Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

22018 miejsce

Sukcesy mnie uskrzydlają

Wojciech Kępczyński miał dwie możliwości: poddać się, albo udowodnić, że się nadaje. Udowodnił. W tym roku obchodzi 10-lecie "dyrektorowania" Teatrowi Muzycznemu Roma w stolicy. Z Wojciechem Kępczyńskim rozmawiamy o sercu, sile i słabościach.

W jakim stanie jest pańskie serce?
- Do mojego serca fizycznego lekarze nie mają większych zastrzeżeń. Mam, co prawda, skierowanie na próbę wysiłkową, ale tylko dlatego, iż jestem w tym wieku, że już regularnie trzeba je kontrolować.

Pytam, bo gdy obejmował pan dyrekcję Romy, po wygraniu konkursu na dyrektora artystycznego, miał pan same kłopoty: teatr był zadłużony, zespół artystyczny był przeciwko panu, samobójcza śmierć chórzystki, którą pana obciążono, nie poprawiła sytuacji, a dziennikarze tylko czekali, żeby pana rozszarpać za jakikolwiek błąd, bo, według wielu, wygryzł pan Bogusława Kaczyńskiego. Jak pan to wytrzymywał? Musi być bardzo silnym psychicznie człowiekiem...
Wojciech Kępczyński. / Fot. AKPA- To były bardzo trudne chwile i nie chciałbym do nich wracać. Są przeszłością. Czy ja jestem silnym człowiekiem? Nie, nie jestem silnym człowiekiem. Jak na dyrektora teatru z 20-letnim stażem jestem za bardzo wrażliwy, bo wciąż więcej we mnie artysty niż menedżera, chociaż przez wiele lat jeździłem na zagraniczne stypendia i przyglądałem się, jak są prowadzone teatry na świecie, we Francji, Szwecji, USA, Anglii... Może dlatego dałem sobie radę. Cieszę się, że udało się zwalczyć trudności, pozbyć się 3 mln złotych długu, jaki ciążył na teatrze, że udało się stworzyć wspaniały zespół pracujący w Romie: poczynając od portierów, poprzez pracowników technicznych, na artystach grających główne role kończąc. Nie będę wymieniał nazwisk, by nikogo nie skrzywdzić pominięciem, bo wszyscy ci, z którymi pracuję, to lojalni, oddani pracownicy.
Udało się też skupić przy teatrze wierną widownię, która z niecierpliwością czeka na kolejne premiery, a niektórzy widzowie przychodzą na to samo przedstawienie wiele razy. Są osoby, które po 20-30 razy oglądały "Taniec wampirów", "Koty", czy "Akademię Pana Kleksa"...

Miał pan kontrakt podpisany na 2,5 roku, a teraz świętuje 10-lecie dyrektorowania Teatrowi Muzycznemu Roma. To niewątpliwe pańskie zwycięstwo. Jest pan dumny?
- Gdy obejmowałem dyrekcję Romy, ostrzegano mnie, że wkraczam do stajni Augiasza, że to jest trudne miejsce, w którym nikomu nic nie udaje. Może dlatego, że ten teatr zbudowany jest na dawnym cmentarzu świętej Barbary. Mówiono, że to przynosi nieszczęście, i że absolutnie mi się tutaj nie powiedzie. A ja, ile razy byłem w tym teatrze, gdy przyglądałem się scenie, widowni wiedziałem, że to wymarzone miejsce na nowoczesny teatr musicalowy... Czy 10 lat to sukces, zwycięstwo? Jeżeli powiem, że nie, to mi pani nie uwierzy...

Nie. A do tych sukcesów wiodła pana miłość... Podobno już jako 10-latek zakochał się pan w "West Side Story" i chciał zostać aktorem musicalowym, tancerzem... Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że chłopak wybiera tak niepewny zawód?
- Gdy dziecko ma 10 lat o jego przyszłości decydują rodzice. A moja mama przez pewien czas była tancerką i marzyła, żeby jej dzieci też uczyły się tańczyć. I tak się stało. Nie tylko ja ukończyłem szkołę baletową, także mój brat, który jest tancerzem, występował m.in. w Austrii, i siostra, chociaż obecnie jest stewardesą. Taniec towarzyszył mi i pomagał całe życie, mimo iż nigdy nie tańczyłem zawodowo. Po ukończeniu szkoły baletowej dostałem się na wydział aktorski PWST, uczyłem się reżyserii, ale spełniałem się w choreografii, w ruchu scenicznym, reżyserując spektakle muzyczne i musicale. Jako tancerz, choreograf mam określoną wizję teatru, a ona, chwała Bogu, podoba się widzom. W ciągu 10 lat mojego dyrektorowania Teatrowi Muzycznemu Roma odwiedziło nas 1 mln 200 tysięcy widzów. To coś znaczy...

I kolejny fantastyczny musical wybrał pan na 10-lecie swego dyrektorowania Teatrowi Muzycznemu Roma. Dał pan prapremierę polską spektaklu „Upiór w operze”. A biletów nie ma już do końca sezonu...
- Tak, bo to było moje wielkie, musicalowe marzenie. A zarazem największa przyjemność jaką teatr muzyczny może sprawić swojej publiczności. „Upiór w operze”, to wspaniała muzyka Andrew Lloyda Webera i wielki romans o miłości i zazdrości. To musical wszech czasów. Jedno z najbardziej znanych światowych dzieł muzycznych. A dla zespołu Teatru Roma największe wyzwanie produkcyjne i kolejna, obok wcześniejszych „Kotów” produkcja non-replica, czyli oryginalna inscenizacja zezwalająca na twórczą swobodę, a nie wierne przeniesienie zachodniej wersji.

Żeby nie było zbyt słodko, dodajmy szczyptę goryczy. Po mieście krążą plotki, że z czasem nudzi się pan swoimi artystami i porzuca ich, zastępując innymi...
- To nieprawda! To pomówienie, a na pewno nieporozumienie! Nie wiem, jak powstała plotka, że to ja porzucam aktorów? To oni mnie porzucają! Nie przypominam sobie ani jednego przypadku, żebym zwolnił aktora, bo mi się znudził. Jeden z dziennikarzy napisał, co często cytuję, że Teatr Roma ma najlepszy zespół musicalowy w Polsce. Rzeczywiście, ja też mam poczucie, że przez 10 lat pracy w Romie udało mi się stworzyć znakomity zespół. Staram się inwestować w każdego zdolnego aktora. A kiedy któryś z nich odchodzi, bardzo to przeżywam, mam do niego wielki żal... Nawet się trochę obrażam...

Nie próbuje ich pan zatrzymać?
- Staram się, ale nie zawsze się to udaje. Artysta jest człowiekiem wolnym, nie mogę mu zabronić szukania szczęścia w innym teatrze, na innej scenie. Zwłaszcza, że nasi aktorzy są na rynku musicalowym bardzo cenieni. Nie mam prawa zabraniać aktorom szukania swojej drogi, próbowania sił z innymi twórcami. Tak było np. z Marcinem Wortmanem, który opuścił Romę, by zagrać w musicalu "Fame" w Teatrze Muzycznym w Gdyni, ale szczęśliwie szybko do nas wrócił. Natomiast Jakub Wocial nie przyjął propozycji głównej roli w "Akademii Pana Kleksa", bo wyjechał do Berlina, i gra tam tę samą rolę, którą grał w warszawskim "Tańcu wampirów". Mam do niego taki niemal ojcowski żal, że wybrał inną scenę, a z drugiej strony, cieszę się, że artysta, w którego uwierzyłem, w którego zainwestowałem, otrzymał propozycję z zagranicy. W dodatku do berlińskiego spektaklu "Taniec wampirów" wybrał go, podobnie jak w Warszawie, Roman Polański.
Niemniej nie ukrywam, że wciąż myślę o kilku osobach, z którymi znów chciałbym pracować. Z Kasią Łaską, którą cenię i lubię i która jako 16-letnia dziewczynka z Tomaszowa Mazowieckiego debiutowała w radomskim teatrze, który wówczas prowadziłem, w spektaklu "Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze". A następnie w Romie zagrała główną rolę w "Miss Saigon", odnosząc sukces. Myślę o Joasi Węgrzynowskiej, która też grała w Radomiu w "Fame" i w Warszawie w "Miss Saigon", o Janku Bzdawce, który, co prawda, gra w "Akademii Pana Kleksa", ale nie wystąpił w "Kotach", mimo że mu proponowałem, bo... nie wierzył w ich sukces. Uważał, że tego spektaklu w naszych warunkach nie da się zrobić. Spotkałem go na jednym z przedstawień "Kotów". Stał z tyłu widowni, i powiedział mi ze smutkiem: "Boże, jak ja bym sobie w tych "Kotach" zagrał!" I ja wierzę, że znów będę z nimi pracował.

A jak rodzina z panem wytrzymuje? Słyszałam, że gdy był pan dyrektorem w Radomiu, żona z dziećmi została w Warszawie, a teraz, mimo że pracuje pan już w stolicy, często nocuje w teatrze przy Nowogrodzkiej...
- Tuż przed premierami zdarza się, że próby trwają nawet do północy, a do 4 rano ustawia się światła, więc nie ma sensu bym wracał do domu, ucinam sobie w gabinecie na kozetce dwie godziny drzemki i wracam na scenę... Myślę, że udało mi się właśnie dzięki mojej żonie. To wspaniała osoba. Nie narzekała, że rzadko bywam w domu. Gdy dyrektorowałem w Radomiu urodziły nam się dwie córki i to właściwie Małgosia je wychowywała, pracując zarazem zawodowo, jest nauczycielem akademickim, uczy języka angielskiego w SGGW. Ja przyjeżdżałem tylko na weekend. Brakowało mi ich bardzo, a im - mnie. Ale to żona wierzyła, że mogę coś w tym zawodzie zrobić i bardzo mi pomagała. Dziś nasze córki są dorosłe...

Ale nie są artystkami, nie poszły w pańskie ślady, nie żałuje pan?
- Madzia, młodsza córka chciała iść do szkoły baletowej. Zapisała się pewien czas temu na kurs tańca modern. Już występuje, świetnie daje sobie radę. Studiuje też na wydziale produkcji telewizyjno-filmowej i pracuje w firmie produkującej filmy. Starsza Kasia mogła być świetnym muzykiem. Ja jednak uważałem, że to trudne zawody, że wielu nawet utalentowanym osobom nie jest pisany sukces. A nie ma nic gorszego niż sfrustrowany artysta, który musi zarabiać na chleb poza wyuczonym zawodem. Może to był błąd, że nie spróbowały, ale myślę, że gdyby moje córki bardzo chciały, były zdeterminowane, by uczyć się baletu lub muzyki na pewno dopięłyby swego...

Co jest pańską siłą?
- (Długie milczenie) Stawianie sobie wysoko poprzeczki i dążenie do perfekcji. Determinacja, przekonanie, że musi się udać, konsekwencja.

A co jest pańską słabością?
- Wrażliwość. Nie umiem radzić sobie z klęskami. Klęski mnie nie mobilizują, zawsze zamykają, sprawiają, że odwracam się od świata. Może dlatego, że jestem zodiakalnym Rakiem, podobno jest to cecha Raka. Natomiast sukcesy mnie uskrzydlają...

Ma pan hobby, które nie jest związane z teatrem, z musicalem?
- Moją pasją jest działka. Gdy tylko czas pozwala wyjeżdżam, i tam odpoczywam, tam się spełniam, jako domorosły ogrodnik, acz z sukcesami. Przycinam trawę, sadzę krzewy, pielęgnuję rośliny... Ponadto dwa razy w tygodniu chodzimy z żoną na basen, bo bez wysiłku fizycznego byłoby trudno sprostać intensywnej pracy. Chętnie też jeżdżę na rowerze, a zimą na nartach. Uwielbiam narty, to też moja pasja. No i jeszcze kompletowanie nagrań muzyki klasycznej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

A mnie uskrzydlają przedstawienia Pana Wojciecha Kępczyńskiego.
Wiem co mówię, ostatnio byłam na Akademii Pana Kleksa: "„Oszę, u emia ana eksa!” Polecam!

A wywiad- klasa sama w sobie!
Świetna rozmowa ze świetnym reżyserem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.