Facebook Google+ Twitter

Święto teatru, które świętem nie było czyli Rozerwanie nieba w...

Recenzja spektaklu "Rozerwanie nieba", inicjatywy dwóch aktorów Teatru im. Osterwy w Gorzowie Wlkp.

 / Fot. O. AndrzejakTekst, którego recenzją zwać się nie odważę, jest raczej opisem wrażeń z tego, co niewątpliwie mogło być ważnym wydarzeniem. „Rozerwanie nieba” - spektakl zrealizowany przez dwóch młodych aktorów Teatru im. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim jest wyjątkowy z kilku powodów, a jednak w zupełnie niewyjątkowej atmosferze zrealizowany. Ale po kolei... Bartosz Bandura aktor pochodzący z Drezdenka, najwyraźniej cały czas noszący rodzinne miasteczko w sercu, tego wieczora debiutował w podwójnej roli - jako autor scenariusza i jako reżyser. Spektakl to bardzo zgrabnie skrojona kompilacja tekstów dwóch innych drezdeneckich twórców - poety w sutannie Jerzego Hajdugi oraz znanego bardziej od strony prozatorskiej Zygmunta Marcinkowskiego. Przyznam, że nie znałem Bartosza, ba nawet nie wiedziałem, jak wygląda, ale dzięki temu od początku do końca byłem zdystansowany jako odbiorca spektaklu.

Jest święto teatru. Z takim nastawieniem szedłem do dawno nieodwiedzanego przeze mnie Centrum Promocji Kultury. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby zawodowi aktorzy w Drezdenku wystawiali premierę. Zapowiedzi prasowe nieśmiało wspominały o cenie biletów - raczej symbolicznej niż rzeczywistej. Nie kupiłem biletu wcześniej, wychodząc z założenia, że na pewno nie wszystkie zostaną wykupione. Pierwsza niemiła niespodzianka. W miejscu, gdzie za moich czasów funkcjonowała kasa biletowa, ciemno i pusto, ale publika licznie zgromadzona na foyer, więc postanowiłem poczekać i ja. Ożywione rozmowy, grzecznościowe powitania, czekamy cierpliwie...

Wreszcie widownia otwarta i dwie kolejne niespodzianki - aktorzy już na scenie, konwencja spektaklu otwartego, oni skoncentrowani w roli, widzowie z rzeczywistości powoli przechodzą do magicznego świata po drugiej stronie rampy. Druga niespodzianka - a raczej smutne spostrzeżenie - nic się tu nie zmieniło przez 16 lat (poza wymienionymi krzesełkami). To samo bordowe okotarowanie, wiszące od około 20 lat, park oświetleniowy mocno przestarzały, kilka reflektorów estradowych, więc wiedziałem, że światłem na pewno nie uda się zbudować interesującej przestrzeni. Nie czepiaj się, pomyślałem, i dałem się ponieść opowieści.

Dziwne to było, jakby jedna postać rozdwojona, momentami wręcz z impulsu aktor drugiemu przekazywał inicjatywę do dalszego działania - jak przekazywanie pałeczki w sztafecie. Niby rozmawiają, albo inaczej mówią, ale nie dialogują, wewnętrzny monolog, szalenie poetycki, poruszający różne najczulsze struny. Jest od początku sygnał, że data premiery została wybrana nieprzypadkowo, 2 listopada, wspomnienie wszystkich zmarłych w dzień zaduszny, a ze sceny płynie opowieść o życiu i śmierci. Padają egzystencjalne pytania, jakże bliskie każdej odczuwającej istocie... Odpowiedzi już nie są tak oczywiste... Wspomnienia wyszperane gdzieś w zakamarkach pamięci. Okruchy przeszłości nierozerwalnie związane ze świadomością. Bohater, jakby od niechcenia, wspomina, że ma 33 lata, pamięcią wraca do czasów dziecięcych. Faktycznie z perspektywy osoby dorosłej świat młodego człowieka jest piękny i kuszący. Z jednej strony poznanie tego, co nieznane, z drugiej oswojenie nieoswojonego... Ze sceny pada bardzo jasny komunikat: „Pozbawieni trosk, byliśmy wolni, szczęśliwi i zauroczeni światem”. Czyż i z każdym z nas tak nie jest... Pamięcią sięgamy do lat młodości, beztroski, wolności, fascynacji, budowania trwałych relacji przyjacielskich z innymi. Jest w tej historii także nuta semtymentalizmu, „Ktoś kiedyś tak pięknie napisał, że strony rodzinne, to ten skrawek ziemi, na którym przyszedłem na świat, gdzie poczyniłem pierwsze doświadczenia, co to takiego droga, a co drzewo, co to jest niebo, co słońce, co to jest dom, co to ojciec i matka”... Poetyckie wizje domu rodzinnego, zabrały widzów do świata własnych wspomnień, któż z nas nie ma takiego miejsca z lat młodości, gdzie czuł się bezpiecznie, gdzie wszystko było piękne. Częstokroć idealizujemy takie miejsca i sytuacje, ale jednak nosimy je w sercach, sięgamy po nie pamięcią... W związku z tym musiało być także miejsce na przemijanie, chcemy czy nie chcemy, na upływający czas nie mamy wpływu, przemijają ludzie, sytuacje, zdarzenia, wszystko jest w ciągłym ruchu, tętni. Takim życiem pulsował i sam spektakl, wywołując kolejne obrazy, kolejne wizje, odwołujące się do zdarzeń podmiotu lirycznego, któremu matka zmarła... Bolesne doświadczenia, traumatyczne wspomnienia, w takim samym stopniu są przypisane do scenicznej postaci, jak i każdemu z widzów. Nie sposób było pozostać obojętnym a zabieg, który zastosowali aktorzy, nie był z pogranicza taniego efekciarstwa. Postać matki jest tak silnie zabarwionym emocjonalnie symbolem, że widz znowu odwoła się do własnych wspomnień. To niejako wartość dodana tego przedstawienia, przejście widzów z aktorami po bardzo symbolicznych i mocno zabarwionych odpowiednikach życia i nawet jeśli dla każdego będą oznaczały co innego, to wywołują wspomnienia, przypominają osoby....

Czarne spodnie i koszule obu wykonawców z bijącymi po oczach czerwonymi szelkami nie do końca zostały wykorzystane jako element kostiumu czy też rekwizyt. Scenografia raczej uboga, bardzo symboliczna, krzesło, obrotowy fotelik bez oparcia, na bocznej ścianie okna scenicznego telewizor z intrygującą projekcją video. Intrygującą tylko w pierwszej scenie spektaklu później zupełnie niepotrzebną, momentami wręcz przeszkadzającą. Wcześniej jednak widzowie zaatakowani zostali muzyką, której motyw przewodni towarzyszył całej inscenizacji, doskonale budując nastrój, podkreślając dramaturgię. Zarówno dykcyjnie, jak i emisyjnie obaj aktorzy świetni, ten nieco wyższy z wyrazistszą mimiką, ten niższy przykuwa uwagę większą świadomością tego, co mówi. I Bartosz Bandura, i Jarosław Książek czarowali słowem, nie mizdrzyli się do słuchaczy. Czarowali, to jest najlepsze określenie. Mówić z dużą kulturą słowa, z uważnością to nie jest nasza codzienność, nawet w wielu stacjach radiowych czy telewizyjnych bardzo często mówi się niestarannie, wręcz niedbale.

To był bardzo dobry czas - może nieco za krótki spektakl, choć z drugiej strony lepiej zostawić widzów z poczuciem niedopełnienia niż przegadania. I tak oto święto teatru byłoby świętem, gdyby nie to co wokół się zadziało, albo co nie zadziało się wcale. Zabrakło mi jako bywalcowi teatralnych wydarzeń zarówno w kraju, jak i za granicą gospodarza wieczoru, który przywitałby tak licznie zgromadzoną publiczność, który powiedziałby kilka ciepłych słów o wykonawcach i ich przedsięwzięciu, który zasygnalizowałby, że to inicjatywa aktorów. Nie pojawił się ani dyrektor szumnie nazwanego Centrum Promocji Kultury, ani nikt z pracowników, ani przed przedstawieniem, ani po nim. Choćby po to, żeby wykonawcom wręczyć po symbolicznej róży, w podziękowaniu za jakże piękną i potrzebną inicjatywę. Zabrakło mi wywołania na scenę obu żyjących autorów, to taka nasza polska przypadłość, że autorów doceniamy po śmierci. My w Drezdenku mamy możliwość docenić jeszcze żywych i niech żyją oraz tworzą jak najdłużej. Zabrakło znowu gospodarza obiektu, który stałby się moderatorem rozmowy aktorów, autorów i publiczności, a aż się prosiło o taką rozmowę, o takie spotkanie... Jeden z wykonawców spektaklu zapraszał publiczność do sali restauracyjnej tuż obok na poczęstunek i nawet gdyby to była tylko symboliczna lampka wina, nie czułem się zaproszony. Nie znam aktorów, nie byłem gościem żadnego z nich, a była rodzina i przyjaciele Bartosza Bandury, byli jego nauczyciele. Ponoć później jakieś spotkanie się nawet odbyło, ale osób podobnych mnie, które wyszły tuż po zakończeniu przedstawienia było bardzo wiele. Tak więc to, co mogło stać się naprawdę interesującym wydarzeniem zarówno artystycznym, jak i towarzyskim, stało się tylko przyczynkiem do dyskusji o kulturze w naszym mieście i o tym, że może już czas najwyższy na zmiany. Dla mnie jednoznacznie postać obecnego dyrektora CPK to postać nawet nie kontrowersyjna, żaden z niego gospodarz i żaden menager skoro go nie było. Najwyższy czas na zmiany, bo Drezdenko cały czas ma potencjał w działalności społecznej wielu twórców i co najważniejsze ma samych twórców, których inne podobne miasta mogą jedynie pozazdrościć, ale żeby tych twórców w umiejętny sposób zebrać i wykorzystać ich potencjał, trzeba odrobina dobrej woli, której panu Maćkowskiemu zdecydowanie od blisko 20 lat zdecydowanie brakuje.

„Rozerwanie nieba” do tekstów ks. Jerzego Hajdugi i Zygmunta Marcinkowskiego
obsada: Bartosz Bandura i Jarosław Książek
reżyseria: Bartosz Bandura
premiera: 2 listopada 2014
Centrum Promocji Kultury w Drezdenku

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Dziękuję pani Adrianno za pochylenie i ślad ;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Z zainteresowaniem poznałam ciąg refleksji wywołanych przez "Rozerwanie nieba".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.