Pozycja materiału w rankingach:
Od kilku miesięcy studenci niemieccy, wspólnie z wykładowcami wychodzą na ulice, by walczyć o zmiany na lepsze w szkolnictwie. Są już pierwsze efekty działań, na niektórych uniwersytetach zniesiono listy obecności.
- Jedno z żądań, które stawiali studenci zostało spełnione. Wprawdzie nie wszędzie i nie dla wszystkich, ale to pierwszy krok na drodze ku reformom - opowiada Wiadomościom24.pl Caroline, jedna z uczestniczek ogólnokrajowego strajku szkolnictwa, który z przerwami trwa w Niemczech nieustannie od kilku miesięcy.
Kilkaset tysięcy osób na ulicach samego Berlina w ostatnim czasie, bojkotowanie zajęć oraz blokada samego budynku uniwersyteckiego nie przeszły niezauważone. Pierwsze z żądań zostało spełnione. Wśród innych postulatów niemieckiej młodzieży znajdują się: żądanie większego dofinansowania szkolnictwa, zmniejszenia liczby uczniów w klasach, większych zarobków dla nauczycieli szkolnych i akademickich, zniesienia opłat studenckich.Zobacz także:
Artykuły
(53)
Galerie
(8)
Średnia ocen
(3.99)
Wiek: 25 | Miejscowość: Berlin | Kraj: Niemcy
O mnie: Slawistka, filozofka. Miłośniczka kotów, Huxley'a i piwa z imbirem.
Ostatnie artykuły autora:
Zobacz inne materiałySortuj komentarze:
Magda Wieczorek 09.12.2009 20:25
zgodzę się równiez z Olą , że podejście do studiów naszych studentów jest nieco inne niż w Hiszpanii czy Niemczech, Francji.
Magda Wieczorek 09.12.2009 20:24
Kochani z przyjemnością czytałam waszą dyskusję, macie dojrzałe poglądy zwłaszcza Ty Szymonie. Ja uważam , że obowiązkiem studenta jest obecność na każdych zajęciach, student nie może traktować zajęć wybiorczo. Dobrze przygotowane wykłady to skarbnica wiedzy.
Aleksandra Puciłowska 09.12.2009 17:58
"Wykłady nie mają byc ciekawe, mają uczyc"- o nie, Drogi Szymonie!
Wykłady mają być ciekawe i uczyć- jedno nie wyklucza drugiego.
Nic mi po ekspertach z wykutą na pamięć wiedzą i żadnym dla swojego fachu zapałem i miłością.
Tu właśnie widać, jak bardzo róźni się mentalność studentów polskich i niemieckich- w Niemczech na studia idą ludzie z pasji i zamiłowania, w Polsce- bardzo często po papierek.
Co do obecności na wykładach- właśnie dlatego, iż "nie jesteśmy w przedszkolu" nikogo nie trzeba sprawdzać, czy na nie chodzi, czy nie.
Jeteśmy dorosłymi ludźmi- skoro decydujemy się na studia w danym kierunku, to w nasyzm interesie leżyuczęszczać na zajęcia-a jeśli ktoś sobie odpuści, to jego problem, jak nadrobi zaległości. Na tym polega dorosłość.
Nie nawołuję do opuszczania zajęć, ale do traktowania siebie nawzajem na uniwerkach, jako dorośli ludzie.
Dużo się nasłuchałam na temat tego, jaki stosunek panuja na polskich uczelniach pomiędzy wykładowcami, a studentami i byłam (nadal jestem!) zszokowana.
W Niemczech to wykładowcy są na uniwerku dla studentów- jako pomoc, jako osoba, która ma Cię czegoś nauczyć- to oni są w pracy, to oni mają dbać, by na ich zajęcia zapisywali się studenci,by zainteresować ich przedmiotem.
Sytuację w Polsce odzwierciedla zdanie, które usłyszałam niedawno na wykładzie na Uniwersytecie Wrocławskim, będąc na wykładzie, jako gość:
"Jeśli Abraham mógł rozmawiać z Bogiem, to student może z wykładowcą."
Inny przykład:
profesor tego samego uniwesytetu omawia zasady funkcjonawania hierarchii w firmie na przykładzie słuchaczy jego wykładu, którzy zobowiązani są wypełniać jego polecenia, jak np przynieśćmu kawę, gdy o to poprosi.
Szczęka mi opadła.
Dawid Serafin 09.12.2009 17:32
Szymonie masz racje, zgadzam się z tym że notatki i książki nie zrekompensują styczności z żywą tkanką jak to nazwałeś. Co do warunków studiowanie już trochę szerze się tutaj wypowiedziałem link Co do ruszania się na zajęcia jestm jak najbardziej "za". Jednak kiedy np. po 2-3 zajęciach widze, że profesor mówi, albo o rzeczach niezwiązanych z tematyką, albo mówi w sposób bardzo ale to bardzo mało przystępny to wole wybrać inną formę aktywności. Miałem np. na trzecim roku takie zajęcia "Rynek pracy w UE" gdzie wykładowca mówił o swoich przeżyciach i wogóle nie wnosiło to (według mnie) większej wartości w mój rozwój. Dlatego za miast tego wybrałem coś bardziej praktycznego (nawet związanego z tematem) i pracowałem dorywczo w jednej firmi międzynarodowej. I jeszcze jeden przykład (na plus dla wykładowcy tym razem). Miałem zajęcia z protokołu dyplomatycznego - nasza pani profesor postanowiła że nie ma to jak praktyka i całe pół roku pracowaliśmy w grupach nad przygotowaniem wizyty dyplomatycznej danego prezydenta w Polsce. Super zajęcia, aż miło się chodziło. Miałem też znajomych którzy mieli z zupełnie innym wykładowcą, słuchy wykład, mase różnych cytatów, nazwisk, które jakby ktoś naprawde się uparł znalazłby w bibliotece w kilka godzin. I tak podsumowując, masz racje Szymonie to nie jest przedszkole, żeby przez zabawe zdobywać więdze. Jednak sama słucha teoria książkowa, która niektórzy wykładowcy czytają ze swoich skryptów nie podparta praktyką jest dla mnie mało przekonywująca. Dlatego tak lubiłem wykłady już wspomnianym w cześniejszym komentarzu doktorem Szostkiem, bo facet w tym siedział. Nie tylko wykładał ale na codzien jako prawnik zajmował się prawem europejskim i dzięki wielu anegdotom to prawo stawało się bardziej dostępne a co najważniejsze łatwiej wchodziło do głowy:)
Szymon Nowaczyk 09.12.2009 16:07
Dawidzie, student studiujący państwowo jak ja i Ty (domyślam się), jest winny dostosowac się do warunków w jakich te studia funkcjonują. Społeczeństwo łoży na Ciebie właśnie po to, żebys łaskawie ruszył z domu na zajęcia. Wykłady nie mają byc ciekawe, mają uczyc. Nie jestesmy w przedszkolu i nie obowiązuje tu zasada "uczyc bawiąc". Zajęcia maja charakter spotkan, ponieważ wiedza książkowa nigdy nie zrekompensuje styczności z żywą tkanką. Po to się na Ciebie oddaje pieniądze państwu, żeby wyprodukowało ono specjalistę. Specjalistą nie zostaniesz natomiast poprzez studiowanie "korespondencyjne".
Szymon Nowaczyk 09.12.2009 15:55
Aleksandro,
jeśli studenci nie będą uczęszczac na wykłady przeznaczone dla nich, to jak to wytłumaczysz reszcie społeczeństwa, która do ich studiów dopłaca? biedny rolnik płaci podatki na utrzymanie niewykorzystanych uniwersytetów? marnotrawstwo. wobec tego, niech wszyscy studenci płacą za wszystkie studia i sami sobie decydują, czy na zajęcia chcą chodzic, czy nie.
Dawid Serafin 09.12.2009 15:48
Osobiście też jestem przeciwny funkcjonowaniu list obecności. Jeśli profesor potrafi wyłożyć dany przedmiot w sposób ciekawy to studenci zapełnią sale. A zmuszanie studentów do chodzenia na zajęcia przy pomocy listy obecności jest nie porozumieniem. I wcale nie uważam, że wykładowca musi być jakimś luzakiem, żeby zapełniła się u niego sala. Sam pamiętam jak z chęcią chodziłem na zajęcia z prawa europejskiego do doktora Szostka, chociaż wymogi, jakie miał wobec studentów były naprawdę zawieszone wysoko. Ale też człowiekowi się chciał je spełniać, bo czuło się, że facet solidnie się przykłada do swoich zadań.
Aleksandra Puciłowska 09.12.2009 12:25
Nieobecność na zajęciach nie pomniejsza w żadnym wypadku wartości dyplomu!
Ważna jest praca samodzielna, a nie "odbębnienie" jakiegoś okresu czasu na uniwerku- i na to powinno kłaść się nacisk i dlatego walczyliśmy o zniesienie tej listy- również jako symbolu "robienia ze studiów wyższych przedłużenia szkoły".
Aleksandra Puciłowska 09.12.2009 12:22
Joanno, nie chodzi o rozdawanie dyplomów za uśmiech, ale o coś zupełnie innego.
W Niemczech studenci mają zupełnie inne nastawienie do nauki niż w Polsce.
Rozmawiałam na ten temat z wieloma polskimi studentami- sama nigdy w Polsce nie studiowałam, dlatego też wybieram się na Erasmusa do Wrocławia, by zobaczyć jak to jest.
W Niemczech nigdy nie spotkałam się z kimkolwiek, kto przychodzi na zajęcia z przymusu- plan ustalasz sobie sama, jasne jest, że jęsli przychodzisz na jakieś zajęcia i cię to nudzi, to zwyczajnie rezygnujesz i zapisujesz się na coś innego.
Co do egzaminów- na większości humanistycznych kierunkach wygląda to zuepłnie inaczej, niż w Polsce.
Typowego egzaminu- długopis, kartka papieru z pytaniami i studenci w ławkach jest niewiele.
Ja osobiście w przeciągu całych studiów licencjackich mam ich na slawistyce (mój główny kierunek) 4, a na filozofii (kierunek poboczny) 2.
Reszta egzaminów to samodzielna praca studenta- do napisania są własne prace, na wybrany przez siebie samego temat- ustala się to mniej więcej z wykładowcą, a potem się ma czas, by oddać pracę na minimum 12 stron.
Nie dziw się, iż przy takim trybie nauki studentów wkurza jakaś "dziecinna lista obecności"- po samą obecność i tak nikt nie przychodzi.
I dla jasności- piszemy tu o studiach w trybie Bachelor, sprayw wyglądają zupełnie inaczej na studiach medycznych, czy prawniczych, które funkcjonują na zasadach Staatsexam.
Jan Piotr Ziółkowski 09.12.2009 11:16
Listy obecności to jeden z obowiązków studenta. Chociaż czy ważniejsza jest obecność, czy oceny? W zasadzie to, że ktoś nie chodził na zajęcia nie pomniejsza wartości dyplomu, jeśli egzaminy były przeprowadzone rzetelnie i odsiewały leserów. Tak czy siak listy obecności są dobrym symbolem - w którą stronę idą zmiany: przychodziłeś?-stempel-zaliczyłeś 1.etap?-stempel-zaliczyłeś 2.etap?-stempel-masz praktyki?-stempel-obroniłeś pracę zgodną z rubryczkami?-stempel-dyplom-brawo-następny do przygotowania na rynek pracy. Oby kultura i obyczaje długo jeszcze pozwalały nam studiować w normalnych warunkach i rozwijać nasze zainteresowania.
O. Rydzyk i PiS są zgodni: "Katolicy nie powinni płacić podatków"
(odsłon: +3191)