Facebook Google+ Twitter

Święto demokracji, czy opium dla mas?

Lada dzień pierwsza tura wyborów prezydenckich, ale kogo właściwie wybieramy? Głowę państwa, pierwszą osobę w kraju, czy może tylko reprezentanta i notariusza, lub jak kto woli, „żyrandol”?

Przy okazji kampanii wyborczej wszyscy kandydaci pytani są o wizję prezydentury, kierunki polityki zagranicznej, wejście Polski do strefy wspólnej waluty europejskiej i inne bardzo ważne i ciekawe zagadnienia związane ze sprawowaniem urzędu po wygranych wyborach. I jak najbardziej słusznie, bo powinniśmy wiedzieć jak najwięcej o poglądach kandydatów na możliwie największą ilość dziedzin życia społecznego, politycznego, ekonomicznego i każdego innego, zanim oddamy głos i władzę na najbliższe pięć lat. Ale czy na pewno władzę? Według polskiej konstytucji prezydent jest częścią władzy wykonawczej i na pierwszy rzut oka ma niemałe kompetencje. Jednak jeśli wczytać się dokładniej i odrzucić uprawnienia czysto tytularne, lub rolę notariusza podpisującego tylko różne akty prawne, lub nominacje na wniosek, czy w uzgodnieniu z innymi przedstawicielami władzy, to tak naprawdę w ręku prezydenta zostaje bardzo niewiele elementów prawdziwej władzy takie jak prawo łaski, czy znienawidzone przez niektórych prawo weta i niektóre nominacje personalne. Wprawdzie prezydent ma inicjatywę ustawodawczą, ale bez większości parlamentarnej popierającej osobę na urzędzie głowy państwa można takie zabiegi sobie darować. Może też zwołać radę gabinetową, ale chyba tylko po to, żeby pokazać premierowi, gdzie jego miejsce, bo rada gabinetowa pod przewodnictwem prezydenta nie ma żadnych kompetencji, podobnie jak inne organy doradcze, takie jak osławiona ostatnio Rada Bezpieczeństwa Narodowego.

Więc po co cała ta szopka? Mimo wszystko jestem przeciwny pomysłom podobnym do tego, jaki wysnuł nie tak dawno Donald Tusk, aby zlikwidować bezpośrednie wybory prezydenckie i zastąpić je wyborem przez Zgromadzenie Narodowe. Jaki byłby skutek? Bardzo prosty, prezydent zawsze byłby związany z większością parlamentarną, więc teoretycznie skończyłyby się tzw. „wojny na górze”, spokój i sielanka dla rządu. Co było do przewidzenia, premier szybko się z pomysłu wycofał, wybory powszechne zostają, status quo zachowany. Z dwojga złego, przy obecnych kompetencjach prezydenta, wybory powszechne są lepszym rozwiązaniem, chociażby dlatego, że jego najsilniejsza broń, czyli prawo weta, ma charakter negatywny i byłaby prawem martwym, gdyby głowę państwa „namaszczał” lider rządzącej partii.

Ale jaki jest ten status quo? Ano taki, że prezydent kreuje politykę zagraniczną, ale nie bez rządu, ratyfikuje umowy międzynarodowe, ale wynegocjowane przez rząd, jest zwierzchnikiem sił zbrojnych w czasie pokoju, ale za pośrednictwem Ministra Obrony Narodowej, czyli de facto premiera, desygnuje premiera, ale w rzeczywistości robi to większość parlamentarna, itd., itp. Czyli prezydent ma władzę, ale jej nie ma. Kiedy uchwalano obecną ustawę zasadniczą, dążono do wypracowania przepisu na zaspokojenie wszystkich, co doprowadziło do takich, a nie innych zapisów. Nie znaczy to, że są one złe, na konstytucji z 1997 r. spokojnie możemy opierać się jeszcze pięć, dziesięć, czy może nawet dwadzieścia lat, jednak warto pamiętać, że w tamtym czasie świeża była jeszcze pamięć o rządach komunistów, wiecznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim i specyficznej demokracji sprzed roku 1989. Teraz, kiedy demokrację mamy chyba okrzepniętą (co w tragiczny sposób ukazała nam kwietniowa katastrofa), wolność słowa jest faktem (nawet jeśli niektóre media są tendencyjne, to inne są tendencyjne w drugą stronę, więc wolności nie da się zaprzeczyć), a nowoczesne technologie wymiany informacji nawet w Chinach są nie do powstrzymania przez tamtejszy reżim, warto rozpocząć dyskusję nad bardziej wydajnym systemem sprawowania władzy. Skoro już jesteśmy na demokrację skazani, niech chociaż suweren, czyli my wszyscy, mamy do powiedzenia więcej w kwestiach kluczowych.

W obecnym systemie zdecydowaną większość realnej władzy sprawuje premier, czyli formalnie ujmując Prezes Rady Ministrów i Rada Ministrów. Co za tym idzie, my Polacy, mamy znikomy wpływ na to, kto będzie sprawował faktyczną władzę w kraju (nieco większy wpływ mamy na samorządy). Jak to zmienić? Nie jest tajemnicą, że są dwie podstawowe opcje, których nijaką, rozwodnioną mieszankę mamy obecnie. Czyli system prezydencki, albo kanclerski, do wyboru. Jak to w Polsce bywa, jedna z głównych dzisiejszych sił politycznych w Polsce chętniej widziałaby pierwszy, a inna z głównych sił drugi system sprawowania władzy, nie jest to specjalnie zaskakujące, smutne natomiast jest spostrzeżenie krótkowzroczności jednych i drugich, bo obydwie siły planują jedną tylko kadencję naprzód, ale to tak na marginesie. Patrząc przez pryzmat historii, dla Polski zdecydowanie bardziej naturalnym byłby system prezydencki, poza tym jest bardziej czytelny dla wyborcy, zarówno pod względem samego wyboru, jak i sprawowania urzędu. Nie miałbym też specjalnie żalu, gdyby znalazła się w Polsce przytłaczająca większość dla systemu kanclerskiego (no może troszeczkę żalu), z zastrzeżeniem, że ordynacja wyborcza do sejmu byłaby znacznie uproszczona, natomiast jestem przekonany, że zmiana w jednym, czy drugim kierunku wyszłaby na dobre nie tylko dla naszej wewnętrznej polityki i potem gospodarki, ale także dla wizerunku kraju na arenie międzynarodowej. W każdym razie, mam nadzieję, że dyskusja wkrótce się zacznie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.