Pozycja materiału w rankingach:
Nowy Jork przekonał mnie do siebie swoim klimatem. Zapraszam do przeczytania subiektywnej relacji. Ale ostrzegam: tekst nie będzie zachowywał stylu rozdziału z przewodnika. To napisał już ktoś inny.
O podróży do Stanów Zjednoczonych marzyłam jako mała dziewczynka. Kupowałam gazety "Mickey Mouse" i "Donald Duck" (na początku lat 90. wychodziły pod anglojęzycznymi tytułami), których czytelnicy mogli wygrać w konkursie podróż na Florydę. Z dziecięcą naiwnością wierzyłam, że naprawdę wygram tę wycieczkę: regularnie wysyłałam konkursowe kartki i myślami przenosiłam się do bajkowego świata, położonego tak daleko, że trzeba tam było lecieć samolotem i w którym kreskówki Disneya można oglądać praktycznie ciągle. Po kilku latach marzenie o odwiedzeniu Ameryki przestało być takie ważne, a ja doszłam do wniosku, że na świecie są na pewno ciekawsze miejsca. O tym, że w końcu wylądowałam po drugiej stronie Atlantyku zadecydował przypadek.
Uparłam się, że pójdziemy do McDonald'sa. Takiego prawdziwego, amerykańskiego. Mina zrzedła mi gdy tylko przyjrzałam się tablicy z menu. Wszystkie pozycje zawierały informacje o zawartych w nich kaloriach. Na ten problem natykałam się potem prawie na każdym kroku. Z przerażeniem stwierdziłam, że moja ulubiona kawa ze Starbucksa to mniej więcej 1/3 kalorii, które powinnam przyjmować w ciągu całego dnia, a ewentualne urozmaicenie kawiarnianego popołudnia kawałkiem cytrynowego ciasta znacznie pogarsza sytuację. Pozostałam zatem przy herbacie. Dowiedziałam się także, że zjedzenie restauracyjnej sałatki może oznaczać wrzucenie w siebie nawet 2000 kcal, a w przypadku wypicia jednego drinka należy mówić o liczbie trzycyfrowej, bynajmniej nie zaczynającej się od 1. Nowojorczycy zdają się być jednak odporni na tę wiedzę: ludzi ze znaczną nadwagą spotykałam o wiele częściej niż w Europie.Zobacz także:
Artykuły
(207)
Galerie
(21)
Średnia ocen
(4.72)
Wiek: 29 | Miejscowość: Zurych | Kraj: Szwajcaria
O mnie: Mól książkowy o zmiennym kolorze włosów.
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Urszula Agata Marczewska 03.09.2010 20:03
W Warszawie też trochę tego jest. Lubię to miejsce i jego klimat, choć ceny niestety do niskich nie należą. Miałam zamiar odwiedzić nowojorskie HRC, ale czasu zabrakło :(
Michał Mazik 03.09.2010 19:42
W Warszawie jeszcze nie byłem. Odwiedziłem ten w NY oraz w Waszyngtonie.
W NY mieli gadżety, gitary, inny sprzęt, którego używali najlepsi rockowi wykonawcy wszechczasów.
Urszula Agata Marczewska 03.09.2010 19:36
O, ja kiedyś chodziłam dość regularnie do HRC, ale w Warszawie (mam dobrego kolegę który zna tam chyba wszystkich z obsługi:)
Michał Mazik 03.09.2010 19:19
Ciekawa relacja. Przypomina mi własne spacery po tym mieście. NY urzekł mnie również. Ulice są świetnie zorganizowane. Na następny raz polecam sieć Hard Rock Coffe. Nie tylko w NY.
Jeśli chodzi o polskie produkty, zapychałem się polskimi schabowymi w polskiej restauracji na Green Point:)
Happening po japońsku - artysta nakarmił gości swoimi genitaliami
(odsłon: +6811)