Facebook Google+ Twitter

Steffen Moller w roli rozjemcy(?)

Znany z programu polskiej telewizji publicznej „Europa da się lubić” Niemiec, który niedawno napisał książkę „Viva Polonia - jako niemiecki gastarbeiter w Polsce” chce być już kimś więcej.

Czy to podstęp?


logo polskiej kampanii "Po prostu przyjazne" / Fot. DZTRycerz, którym stał się Steffen w kampanii promującej Niemcy jako kraj turystycznie atrakcyjny, nie walczy już pod szablą Zakonu Krzyżackiego. W autorskim projekcie Niemieckiej Centrali Turystyki (DZT) z siedzibą we Frankfurcie nad Menem, Steffen Moller przełamuje stereotypy: począwszy od grubego Bawarczyka, poprzez głupiego Brunnera, skończywszy właśnie na biednym krzyżaku. Niemiec musi nie wierzyć w ślepą naiwność i być przekonanym o bezpodstawności zarzutów polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Chodzi o wystąpienie w sprawie ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego i zabrany przez niego głos wobec sprawy wypędzeń i przesiedleń Niemców po drugiej wojnie światowej czy ukrytych, niecnych zamiarów Angeli Merkel dotyczących gazociągu na dnie Bałtyku omijającego terytorium Polski.

Dzięki temu Moller ze swoją pogodną twarzą i swojskim nastawieniem pokazuje zwykłemu Polakowi, jak „fajnie” jest być gastarbeiterem turystycznym w Niemczech. Bo choć w hasłach reklamowych nie konkretyzuje się celu podróży, to jednak „po prostu przyjazne” Niemcy są krajem dla zwiedzających i zostawiających tam spore pieniądze obcokrajowców. Skądinąd nie wiadomo, czy zaprasza się ich do pozostania. Może być to ukryty zamiar marketingowców od wzmacniania pozytywnego wizerunku niemieckich celów podróży. Równie dobrze może być to postrzegane jako wyraz bądź to pobudzenia społeczeństwa do nacisku na kompromis pomiędzy Polską a Niemcami, bądź jako kolejna prowokacja „unijnych przyjaciół” Niemców w celu pokazania absurdalności stanowiska głowy państwa. Choć jest to może bardziej radykalna interpretacja, to przecież my, Polacy, zwykliśmy do takich być przyzwyczajonymi przez władze.

Niekoniecznie podstęp! Koniecznie przyjedź!


Wobec wszystkich niejasności, jest tu jeden pewnik. Wizerunek Steffena Mollera, spoglądającego z billboardów i citylightów na warszawskich przystankach autobusowych, niewiele ma wspólnego i z dotychczasowym własnym, i z dotychczasowym stereotypowym Niemca. Steffen ma twarz rozbrajającą uśmiechem i nieporadnością dziecka mężczyzny. Nie do końca poprawnie jeszcze wymawia polską głoskę „rz”, w świadomości Polaków niezdolny jest do jakichkolwiek knowań i podstępów. To właśnie może spowodować, że faktycznie Polacy, i Ci bogatsi, których stać na wakacje na Borkum, Wangerooge albo Spiekeroog - wschodnio-fryzyjskie wyspy (Morze Północne), podróż objazdową ICE (Intercity Express) - trzecią na świecie, po TGV i Shinkansen, superszybką linią kolejową, spędzenie Bożego Narodzenia w Akwizgranie czy Norymberdze, przednią zabawę w Europaparku Rust pod Fryburgiem czy interaktywnym parku samochodowym - Autostadt Wolfsburg, i ci biedniejsi, którzy zachęceni tymi atrakcjami, mogą pomyśleć o stałym tam pobycie, znalezieniu pracy…

Odkąd Schengen weszło w życie nawet w gorącym okresie przedświątecznym „przyjaciele Niemcy” nie są już w stanie pokrzyżować nam wracającym na Wielkanoc czy Boże Narodzenie do domów. Raz, że może nigdy nie chcieli, tylko było nas tam za dużo, i stąd ten długi czas spędzony w samochodzie na granicy, dwa, że teraz ci sami Niemcy zachęcają nas do przyjazdu. Czy na stałe? - na to pytanie każdy odpowiedź znaleźć musi sam.

Rozjemcą nam On czy nie?


Kampania jednak paradoksalnie ma bardzo pozytywny wydźwięk. Abstrahując bowiem od kontekstu politycznego, pokazuje, jak można tego dokonać, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy wszystkie środki zawodzą, i gdy obie skłócone strony jakoś nie kwapią się do kompromisu. Ponad wszystko pokazuje, że jedynym rozwiązaniem jest przyjęcie najprostszej opcji o charakterze… z pewnością nie politycznym. Nie jest to ani powiedziane w złej godzinie, ani nie staje się wyrazem nader optymistycznej wersji wydarzeń, bo gdy w grę wchodzi polityka i tania retoryka, niezależnie której ze stron, polskiej czy niemieckiej, zazwyczaj tracą na tym Polacy. Jeśli zakładać, że Steffen jest rozjemcą, to może należy dać mu wolny głos, i niech mówi sobie nawet [sz] zamiast [rz], niech plącze mu się język, kiedy wymawia „chrząszcz brzmi w trzcinie”. Skoro już zatarły się granice geograficzne i powoli zacierają się granice językowe, niech i zatrą się granice głupoty powstałe na kanwie historycznych sporów i stereotypów. Niech żyje Steffen Moller, nawet jeśli za taką działalność dostaje nie wiem ile tysięcy euro!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.