Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

183770 miejsce

Studiuję, więc będę bezrobotnym magistrem

W ostatnich latach obniżył się poziom prywatnych studiów wyższych. To konsekwencja ich umasowienia. Dużo gorszy jest brak ośrodków, umożliwiających rozwój najlepszym, którzy muszą przez to emigrować z kraju

fot. AKPADo napisania tekstu zachęciły mnie dwa bodźce. Pierwszym była reakcja czytelników na mój tekst „Mam dyplom uczelni, która przestała istnieć ”. Tylko jedna opinia dotyczyła tematu wiarygodności finansowej uczelni. Pozostałe krytykowały systematyczne obniżanie się poziomu nauczania na prywatnych studiach.

Należy więc przypuszczać, że poziom nauczania jest większym problem niż finanse uczelni.

Drugim bodźcem był napis na T-shircie: „STUDIUJĘ WIĘC BĘDĘ BEZROBOTNYM MAGISTREM”. T-shirt był, zgodnie z jego naturą unisexualny, natomiast pierś na której leżał bardzo kobieca, problem był więc tak napięty, że trudno było go nie zauważyć, co więcej – oderwać wzrok.

Łatwy profesor to dobry profesor

Zjawisko obniżenia poziomu studiów prywatnych niewątpliwie istnieje i prawdopodobnie będzie się pogłębiać. Zgodnie z Procesem Bolońskim (to rodzaj uzupełnienia bardziej znanej Strategii Lizbońskiej), w Europie uruchomi się potokową produkcję inżynierów, magistrów i doktorów. Trzeba tak zrobić, bo przegramy wyścig technologiczny z Ameryką Północną i Dalekim Wschodem. Masowa produkcja doktorów zapewni nam – Europejczykom – pomyślną przyszłość.

Polityka umasowienia dyplomów musi skutkować dalszym obniżeniem średniego poziomu wykształcenia, zaś jego posiadanie będzie coraz mniej znaczyło na rynku pracy. Kilkanaście lat temu sytuacja była odwrotna. Absolwenci prywatnych uczelni byli cenieni bardzo wysoko, nie mieli trudności w znalezieniu pracy i na ogół bardzo szybko awansowali, zwłaszcza we wchodzących na polski rynek koncernach międzynarodowych. Pamiętam też, że zasłużonego (w czasach socjalizmu) wykładowcę marketingu odwołano w trakcie semestru na wniosek studentów. Na uczelni państwowej coś takiego byłoby nie do pomyślenia.

Studenci jednej z pierwszych prywatnych uczelni, chcieli koniecznie dowiedzieć się, jak zwiększyć sprzedaż w przedsiębiorstwach własnych lub rodzinnych. Profesor po staremu wykładał teorię. Dziś profesor zaliczający wszystkim egzaminy cieszyłby się szczególną sympatią studentów.

fot Robert Kwiatek, Dziennik ZachodniW USA jest gorzej

Mimo wszystko, z obniżania poziomu studiów na prywatnych uczelniach, nie robiłbym tragedii. To normalna konsekwencja umasowienia studiów. Wydaje się, że obniżanie poziomu studiów prywatnych, zwłaszcza prowincjonalnych uczelni, to po prostu zmierzanie do normy. Sytuacja zbliża się powoli do amerykańskiej. Tam istnieje grupa najlepszych na świecie uniwersytetów i politechnik, gdzie zdolny student może pracować pod kierunkiem noblisty, nad jego nowymi badaniami, a dyplom uczelni otwiera wszystkie drzwi działów kadrowych na całym świecie (może poza Kubą, Koreą Północną i Białorusią). Istnieje też ogromna grupa uczelni, których poziom jest dużo niższy niż przeciętnych polskich szkół wyższych.

Nikt przy względnie zdrowych zmysłach (czyli np. po trzech bourbonach), nie powierzy budowy mostu ani operowania serca absolwentowi Uniwersytetu Biblijnego w jakimś nikomu nieznanym miasteczku, a tym bardziej Korespondencyjnego Uniwersytetu Hamburgerowego, nawet jeśli dyplomowi towarzyszy znakomita opinia naczelnika więzienia, w którym doktor podjął wysiłek studiowania.

Studiowanie dowodem zaradności

Po co są te kiepskie uczelnie i czy w ogóle warto na nich studiować? Odpowiedź na to jest odpowiedzią nie wprost – niebezpiecznie jest w ogóle nie studiować. Jeśli nie skończyłeś żadnej wyższej uczelni, nawet mieszczącej się 50 mil od farmy rodziców, to czego można się po tobie spodziewać? Że rozwiążesz jakieś problemy pracodawcy, czy też że przez całą ścieżkę kariery (jeśli można to tak nazwać) zawodowej będzie trzeba prowadzić cię za rękę?
Wszystko wskazuje na to, że podobny sposób myślenia zapanuje niedługo w Polsce.

Dyplom przestał juz być gwarancją jakiegokolwiek zatrudnienia. Ale pracodawca, mając do wyboru dwóch kryminalistów, jednego – który w więzieniu grał w karty i oglądał telewizję – oraz drugiego – który korespondencyjnie zgłębiał smak fast food’ów – wybierze tego ostatniego. On w końcu wykazał jakieś pozytywne cechy, np. inicjatywę i konsekwencję działania.

Szacunek dla wiedzy w rodzinach inteligenckich

Zachowanie części studentów, oczekujących trasakcji: dyplom za czesne, nie wydaje się zachowaniem całkiem irracjonalnym. Wartość dyplomu na rynku pracy bardzo zmalała, zaś studia bardziej służą rozwojowi umysłowemu (a także kulturalnemu, emocjoanlnemu, społecznemu itd.), niż zdobywaniu wiedzy bezzwłocznie przydatnej w rozwiązywaniu bieżacych, praktycznych problemów. Wydaje się, że lekceważenie wiedzy w większym stopniu dotyczy to studentów, którzy są pierwszym studiującym pokoleniem w rodzinie. Jednak dzieci inteligencji najczęściej studiują na bezpłatnych państwowych uczelniach.

Znacznie bardziej martwi mnie co innego – brak sukcesów naukowych wiodących polskich uczelni. Proszę mi pokazać chociaż jeden istotny sukces polskich uczonych, odniesiony w ciągu ostatniego półwiecza. Tu nie ma co zwalać na socjalizm – w ZSRR lub NRD (kto jeszcze pamięta, co znaczą te skróty?) takie przykłady można było bowiem wskazać. Polak, któremu marzy się kariera M. Curie-Skłodowskiej, musi podążać jej śladami – czyli emigrować. A to już jest naprawdę tragedia narodowa.

PS Europa wciąż docenia naszą rodaczkę. Program mający sfinansować podróże obiecującej młodzieży do krajów w których ma ona szanse się rozwinąć, nosi nazwę – z francuska – Marie Curie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Jak powiedział Seneka "Uczymy się nie dla szkoły, lecz dla życia".
Szkoły, uczelnie, nawet małe, i w małych miejscowościach, dysponując kilkoma wykładowcami z pasją, mogą lepiej przygotować studentów do życia, niż bezosobowe molochy. Oczywiscie istnieje rachunek ekonomiczny małych uczelni, ale wszystko można zoptymalizować. Komisje akredytacyjne zwykle nie rozmawiają z wykładowcami, lecz wczytują się w papierki, plany i sprawozdania. Nawet wysłuchanie z zaskoczenia kilku minut wykładów nie odzwierciedla charyzmy pedagogicznej wykładowcy i jego umiejętności przekazywania wiedzy. Z doświadczenia wiem, ze kontakt ze studentem na konsultacjach, w trakcie prowadzenia prac dyplomowych, nie mówiąc o wykładach służy podtrzymaniu zaufania studentów do samych siebie, że podołają, że i ich stać na wyjątkowe osiągnięcia.
Dążę do tego, że uczelnie powinny wspierać się na wykładowcach wszechstronnych, charyzmatycznych, z pasją pracy naukowej i dydaktycznej, na Mistrzach. Mistrza nie czyni tytuł, etat, lecz pasja pogłębiania wiedzy, zadziwienie światem, szacunek dla studentów, i prawdziwa przyjażń dla osób na sali, troska o ich przyszłość... Wielu takich wykładowców niestety z trudem utrzymuje się w życiu, nie mogąc dobić się do uczelni, bo oni są mistrzami tylko na sali wykładowej, w laboratorium... To przede wszystkim dobrzy wykładowcy są bez pracy. A to implikuje( jeśli nie nizszy poziom uczelni, bo ten jest szacowany liczbą profesorów etatowych), to bezowocnością takich studiów dla jej absolwentów. Zmęczeni studenci tylko biernie zaliczają materiał, nie wczuwając się w wykładaną teorię, nie uruchamiając pokładów własnej twórczej myśli. I wypłukani z wszelkiej pasji, nawet nie zapłodnieni nią, bez zainteresowań, często poniżeni kontaktem: ja -głupi student - on "mądry", niedostępny, niezrozumiany, bo nielogicznie bełkoczący wykładowca -nie mogą liczyć na pracę.
Uczelnia nie może nauczyć wszystkiego (tylko naiwi myślą, że uczelnia nauczy wszystkiego raz na zawsze) ale może dać klucz do rozwiązywania problemów naukowych, zawodowych, życiowych. Osobowość wykładowcy ma istotny wpływ na dalszą drogę jego uczniów. I o tym także, prócz rachunku ekonomicznego powinny pamiętać uczelnie, chcące przetrwać na rynku. My, wykładowcy rozliczamy się z jakości życia naszych studentów...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ja sądzę, że także pracodawcy zweryfikują rynek uczelni, już dziś pojawiają się ogłoszenia z treścią: "- wykształcenie wyższe (z wyjątkiem dyplomów XYZ)"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Edi! Myślę, że w końcu nadejdzie opamiętanie. A początkiem będzie plajta wielu prywatnych uczelni, która nastąpi bardzo niebawem w związku z niżem demograficznym. Być może ocaleją uczelnie najlepsze. Być może zostaną na nich zatrudnieni ci naukowcy, którzy zechcą wszczepić młodzieży to co najważniejsze, a więc gotowość do samodzielnego zgłębiania problemów naukowych. Na to jednak - jak trafnie zauważa Tomek - potrzebne są pieniądze. Jeżeli barbarzyństwo poprzednich rządów w dziedzinie edukacji stanie się udziałem aktualnego rządu to pakuj się młodzieży i wiej z tego kraju. Lepper rozdaje (kompletnie bez sensu) pieniądze "poszkodowanym" rolnikom. Giertych tworzy szkoły "poprawcze" (cóż to za pomysł?). Nie obawiam się zalewu niewykształconych inżynierów czy lekarzy. Te kierunki pozostały w zasadzie tylko w szkołach państwowych. Wyższe szkoły prywatne kształcą głównie speców od manipulacji (marketingu), a ci nie są tak groźni.
Problem bezrobocia wśród absolwentów wyższych uczelni jednak istnieje, choć w znacznej części jest problemem sztucznym. Kilkadziesiąt tysięcy licencjatów wydawanych rocznie przez prywatne uczelnie w żadnym wypadku nie oznacza, że stajemy się krajem ludzi wykształconych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Państwowych uczelni też ten problem dotyka. Choćby przez powiększenie się grup czy znacznie większej liczbie studentów przypadającej na jednego pracownika. "studia bardziej służą rozwojowi umysłowemu (a także kulturalnemu, emocjoanlnemu, społecznemu itd.), niż zdobywaniu wiedzy bezzwłocznie przydatnej w rozwiązywaniu bieżacych, praktycznych problemów." - hmm, z tego, co wiem, to raczej właśnie o papier chodzi, a wielu studentów niechętnie poszerza wiedzę, bo i tak może im się ona przydać w przyszłej pracy śladowo (będą się musieli wielu rzeczy uczyć od nowa, co wynika m. in. z przestarzałych metod nauczania). Z aktywnością kulturalną studentów też nie jest najlepiej. Też mi żal, że niemal brak jest sukcesów wiodących polskich uczelni, ale wystarczy spojrzeć na ich budżety, a część odpowiedzi będzie znana. Jest trochę dobrych uczelni prywatnych, które rozwijają się bardziej dynamicznie niż te państwowe i przez to lepiej potrafią sprostać ich wymaganiom. I chyba dobrze by było, gdyby właśnie ich rozwój zdopingował uczelnie państwowe do tego, by nie stać w miejscu. A przy tym silny sektor prywatny na pewno nie byłby szkodliwy. Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.