Facebook Google+ Twitter

Subiektywny przewodnik po płytach minionej dekady, cz. 2

Choć twór taki, jak "żeńskie trio" odnoszące wielkie sukcesy to nic nowego w historii muzyki popularnej, to jednak Destiny's Child było i do dziś pozostaje zjawiskiem pod wieloma względami wyjątkowym.

Destiny's Child - Survivor (2001)

Żeńskim zespołem, który jako pierwszy odniósł oszałamiający sukces i wywindował na szczyt sławy główną wokalistką, było trio The Supremes ze stajni Motown. Później przyszły niezapomniane lata 90 i wysyp bandów parających się muzyką r&b o typowej tematyce miłosno-seksualnej,  / Fot. Materiały prasowe gdzie ogromny wpływ na rozwój brzmień i trendów w kolejnych latach wywarły takie zespoły jak TLC czy SWV (Sisters with Voices). To właśnie te kobiece składy przetarły szlak utalentowanym i pięknym dziewczynom z Destiny's Child.

"Survivor" to trzecia płyta w dorobku tria, która wygenerowała cały szereg wielkich hitów i trafiła do serc i... odtwarzaczy całych rzesz nastolatków. Album momentalnie stał się numerem jeden na liście Billboardu, deklasując rywali. Po tym posypały się najwyższe do zdobycia nagrody między innymi Grammy, American Music Award, Soul Train Lady of Soul Award czy Teen Choice Award. Faktycznie, do krążka najlepiej pasuje etykietka "teen" (eng. nastolatek lub właściwy nastolatkowi - przyp. M.P.) Producenci płyty (wśród których znalazła się też faworyzowana od początku Beyoncé) postarali się o towar dobrze skrojony dla młodych słuchaczy, miksując ugrzecznione r&b z zadziornym popem. Doskonała prezencja i umiejętności wokalne piosenkarek Destiny's Child gwarantowały pełen sukces.

Tytułowy "Survivor" stał się nieśmiertelnym przebojem od chwili wpuszczenia go po raz pierwszy na radiową antenę. Wiodący, bardzo kobiecy wokal Beyoncé dobrze prezentuje się w otoczeniu poszatkowanego beatu, świetnych chórków i elektronicznych efektów dźwiękowych mających za zadanie wprowadzić nieco bałaganu. Dobre wrażenie sprawia też ascetyczny "Bootylicious" wysuwający głosy artystek na pierwszy plan. Niezobowiązujące piosenki rodem z filmów dla nastolatków takie jak "Happy Face" czy ckliwe "Brown Eyes" są tylko potwierdzeniem, że krążek robiony był z myślą o konkretnej grupie wiekowej. Nie sposób jednak ganić album za tego typu zabiegi, przecież artysta tworzy po to by sprzedać, a w minimalistycznej produkcji, oszczędnym brzmieniu ubogaconym świetnymi wokalami (zwłaszcza Beyoncé), nie sposób nie dostrzec wartości.

Płyta zdecydowanie nie dla wszystkich, niemniej pominięcie jej w top 50 mijającej dekady byłoby wielkim nietaktem, a singlowy hit choć raz w życiu posłuchać trzeba.

SPPPMD cz. 1

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

5* Przyciąga :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie lubię samej pani Knowels, ale trzeba przyznać, że to jedna z lepszych pop-r&b płyt jakie wyszły w tej dekadzie. Lubię do niej wracać, szczególnie do wszytkich ballad na tej płycie i utworu gospel.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.