Facebook Google+ Twitter

Strażnik sopockiej plaży

Przyzwyczailiśmy się, że nad plażą i letnikami czuwa ratownik. Okazuje się, że Sopot jest wyjątkowy także pod tym względem. Pan Waldemar jest bywalcem i dobrym duchem plaży od 34 lat, czyli prawie tyle ile lat mam w metryce.

Mój jest ten kawałek plaży



Pan Waldemar na plaży. / Fot. Michał ZarzyckiOd tego kawałka plaży 20 lat temu zaczęło się moje gdańskie życie, a pan Waldemar jest jej niezaprzeczalnym symbolem. Stali bywalcy rozpoznają go tak samo jak charakterystyczne złamanie korony drzew, po którym lepiej trafiają w to miejsce, niż dzięki blaszanym tabliczkom z numerami wejść 37 i 38. Gdy szukałem uzasadnienia wyboru tego zakątka, pan Waldemar dostarczał niepodważalnych dowodów. Mnie i innym wpajał w letnie dni teorię morskich prądów, które sprawiają, że woda na tym odcinku jest szczególnie czysta i często się wymienia. Zachwalał zalety morskiego dna, które schodzi tu wyjątkowo płynnie i niepowtarzalny widok z Gdańska po Gdynię i Hel. Wielu, których stąd pamiętam, już nie ma – pana, co obwieszony bałtyckim złotem krzyczał „Bursztynki!!!” i tego co roznosił lody Bambino, nie dając przy tym zasnąć. Jego wołanie: „Ludzie, ludzie... czy wy śpicie, czy wy mnie dzisiaj nie widzicie?!” stało się tematem wakacyjnych anegdot.

Karlikowski raj



Kiedyś było tutaj znacznie spokojniej. Turyści przybywający do Sopotu nie zapuszczali się tak daleko pod Gdańsk, a ci z Gdańska poprzestawali na Jelitkowie. Dzięki temu kawałek plaży nieopodal źródełka św. Wojciecha wyglądał pomiędzy okolicznym tłumem jak trójkąt bermudzki i miło było tu znikać, na dłużej lub krócej. W latach 90. pojawiły się wieżyczki ratowników, potem prysznice i wypożyczalnie sprzętu plażowego, a na deptaku wyrosły miniaturowe ogródki z chłodzącymi napojami. Wykarczowano okoliczne chaszcze, a betonowe płyty wymieniono na stylowy chodnik. Tuż obok zbudowano pierwszą w Trójmieście nadmorską ścieżkę rowerową. Niedaleki szalet za sprawą dwóch studentów zamienił się w kultową Przystań, a blaszane Słoneczko stało częścią – niczym wyjętego z serialu „Słoneczny patrol” – Surf-Clubu, z nowoczesnym slipem dla drogich jachtów.

W końcu trzy lata temu wiosną przeprowadzono - chyba po raz pierwszy w historii - gruntowną refulację brzegu, plażę poszerzono, usypano i obsadzono wydmy. Betonowy kloc Zrembu zastąpiła piaskowo-błękitna Hestia, a w perspektywie Grandu rośnie Sheraton. Mimo zmian ten kawałek Sopotu nie stracił swojego charakteru. W czasach hurra-kapitalizmu poprzedni prezydent kurortu uchronił okoliczne placyki i zarośla przed wysokościową zabudową, a obecny zadbał nawet o to, by sąsiednia ulica wyglądała jak 20 lat temu (remont planowany jest na najbliższe miesiące). Ta plaża była dla mnie zawsze dowodem na wyjątkowość Sopotu – takiego małego raju w sercu wielkiej metropolii.

Stary człowiek i morze



Poznasz plażę po Waldemarze... / Fot. Michał ZarzyckiW tym raju pan Waldemar jest prawdziwym autorytetem, a przy tym ekspertem w każdej plażowej dyscyplinie. Na plaży można go spotkać zawsze, gdy dopisuje słońce. Do opalania, jak twierdzi, podchodzi „naukowo” i jest żywą reklamą swoich metod. Nie każdy w jego wieku może sobie pozwolić na taką karnację, ani pochwalić tak sportową kondycją. Zawsze z ochotą dotrzymuje towarzystwa i udziela niezawodnych rad urlopowiczom. Małe szkraby, które przysparzają rodzicom nie tylko radości, mogą liczyć u pana Waldemara na łakocie i zabawki. Jednych pochwali, gdy trzeba upomni – czyni to bez względu na wiek i płeć, zachowując przy tym jednak nienaganny takt i obycie. Wesołą trwogę budzi osąd jaki pan Waldemar funduje z troskliwością na początku sezonu znanym sobie bywalcom. Nic potem tak nie mobilizuje, by się przez zimę „nie opuścić i nie zaniedbać”.

Dla młodzieżowej obsady sopockiego WOPR pan Waldemar jest niezrównanym kompanem, pomagając w codziennej służbie. Nikt tak jak on nie jest wyczulony na niestosowne zachowanie albo zepsuty natrysk. Jako były mistrz Polski w wioślarstwie fachowo podpowiada kroki amatorom wodnych szaleństw, a miłośnicy odległych horyzontów mają w nim niezrównanego znawcę topografii wybrzeża i rozmaitych wytworów przemysłu okrętowego. Pan Waldemar z nostalgią wspomina długi sznur statków na redzie gdańskiego portu, które nie przybywają już tak licznie jak kiedyś. Gdy w 1997 roku do Bałtyku płynęła wielka powódź i większość bała się zamoczyć nawet nogi, wskazywał właśnie na cumujące okręty, czym lądowym szczurom przywracał spokój i zdrowy rozsądek. Także praca rybaka, wśród których ma wielu kolegów, nie ma przed nim tajemnic i chętnie o niej opowie.

Bywa jednak, że sama obecność pana Waldemara świadczy o ciągłości historii i tożsamości tej plaży. Zapytany czego najbardziej żałuje i co by zmienił w jej dzisiejszym klimacie, bez wahania odpowiada: – Ludzie stali się sobie teraz tacy obcy, to nie jest dobre”. Jak mówi: – Kiedyś na drugi albo trzeci dzień nawiązywano kontakt, zaprzyjaźniano się ze sobą, a teraz ten co się odezwie do drugiego, to od razu wariat. Ta anonimowość i brak wzajemnej życzliwości boli go najbardziej, bo co do reszty zdecydowanie woli współczesność. Ale ulotne relacje dotyczą przecież nie tylko plażowania.

Polskie drogi



Pan Waldemar urodził się 77 lat temu w Baranowiczach na dawnych Kresach. Jego ojciec był przedwojennym urzędnikiem pocztowym, co rodzinie dawało spore możliwości materialne i społeczny prestiż. Jako nastoletni chłopak przeżył okupację najpierw sowiecką, potem niemiecką, a w 1945 roku rodzina przeniosła się do Bydgoszczy. Dając się porwać obietnicy nowej wolności, rodzice pana Waldemara założyli Pomorską Fabrykę Konfekcji, a kiedy ta miała zostać upaństwowiona, drogi rodziny rozeszły się. W 1950 roku matka i ojciec przenieśli się do Radomia, a pan Waldemar ze świeżo zdobytym wykształceniem technicznym znalazł pracę na ówczesnym wydziale remontowym gdańskiej Stoczni i osiedlił się w Sopocie. Wydział remontowy wkrótce stał się niezależnym i znanym do dziś w Trójmieście zakładem, a pan Waldemar samodzielnym budowniczym i przełożonym grupy stoczniowców. Chociaż z dala od polityki, na fali październikowej odwilży z nadzieją wstąpił do partii, a potem w sierpniu 1980 - podobnie jak wielu jego kolegów - do Solidarności. Po 1956 roku uprawiał nawet krótko - jak na tamte warunki obywatelskie - dziennikarstwo, relacjonując na łamach lokalnej prasy budowę i remont okrętów w słynnej gdańskiej Stoczni. Pan Waldemar, który doczekał się jednego syna, został wdowcem kiedy ja się urodziłem, a przeszedł na emeryturę gdy zdawałem maturę... W 1973 roku porzucił willę w Sopocie i zamieszkał na 9. piętrze jednego z domów na najbardziej lubianym do tej pory gdańskim blokowisku Żabianka.

Robinson na emeryturze



Teraz najbardziej zachwyca go widok z własnego okna na Zatokę. Zaznacza, że jak na silny charakter przystało, ceni sobie samotność i niezależność. Od morza dzielą go zaledwie 2 km. Naukowe podejście nie opuszcza pana Waldemara także w dziedzinie aktywnego wypoczynku i... "spacerologii". Codziennie pokonuje dziarsko drogę z Żabianki do Jelitkowa, z Jelitkowa do Sopotu – tam i z powrotem, jak podkreśla – "równo 10 km!". Z sentymentem wspomina pracę w stoczni, gdzie przez 40 lat miał, jak podkreśla, swój mały świat, który lubił i o który dbał. Może dlatego, co rzadko się dziś zdarza, zachwala emeryckie lata, bo dzięki dawnemu pracodawcy obfituje ono w spotkania z dawnymi znajomymi, organizowane w najpiękniejszych miejscach Kaszub. Nie brakuje też okazji do uczestniczenia w tym, co dzieje się obecnie na dawnym służbowym posterunku. Nic dziwnego, że dzięki takiemu podejściu do życia pan Waldemar śmiało zawyża swój wiek, który przekornie podaje o rok wyżej. Na plaży w sopockim Karlikowie jest na pewno jednym z tych, dla którego czas się zatrzymał.

Pożegnanie lata



Tegoroczne lato wyjątkowo nie rozpieszczało pogodą. Sezon, zanim nastąpi prawdziwy najazd turystów, rozpoczynam zwykle w dzikiej części helskiego półwyspu. Potem lało jak z cebra. Do Sopotu zawitałem więc dopiero na początku lipca. Pana Waldemara nie było jak zwykle. Zaniepokoiłem się nie na żarty. Dlatego, kiedy na początku sierpnia okazało się, że nadal jest, postanowiłem opowiedzieć o tej plaży i uwiecznić człowieka, który na trwałe wpisał się w jej pejzaż.


Zobacz także:
Dziennikarze telewizji TVN24 czytają Wiadomości24.pl

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

+/ Sopot staje się coraz bardziej urokliwy. Wiąże się też ze wspomieniami; spotkania palestry w "Złotym Ulu", artystów w SPATiF-ie, a także oryginałem widywanym na sopockich ulicach, panem Czesiem - Parasolnikiem.

Natomiast plaża w Jelitkowie, kojarzy mi się z postacią utykającego p.Ponarowskiego z nieodłącznym aparatem fotograficznym na szyi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Hmmm. Ten pan - to chyba coś dla mnie....:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

dobrze że są jeszcze tacy ludzie (+)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 27.08.2007 03:04

spoko.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przeczytałam Twój tekst ponownie, jestem nim naprawdę wzruszona. Piękny :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) (+) (+) (+) (+) (+) (+) :) :) :) :) :) :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

świetny tekst, ponadczasowy. O ludziach, o miejscach, super napisany. Plus

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ kapitalny tekst

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.