Facebook Google+ Twitter

Strajk się opłaca! Niemieckie uniwersytety znoszą listy obecności

Od kilku miesięcy studenci niemieccy, wspólnie z wykładowcami wychodzą na ulice, by walczyć o zmiany na lepsze w szkolnictwie. Są już pierwsze efekty działań, na niektórych uniwersytetach zniesiono listy obecności.

Strajk studentów, Berlin listopad 2009 / Fot. Aleksandra Puciłowska- Jedno z żądań, które stawiali studenci zostało spełnione. Wprawdzie nie wszędzie i nie dla wszystkich, ale to pierwszy krok na drodze ku reformom - opowiada Wiadomościom24.pl Caroline, jedna z uczestniczek ogólnokrajowego strajku szkolnictwa, który z przerwami trwa w Niemczech nieustannie od kilku miesięcy.

Wczoraj o godzinie 14 miejsce miało ogólne zebranie studentów Uniwersytetu Humboldtów w Berlinie, na którym ogłoszono radosną nowinę: z dniem dzisiejszym na uczelni zniesiono listy obecności. Studenci w całych Niemczech z oburzeniem przyjęli ich wprowadzenie, wraz z reformą bolońską. - Nie jesteśmy w szkole, każdy z nas przychodzi na zajęcia z własnej chęci i to ona powinna być tym, co nas na uniwerek przyciąga, a nie jakieś sprawdzanie obecności - uzasadnia Michael, student historii sztuki.

Studiujący zwracali także uwagę na fakt, iż wielu z nich angażuje się społecznie i politycznie, co uniemożliwia im obecność na określonej liczbie zajęć. Zauważano również, iż większość z nich musi także pracować - czasem kosztem czasu, który spędzić powinni na uniwersytecie.
- To nie nasza wina, że w wielu miastach studia są płatne, a Bafög (pożyczka na studia wypłacana przez państwo - przyp. red.) i stypendia dostają nieliczni. Niech zaproponują nam inne możliwości finansowania swej nauki, to chętnie zrezygnujemy z pracy - mówi Beathe, która studiując filozofię, jednocześnie pracuje w centrum telefonicznym pewnej berlińskiej firmy.

 / Fot. http://www.henningschuerig.de/blog/wp-content/uploads/2009/06/bildungsstreik2009.pngKilkaset tysięcy osób na ulicach samego Berlina w ostatnim czasie, bojkotowanie zajęć oraz blokada samego budynku uniwersyteckiego nie przeszły niezauważone. Pierwsze z żądań zostało spełnione. Wśród innych postulatów niemieckiej młodzieży znajdują się: żądanie większego dofinansowania szkolnictwa, zmniejszenia liczby uczniów w klasach, większych zarobków dla nauczycieli szkolnych i akademickich, zniesienia opłat studenckich.

Mając na uwadze fakt, iż przedstawiciele FDP - partii współrządzącej obecnie w Niemczech - opowiadają się za zwiększeniem wydatków na szkolnictwo, możemy mieć nadzieję, że wkrótce będą spełniane następne.

Podczas ostatniej demonstracji studenci zapowiedzieli, że czekają na wyraźne sygnały współpracy ze strony rządu. W przeciwnym razie - ponownie wyjdą na ulice.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (11):

Sortuj komentarze:

zgodzę się równiez z Olą , że podejście do studiów naszych studentów jest nieco inne niż w Hiszpanii czy Niemczech, Francji.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Kochani z przyjemnością czytałam waszą dyskusję, macie dojrzałe poglądy zwłaszcza Ty Szymonie. Ja uważam , że obowiązkiem studenta jest obecność na każdych zajęciach, student nie może traktować zajęć wybiorczo. Dobrze przygotowane wykłady to skarbnica wiedzy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Wykłady nie mają byc ciekawe, mają uczyc"- o nie, Drogi Szymonie!
Wykłady mają być ciekawe i uczyć- jedno nie wyklucza drugiego.

Nic mi po ekspertach z wykutą na pamięć wiedzą i żadnym dla swojego fachu zapałem i miłością.

Tu właśnie widać, jak bardzo róźni się mentalność studentów polskich i niemieckich- w Niemczech na studia idą ludzie z pasji i zamiłowania, w Polsce- bardzo często po papierek.

Co do obecności na wykładach- właśnie dlatego, iż "nie jesteśmy w przedszkolu" nikogo nie trzeba sprawdzać, czy na nie chodzi, czy nie.
Jeteśmy dorosłymi ludźmi- skoro decydujemy się na studia w danym kierunku, to w nasyzm interesie leżyuczęszczać na zajęcia-a jeśli ktoś sobie odpuści, to jego problem, jak nadrobi zaległości. Na tym polega dorosłość.

Nie nawołuję do opuszczania zajęć, ale do traktowania siebie nawzajem na uniwerkach, jako dorośli ludzie.
Dużo się nasłuchałam na temat tego, jaki stosunek panuja na polskich uczelniach pomiędzy wykładowcami, a studentami i byłam (nadal jestem!) zszokowana.

W Niemczech to wykładowcy są na uniwerku dla studentów- jako pomoc, jako osoba, która ma Cię czegoś nauczyć- to oni są w pracy, to oni mają dbać, by na ich zajęcia zapisywali się studenci,by zainteresować ich przedmiotem.

Sytuację w Polsce odzwierciedla zdanie, które usłyszałam niedawno na wykładzie na Uniwersytecie Wrocławskim, będąc na wykładzie, jako gość:
"Jeśli Abraham mógł rozmawiać z Bogiem, to student może z wykładowcą."

Inny przykład:
profesor tego samego uniwesytetu omawia zasady funkcjonawania hierarchii w firmie na przykładzie słuchaczy jego wykładu, którzy zobowiązani są wypełniać jego polecenia, jak np przynieśćmu kawę, gdy o to poprosi.

Szczęka mi opadła.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Szymonie masz racje, zgadzam się z tym że notatki i książki nie zrekompensują styczności z żywą tkanką jak to nazwałeś. Co do warunków studiowanie już trochę szerze się tutaj wypowiedziałem link Co do ruszania się na zajęcia jestm jak najbardziej "za". Jednak kiedy np. po 2-3 zajęciach widze, że profesor mówi, albo o rzeczach niezwiązanych z tematyką, albo mówi w sposób bardzo ale to bardzo mało przystępny to wole wybrać inną formę aktywności. Miałem np. na trzecim roku takie zajęcia "Rynek pracy w UE" gdzie wykładowca mówił o swoich przeżyciach i wogóle nie wnosiło to (według mnie) większej wartości w mój rozwój. Dlatego za miast tego wybrałem coś bardziej praktycznego (nawet związanego z tematem) i pracowałem dorywczo w jednej firmi międzynarodowej. I jeszcze jeden przykład (na plus dla wykładowcy tym razem). Miałem zajęcia z protokołu dyplomatycznego - nasza pani profesor postanowiła że nie ma to jak praktyka i całe pół roku pracowaliśmy w grupach nad przygotowaniem wizyty dyplomatycznej danego prezydenta w Polsce. Super zajęcia, aż miło się chodziło. Miałem też znajomych którzy mieli z zupełnie innym wykładowcą, słuchy wykład, mase różnych cytatów, nazwisk, które jakby ktoś naprawde się uparł znalazłby w bibliotece w kilka godzin. I tak podsumowując, masz racje Szymonie to nie jest przedszkole, żeby przez zabawe zdobywać więdze. Jednak sama słucha teoria książkowa, która niektórzy wykładowcy czytają ze swoich skryptów nie podparta praktyką jest dla mnie mało przekonywująca. Dlatego tak lubiłem wykłady już wspomnianym w cześniejszym komentarzu doktorem Szostkiem, bo facet w tym siedział. Nie tylko wykładał ale na codzien jako prawnik zajmował się prawem europejskim i dzięki wielu anegdotom to prawo stawało się bardziej dostępne a co najważniejsze łatwiej wchodziło do głowy:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dawidzie, student studiujący państwowo jak ja i Ty (domyślam się), jest winny dostosowac się do warunków w jakich te studia funkcjonują. Społeczeństwo łoży na Ciebie właśnie po to, żebys łaskawie ruszył z domu na zajęcia. Wykłady nie mają byc ciekawe, mają uczyc. Nie jestesmy w przedszkolu i nie obowiązuje tu zasada "uczyc bawiąc". Zajęcia maja charakter spotkan, ponieważ wiedza książkowa nigdy nie zrekompensuje styczności z żywą tkanką. Po to się na Ciebie oddaje pieniądze państwu, żeby wyprodukowało ono specjalistę. Specjalistą nie zostaniesz natomiast poprzez studiowanie "korespondencyjne".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Aleksandro,

jeśli studenci nie będą uczęszczac na wykłady przeznaczone dla nich, to jak to wytłumaczysz reszcie społeczeństwa, która do ich studiów dopłaca? biedny rolnik płaci podatki na utrzymanie niewykorzystanych uniwersytetów? marnotrawstwo. wobec tego, niech wszyscy studenci płacą za wszystkie studia i sami sobie decydują, czy na zajęcia chcą chodzic, czy nie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Osobiście też jestem przeciwny funkcjonowaniu list obecności. Jeśli profesor potrafi wyłożyć dany przedmiot w sposób ciekawy to studenci zapełnią sale. A zmuszanie studentów do chodzenia na zajęcia przy pomocy listy obecności jest nie porozumieniem. I wcale nie uważam, że wykładowca musi być jakimś luzakiem, żeby zapełniła się u niego sala. Sam pamiętam jak z chęcią chodziłem na zajęcia z prawa europejskiego do doktora Szostka, chociaż wymogi, jakie miał wobec studentów były naprawdę zawieszone wysoko. Ale też człowiekowi się chciał je spełniać, bo czuło się, że facet solidnie się przykłada do swoich zadań.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nieobecność na zajęciach nie pomniejsza w żadnym wypadku wartości dyplomu!

Ważna jest praca samodzielna, a nie "odbębnienie" jakiegoś okresu czasu na uniwerku- i na to powinno kłaść się nacisk i dlatego walczyliśmy o zniesienie tej listy- również jako symbolu "robienia ze studiów wyższych przedłużenia szkoły".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Joanno, nie chodzi o rozdawanie dyplomów za uśmiech, ale o coś zupełnie innego.

W Niemczech studenci mają zupełnie inne nastawienie do nauki niż w Polsce.
Rozmawiałam na ten temat z wieloma polskimi studentami- sama nigdy w Polsce nie studiowałam, dlatego też wybieram się na Erasmusa do Wrocławia, by zobaczyć jak to jest.

W Niemczech nigdy nie spotkałam się z kimkolwiek, kto przychodzi na zajęcia z przymusu- plan ustalasz sobie sama, jasne jest, że jęsli przychodzisz na jakieś zajęcia i cię to nudzi, to zwyczajnie rezygnujesz i zapisujesz się na coś innego.
Co do egzaminów- na większości humanistycznych kierunkach wygląda to zuepłnie inaczej, niż w Polsce.
Typowego egzaminu- długopis, kartka papieru z pytaniami i studenci w ławkach jest niewiele.
Ja osobiście w przeciągu całych studiów licencjackich mam ich na slawistyce (mój główny kierunek) 4, a na filozofii (kierunek poboczny) 2.
Reszta egzaminów to samodzielna praca studenta- do napisania są własne prace, na wybrany przez siebie samego temat- ustala się to mniej więcej z wykładowcą, a potem się ma czas, by oddać pracę na minimum 12 stron.

Nie dziw się, iż przy takim trybie nauki studentów wkurza jakaś "dziecinna lista obecności"- po samą obecność i tak nikt nie przychodzi.

I dla jasności- piszemy tu o studiach w trybie Bachelor, sprayw wyglądają zupełnie inaczej na studiach medycznych, czy prawniczych, które funkcjonują na zasadach Staatsexam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Listy obecności to jeden z obowiązków studenta. Chociaż czy ważniejsza jest obecność, czy oceny? W zasadzie to, że ktoś nie chodził na zajęcia nie pomniejsza wartości dyplomu, jeśli egzaminy były przeprowadzone rzetelnie i odsiewały leserów. Tak czy siak listy obecności są dobrym symbolem - w którą stronę idą zmiany: przychodziłeś?-stempel-zaliczyłeś 1.etap?-stempel-zaliczyłeś 2.etap?-stempel-masz praktyki?-stempel-obroniłeś pracę zgodną z rubryczkami?-stempel-dyplom-brawo-następny do przygotowania na rynek pracy. Oby kultura i obyczaje długo jeszcze pozwalały nam studiować w normalnych warunkach i rozwijać nasze zainteresowania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.