Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

2753 miejsce

Stopem po Nowej Zelandii, czyli Bogu dzięki za Niemców

Oczekujesz, że wystawiając kciuk na nowozelandzkich drogach łatwo poznasz miejscowych? Może marzy Ci się Maorys? Marne szanse - według moich, całkiem niereprezentatywnych badań, prawie połowę zatrzymujących się samochodów prowadzą... Niemcy.

Poza głównymi trasami ruch jest bardzo mały. / Fot. Łukasz MuziołPołowa stycznia, lato w pełni. Uroki południowej półkuli. Żar leje się z nieba strumieniami, a dwójka autostopowiczów z Polski już od dwóch godzin usycha przy drodze na obrzeżach Cromwell. Mein gott - miałem nadzieję, że germańskojęzyczna wstawka rozluźni nieco przybitą atmosferę - czy ktoś się w końcu zatrzyma? - Scheiße - odparła krótko moja towarzyszka, zdradzając objawy lekkiego udaru słonecznego.

Kolejny wóz śmignął, nie reagując na nasze machanie i uśmiechy, które już dawno uśmiechami być przestały. Odprowadzając go wzrokiem, po cichu (a może i głośno) przeklinałem ludzki egoizm. Gdy już miał zniknąć za pobliskim wzgórzem, nagle zabłysły światła stopu, a w naszych sercach pojawiła się iskierka nadziei. Samochód powoli, trochę niepewnie zawrócił, podjechał kawałek i zatrzymał się na poboczu jakieś 30 metrów od nas. Nie do końca pewni intencji kierowcy, w napięciu czekaliśmy na jakiś ruch, znak jakiś.

W końcu otworzyły się drzwi i wysiadła starsza pani, na oko pod siedemdziesiątkę. Starannie i elegancko ubrana - biała koszula, brązowe spodnie, kamizelka i kapelusz. Do tego czarne skórzane buty i torebka. Słowem skrzyżowanie Indiany Jonesa z Lady Di. Nie śpiesząc się podeszła bliżej i ciężko usiadła na przydrożnej skarpie. Dzień dobry - silny niemiecki akcent od razu zdradził pochodzenie naszej dobrodziejki - Jestem strasznie zmęczona, w taki upał nie da się prowadzić. Zawieziecie mnie do Wanaka? - powiedziała, wyciągając z kieszeni kluczyki. Dwa razy nie trzeba było nam powtarzać.

Te przeklęte ograniczenia prędkości

Południowa Wyspa jest pełna urokliwych widoków. / Fot. Łukasz MuziołSto na godzinę, na pustej drodze? Toż to nonsens. Gdybym mogła tak jak w domu: 170 czy 180, to juz dawno byłabym na miejscu - starsza pani z wiekiem wyraźnie nie straciła werwy. Do tego okazało się, że podróżuje po Nowej Zelandii niczym typowy backpacker. Wynajętym samochodem, bez żadnych sztywnych planów, czy rezerwacji. W Wanaka zjedliśmy razem obiad, słuchając opowieści o powojennych Niemczech. Tak oto rozpoczęła się cała seria spotkań trans-odrzańskich na antypodach - sześć kolejnych zatrzymanych samochodów prowadzili nasi zachodni sąsiedzi.

Następnego wieczora jechaliśmy starą rozklekotaną półciężarówką. Trzydziestoparolatka z Hanoweru opowiadała, jak siedem lat temu przyjechała na wakacje, poznała Nowozelandczyka i została. Teraz hodują razem owce, ale coraz gorzej idzie, bo straszna susza. Dojechaliśmy do jej farmy, gdzie pozwoliła nam rozbić namiot w ogrodzie, gdybyśmy dalej nic nie złapali. Nie było takiej potrzeby - kolejny wóz, kolejna Niemka, tym razem młodziutka, prosto ze szkoły. Ponoć wszyscy teraz biorą rok przerwy przed uniwersytetem, podróżują, pracują i uczą się angielskiego. Wszyscy jadą do Nowej Zelandii? Nie wiem, na to wygląda - stwierdziła.

Jej rówieśnik, z którym jechaliśmy dzień później, nie był z tego faktu zadowolony. Myślał, że wybierając tak odległy kraj będzie oryginalny - Jak mam ćwiczyć mój angielski, kiedy dookoła sami Niemcy? - narzekał. Zawiózł nas do lodowca Franciszka Józefa, po drodze upewniając się, czy wiemy, że to cesarz Austrii, nie żaden Niemiec.

Kiedy po czterech dniach chodzenia po górach wyszliśmy na drogę w okolicach Whataroa, zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód. Dwie skąpo ubrane Niemki szybko uprzątnęły tylną kanapę z resztek jedzenia i kosmetyków, po czym ruszyliśmy na północ. Rozmowa szybko przestała się kleić. Być może dziewczynom nie spodobał się nasz zapach - w końcu od czterech dni nie widzieliśmy prysznica. W pewnym momencie postanowiły przespać się nad pobliskim jeziorem, więc znowu musieliśmy liczyć na szczęście. Szczęście, które tego dnia sprzyjało. Pięć minut później jechaliśmy z kolejną obywatelką kraju Goethego, której rozbiegane ręce i nieskładna mowa zdradzały nadużywanie nielegalnych substancji. Do tego ograniczenia prędkości nie robiły na niej żadnego wrażenia, przez co my wrażeń mieliśmy sporo.

Podsumowanie badań

Na mniej popularnych górskich szlakach można przez kilka dni nie spotkać żywej duszy. / Fot. Łukasz MuziołPrzez całe trzy tygodnie przemieszczania się stopem po Nowej Zelandii prowadziłem statystyki zatrzymujących się kierowców. Różnorodności było mało, bo sklasyfikowałem jedynie cztery narody. Niemcy okazali się bezkonkurencyjni, zaś na mocnym drugim miejscu znaleźli się Anglicy. Rodowici mieszkańcy wysp wypadli poniżej oczekiwań - dopiero trzecie miejsce, choć wypada mi pochwalić ich za rzecz niesłychaną, która miała miejsce pod Queenstown. Otóż podrzucił nas za darmochę nowozelandzki taksówkarz (!), i to spory kawałek, jakieś 150 kilometrów.

Rzutem na taśmę załapała się Walia, z jednym reprezentantem, który został też ostatnim kierowcą, z jakim mieliśmy przyjemność. Było już samo południe, a on dopiero wybierał się z kajakiem na rzekę. Rzut oka wystarczył, żeby odgadnąć przyczynę tej opieszałości. Niech za komentarz wystarczy cytat z Kazika: "Oczy niebieskie mówią wprost, wczoraj wyjątkowo aktywna noc..." Zabalowało się trochę? - Więcej niż trochę. Wszystko przez to, że poznałem wczoraj taką jedną Niemke... - odparł.

Wniosek z moich nienaukowych badań jest dość oczywisty - Bogu dzięki za Niemców, bo gdyby nie oni, to cienko byśmy przędli na nowozelandzkich drogach.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (10):

Sortuj komentarze:

super wyprawa, artykuł ciekawy, plus:)

nawiązując do zdania Klary mi sie styl Łukasza podoba bo pasuje do relacji z wyprawy:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Połowa stycznia, lato w pełni. Uroki południowej półkuli." - gdybyś to napisał w styczniu... Ty wiesz, jak by to brzmiało ? :D:D pięknie by brzmiało ! a w marcu... to już każdy wiosnę za oknem czuje :P

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ za odwagę, bo język to taki sobie/to"rzutem na taśmę" brrr/

Komentarz został ukrytyrozwiń

Fascynujący artykuł. Oczywiście + :)
Mam cichą nadzieję, że dane mi kiedyś będzie przeżyć coś podobnego na własnej skórze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo ciekawy artykuł... no i pozazdrościć przeżyć :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

:)

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

-hehe polak?
- nooo:)
- to co wódeczke polać
- nooo mój ty mały psychologu

Komentarz został ukrytyrozwiń

hehe ja gdzie kolwiek bym nie był...zawsze polaka spotkam..od angli przez hiszpanię włochy grecje turcje..zawsze polaka za barem znajde:D

Komentarz został ukrytyrozwiń

A tak swoją drogą, myślałem, że to zjawisko b. europejskie, dotyczące np. Majorki... Nowa Zelandia także w cenie, widzę :)

W Kapadocji, w Turcji, bodaj w Oludeniz , jest taka mała enklawa dla Brytyjczyków. Ceny w funtach, tylko j. angielski, turystyka stosowana. Masakra :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.