naszą piłkę?

Przede wszystkim spójrzmy na liczbę zawodników zgłoszonych do turnieju – 320 tysięcy dzieci! Popatrzmy na ich zaangażowanie, chęć pokazania się i wypromowania. Gdyby impreza była źle organizowana, nie przetrwałaby aż szesnastu edycji, a tutaj uczestników przybywa z roku na rok. W dodatku możliwość zagrania na Stadionie Narodowym to dla wielu chłopców i dziewczynek wydarzenie życia. Szczególnie dla tych spoza Warszawy i z mniejszych miejscowości, którzy nie mają możliwości wejścia na tak piękny obiekt codziennie. Cieszę się, że przynajmniej jedenaście edycji śledziłem z bliska i oglądałem to wszystko w trakcie finałów. 


Co rzuciło się panu w oczy?

Przede wszystkim niewiarygodna pasja. Radość ze zdobytej bramki, jakby spełniło się największe marzenie dziecka. I ten płacz po porażce. Najmłodsi sprawiają wtedy wrażenie jakby walił się cały ich świat. Wszyscy chcą być najlepsi, wyjść na ten Stadion Narodowy. A później jeszcze dochodzi nagroda i możliwość pojechania na mecz reprezentacji Polski. Żaden turniej nie da im takich możliwości. To dzieci niezwykle mobilizuje i sprawia, że mogą się prawidłowo rozwijać poprzez ruch. U nas z kulturą wychowania fizycznego czy dbania o swoje zdrowie jest różnie... W zasadzie to nie jest najlepiej. A tak możemy zaszczepić w dzieciach coś bardzo ważnego na lata. 



Jak porówna pan „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” z turniejami, w których sam występował jako dziesięcio- lub dwunastolatek?

To bardzo skomplikowane i ciężkie do zestawienia. Kiepskie boiska, wszyscy zawodnicy byli też często ubrani tak samo, na biało, podwajające się numerki i to wszystko. Dziś wyglądają wspaniale. Jedyny wspólny mianownik to… mecze. Były tak samo zażarte, nikt nie chciał zejść z murawy pokonany. Organizacja i sprzęt to inna bajka. Dwa światy.


Co było największą przeszkodą, żeby zrobić karierę w latach 70.?

Charakter. To on jest zawsze najważniejszy. Trzeba było być bardzo silnym. Dominatorem. Człowiek dążył do tego, co sobie założył. Dzisiaj tak samo trzeba układać sobie w głowie, to nic nowego. Jest tylko więcej pokus. Dzisiejsze możliwości innych rozrywek osłabiają charakter, ale to koniec końców zawsze sprowadza się do tego, kto jest jakim człowiekiem. Zawziętość była kluczowa. Nie chcę mówić, że komputery to zło, bo oczywiście tak nie jest, ale to jest jeden z przykładów rzeczy odciągających uwagę od futbolu. 


Za pana czasów byliśmy czołową drużyną w Europie i znów chcielibyśmy dołączyć do tego ścisłego grona. Czy jest to możliwe – w dłuższej perspektywie – m.in. dzięki takim rozgrywkom, jak turniej PZPN-u i Tymbarku?

W moich czasach większość drużyny była na bardzo wyrównanym poziomie. Trzeba było mieć ogromne szczęście, ale jednocześnie walczyć o swoje miejsce, bo tak jak wspominałem – graczy było więcej. Dzięki turniejowi „Z podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” coraz więcej dzieciaków uprawia sport, a ilość to podstawa piramidy szkolenia. Są większe możliwości selekcyjne. Gdyby wszedł teraz tutaj trener i spojrzał na nas trzech i powiedział: „OK., biorę najlepszego”, to wziąłby jednego z trzech, bo miałby ograniczony wybór. Inna sprawa, gdyby miał w tym pomieszczeniu trzydzieści osób i też wybrał najlepszego. Jest duża szansa, że biłby najlepszego z nas trzech na głowę. Konkurencja podnosi jakość. W tym roku w turnieju weźmie udział 320 tysięcy dzieci, to jest duża próba. Regulamin jest taki, że ktoś musi przegrać, ale sukcesem jest już sam fakt, że poszedł tam grać.

A presja wśród najmłodszych nie przeszkadza w rozwoju? Dziś filmy z umiejętnościami 12-letniego dziecka mogą obiec cały świat. Szybko wtedy namaszcza się kogoś takiego na przyszłego wirtuoza, a jemu może pokręcić się w głowie.

Jeżeli taki chłopiec lub dziewczynka poradzi sobie z tym teraz, to da sobie z tym radę już do końca życia. Presja to nie jedyny element. Dochodzą jeszcze szybko osiągane środki finansowe. W młodym wieku, choć naturalnie trochę później, przy pierwszych większych pieniądzach może pojawić się myślenie: „A może odpuściłbym jeden lub dwa treningi, skoro jestem taki dobry”? Mentalność to decydujący czynnik, aktualny kiedyś, jak i teraz.


Czysto hipotetycznie – czy byłby pan innym zawodnikiem, gdyby w pańskich czasach istniał turniej taki jak „Z podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku?”

Na pewno pod względem techniki, ale coś się jeszcze znajdzie. Na przykład taktyka. Tyle, że wracamy do punktu wyjścia. Już w moich czasach inni koledzy mieli więcej atutów, bywali lepsi. Koniec końców zostawali w tyle, bo decydował charakter, a nie baza. Pytanie – czy jeżeli mam wszystko, to czy potrafię z tego korzystać? Nie jest sztuką dać człowiekowi wszystko. Sztuką jest dać to, czego potrzebuje. Podam przykład. Posadzi się jednego chłopaka przy stole, zastawi go obficie, a ten powie, że nie je. A drugiemu podstawi się michę z byle jaką zupą i tamten powie, że znakomita. Dlatego trzeba ciągle podkreślać wpływ charakteru, bo to on decyduje o sukcesie w piłce, a nie nowe buty. Nie zostaje się królem strzelców rozgrywek ze względu na obuwie. To tylko sprzęt. Przy porównywalnych umiejętnościach to charakter robi różnicę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.