Facebook Google+ Twitter

Strajk na szczytach władzy

Nikt nie chciał reprezentować Polski na „nieformalnym“ posiedzeniu Rady Europejskiej 12 listopada na Malcie poswięconym palącym problemem masowego napływu uchodźców. W Polsce wywołał on dodatkowo kryzys przedstawicielstwa.

Nikt nie chciał reprezentować Polski na „nieformalnym“, tj. zwołanym poza zaplanowanym z góry kalendarzem spotkań, posiedzeniu Rady Europejskiej 12 listopada na Malcie. Szefowie państw i rządów krajów Unii mają na nim zająć się palącym problemem opanowania kryzysu wywołanego masowym napływem uchodźców. W Polsce wywołał on dodatkowo kryzys przedstawicielstwa. Oboje najwyżsi przedstawiciele władzy wykonawczej, premier Kopacz i prezydent Duda, wskazywali jako najwłaściwszego na tę okazję reprezentanta - „kolegę“. Przypomina to znane z przeszłości sceny z PRL-owskich restauracji z udziałem leniwych kelnerów.
W tym przypadku sprawa jest jednak poważna. Chodziło o rozwikłanie kolizji terminów posiedzeń dwóch ważnych dla naszego kraju organów politycznych, Rady Europejskiej i inauguracji nowego Sejmu RP wyznaczonych …na 12 listopada. Od blisko tygodnia trwał spór, na kogo spada ciężar prezentowania stanowiska Polski na szczycie europejskim – ustępującą panią premier czy urzędującego od 6 sierpnia prezydenta Dudę. Prezydent i jego ludzie stali na stanowisku, że powinna się tego podjąć premier Kopacz, która dotąd uczestniczyła w negocjacjach poświęconych kryzysowi migracyjnemu, zaś pani premier uznała, że sprawą powinien się zająć prezydent, który wskazał niefortunnie wybrany termin inauguracyjnego posiedzenia nowego Sejmu.
Rzeczywiście, pozostaje tajemnicą, czym kierował się prezydent RP, wyznaczając - 5 listopada – inaugurację Sejmu RP na ten sam dzień, na który 3 listopada zwołał posiedzenie Rady Europejskiej przewodniczący Tusk. Urzędnicy kancelarii prezydenta tłumacząyli się tym, że nie otrzymali na czas informacji o europejskim szczycie z ministerstwa spraw zagranicznych. Takie wyjaśnienie trudno jednak traktować poważnie, trzeba by bowiem przyjąć, że pracownicy kancelarii prezydenta nie tylko nie śledzą wydarzeń w Unii Europejskiej, której członkiem – przypomnijmy to – jest także Polska, ale w ogóle nie oglądają telewizji i nie czytają gazet. Chodziło raczej o przedłużanie swego rodzaju strajku, jaki prowadzi prezydent Duda, konsekwentnie – od trzech miesięcy – odmawiając współpracy z rządem w jakiejkolwiek sprawie wagi państwowej i unikając jak ognia kontaktów z urzędującą premier. W tej sytuacji trudno doprawdy się dziwić niedoinformowaniu prezydenta w kwestii uchodźstwa i udziale Polski w jej rozwiązywaniu.
Postawiona w tej dziwacznej sytuacji premier Kopacz poprzestawała na wzywaniu prezydenta do zainteresowania się pracami jej gabinetu, w tym także przebiegiem negocjacji na temat kryzysu migracyjnego w Unii, gdy tymczasem prezydent i jego ludzie ograniczali się do odgrywania roli opozycji, bezpardonowo krytykującej wszelkie posunięcia rządu - bez jasnego precyzowania własnego stanowiska.
Nieporozumienia między pałacami – dużym i małym – nie polegały więc jedynie na braku wzajemnej komunikacji, utrudniającym wyłonienie legalnego rzecznika naszego kraju na cypryjski szczyt. Na dobrą sprawę nie wiadomo także, jakie stanowisko miałby ów przedstawiciel prezentować kolegom z Unii, ponieważ stanowiska Polski nie ma. Prezydent i jego ludzie, prócz enigmatycznych deklaracji o gotowości niesienia pomocy humanitarnej uciekinierom wojennym, stoją na stanowisku, że kryzys migracyjny nas nie obciąża. Piwa nawarzyły Niemcy i Francja błędną polityką wobec imigracji i powinny je same wypić. Rząd, zdając sobie sprawę, że taka postawa nie da się pogodzić z członkostwem w Unii, a zarazem świadom negatywnego nastawienia zwycięskiego obozu PiS i większości społeczeństwa wobec obcych kulturowo imigrantów, starał się maksymalnie ograniczyć udział Polski w rozwiązywaniem trudności związanych z ich masowym napływem do Europy.
Mimo wszystko wyborcze i powyborcze perturbacje w kraju nie mogą usprawiedliwiać absencji przedstawiciela Polski przy stole obrad ważnych unijnych organów. Świadczy to o poważnym niedowładzie polskich organów władzy.
Formalnie rzecz biorąc, w obradach Rady Europejskiej powinna była uczestniczyć premier Kopacz. Wszakże w przededniu dymisji trudno byłoby jej podejmować jakiekolwiek nowe zobowiązania ponad te, które zaakceptowała na poprzednim szczycie pod koniec października (za co brała w ostatnich dniach i godzinach wyborczej kampanii solidne cięgi od rozgorączkowanej Zjednoczonej Prawicy i samego prezydenta). Nie ulega wątpliwości, że po powrocie z Malty czekałaby ją „powtórka z rozrywki“. Tyle że było już po przegranych wyborach i właściwie nie było warto wystawiać się na ciosy wrogiego obozu. Dlatego specjalnie nie dziwi, że wzorem prezydenta też zastrajkować i na Maltę nie lecieć. Do przejęcia funkcji reprezentanta Polski na unijnym szczycie premier wzywała prezydenta Dudę. Ten zdecydowanie odmawiał i temu także trudno się dziwić. Mimo zawstydzającego niedoinformowania musiał on zdawać sprawę, że zgromadzonym na Malcie szefom państw i rządów Unii nie może powiedzieć tego, co mówił w czasie kampanii wyborczej swojej partii: Bawcie się sami. Czy miałby zacząć bronić pozycji zajętych wcześniej przez Ewę Kopacz, którą dotąd konsekwentnie zwalczał?
Tymczasem maltański szczyt zbliżał się szybkimi kroki, a u nas sprawy sprawy toczyły się „normalnie“, siłą bezwładu, Tylko gdzie w tym jest interes Polski? Nie polega on przecież na tym, żeby jakoś wykręcić się czy ograniczyć do absolutnego minimum nasz udział w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego trapiącego Unię. W interesie Polski, kraju, który perspektywy swego rozwoju trwale związał z członkostwem w Unii Europejskiej, leży jak najszybsze przezwyciężenie tego kryzysu i warto za to zapłacić rozsądną cenę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.