Po raz drugi i po raz trzeci: dlaczego stoczniowcy nie mogą znaleźć pracy?Skoro zatem sytuacja w Europie wygląda tak obiecująco, to dlaczego większość stoczniowych spawaczy spędza całe dnie w domu lub łowiąc ryby nad kanałem? Po pierwsze, wiadomo, że nie wszyscy oni gotowi są opuścić kraj, rodziny i wyjechać za chlebem do innych państw. Tym bardziej, że tak prosta dla większości młodych kwestia językowa, potrafi być naprawdę dużą przeszkodą dla starszych. Jak jednak wygląda sytuacja w Polsce?
Otóż wcale nie gorzej. Oferty dla spawaczy posiada praktycznie każdy urząd pracy, a wielu pracodawców zamieszcza też ogłoszenia prywatnie. Dlaczego, pytamy zatem po raz trzeci, tak wielu doświadczonych spawaczy z upadłych stoczni twierdzi, że nie może dostać pracy? Odpowiedź jest prosta, ale dotyczy... skomplikowanej techniki.
Branża spawalnicza to obszar, który w ostatnich latach przeszedł ogromną przemianę. Prawdziwie znający swój fach spawacz często jest „na ty” z równie dużą ilością nowoczesnych technologii, co projektujący całość inżynier. Typowy, wspomniany we wstępie artykułu, spawacz wiszący przy kadłubie okrętu, to dzisiaj przykład zacofania technologicznego, pogardliwie określanego przez niektórych „manufakturą”. Manufakturą, gdyż współcześnie większość spawania wykonują maszyny i automaty, a całość odbywa się w sterylnych pomieszczeniach. Współczesny spawacz to człowiek, który kontroluje sterujący wszystkim komputer i jedynie w ostateczności dokonuje drobnych osobistych poprawek. Jedyne, co pozostało w spawaniu niezmienione... to iskry. Tylko tyle.
Ta postępująca automatyzacja procesów sprawiła, że jedynie nieliczni, systematycznie podnoszący swoje kwalifikacje spawacze mogą dziś liczyć na zatrudnienie. Jeśli jednak rzeczywiście znają się na swoim zawodzie, to bez problemu znajdą w Polsce oferty pracy, nieustępujące opisanym wyżej ofertom zagranicznym.
Sprawa jest o tyle ciekawa, że kryzys gospodarczy sprawił, iż wiele firm, chcąc przekonać klientów do swoich produktów postawiła na jakość. Inaczej mówiąc, w ostatnich latach firmy dokonały masowej modernizacji swojego sprzętu i praktycznie trudno dziś znaleźć poważnego pracodawcę, który szukając spawacza miałby na myśli byłego stoczniowca. Praktycznie z każdym dniem z zakładów pracy znikają proste maszyny z technologią step control, a zastępują je choppery i TIGi, które można określić prawdziwym hitem rynku spawalniczego. Jeśli do tego wszystkie dodać, że recesja to okres, kiedy inwestycje, choć trudne, są po prostu tańsze, to mamy obraz rynku pracy, na którym pojawiło się wielu specjalistów od technologii, które właśnie zniknęły.
I tak wygląda sytuacja większości stoczniowych spawaczy. Polskie firmy, wykazujące zapotrzebowanie na spawaczy, jak np. Polimex-Motostal, jeden z najnowocześniejszych w Europie producentów konstrukcji stalowych, stawia spawaczom jeszcze większe wymagania niż ich jego zachodni konkurenci, a odnalezienie w firmie obszaru nieobjętego automatyczną linią produkcyjną jest praktycznie niemożliwe.
Jako ciekawostkę można wspomnieć, że produkty innej polskiej spółki użyte zostały np. przy budowie Wielkiego Zderzacza Hadronów, do którego, przyznajmy to szczerze zbyt wielu elementów, nie udałoby się wyprodukować w stoczni. Dla podsumowania tego akapitu warto dodać, że w Instytucie Spawalnictwa w Gliwicach podstawowym miejscem działań jest... Laboratorium Technik Laserowych, a Polska jest liderem w zastosowaniu laserów w spawaniu.
Postęp jaki nastąpił w spawaniu na przestrzeni ostatnich lat był ogromny i równocześni ogromem swoim ominął on niedoinwestowanego molocha, jakim była stocznia. Prawda jest taka, że gdyby stocznia upadła wcześniej lub dokonała modernizacji posiadanego sprzętu, to wielu jej byłych pracowników byłoby dzisiaj najbardziej rozchwytywaną grupą zawodową na rynku.