Facebook Google+ Twitter

Święto ziemi. Dożynki w Grzybowicach

Na dożynki do Grzybowic, jednej z dzielnic Zabrza, postanowiliśmy się udać pieszo. Ja i moja dobra znajoma, obsługująca na tej wyprawie aparat fotograficzny. Kiedy się idzie pieszo, na wszystko jest czas.

 / Fot. Justyna WiechoczekNa dożynki do Grzybowic, jednej z dzielnic Zabrza, postanowiliśmy się udać pieszo. Ja i moja dobra znajoma, obsługująca na tej wyprawie aparat fotograficzny. Kiedy się idzie pieszo, jest czas na dokładne przestudiowanie okolicy. Zawsze można przystanąć, czegoś dotknąć, lepiej się przypatrzeć. Nawet do obcego człowieka można zagadać, zapytać o drogę. Okazje pojawiają się same.
Przez ponad 20 km dreptania po chodnikach Chorzowa, Rudy Śląskiej a potem Zabrza zdążyliśmy nakreślić wyraźne kontury swojej wizji grzybowskich dożynek. Opieraliśmy się na naszej skromnej wiedzy o świętach ludowych, szczypcie stereotypów i kilku zdjęciach z internetu. Trasa była długa, słońce prażyło bezlitośnie, ale ciekawość była naszym wysokooktanowym paliwem.
Do Zabrza weszliśmy od strony Biskupic i przez Mikulczyce przesuwaliśmy się w stronę Grzybowic. Mimo, że mieszkam w oddalonym jedynie o 20 km Chorzowie, byłem w tych dzielnicach po raz pierwszy. Właściwie to po raz pierwszy nawet słyszałem ich nazwy.
Im bardziej oddalaliśmy się od zabudowań i odgłosów miasta, tym większy ogarniał nas spokój. Nie zmąciły go nawet drogi, które w pewnym momencie gdzieś zagubiły chodniki i pobocza. Auta przejeżdżały koło nas co kilka minut, rozrywając tylko na chwilę otaczającą nas ciszę. Szybko zasklepiała się na powrót. Byliśmy tylko my i kołyszące się na wietrze zboża.
Minuty mijały bardzo przyjemnie, ale nieco za szybko.  / Fot. Justyna Wiechoczek
Korowód dożynkowy miał zacząć swój pochód od grzybowskiego Kościoła o godzinie 14. Potem rolnicy i hodowcy na kolorowych wozach mieli zatoczyć kółeczko kilkoma ulicami i zakończyć swój uroczysty przejazd na stadionie przy ul. Traktorzystów. Tam bowiem odbywał się dożynkowy festyn.
Gubiąc się w plątaninie polnych dróg, nie zdążyliśmy na korowód. A miał być głównym punktem naszego programu. Półtora godziny później, gdy w końcu udało nam się dotrzeć, o jego przejściu świadczyły już tylko bogato strojone kwiatami ogrodzenia domów oraz wszechobecne kolorowe bibułki. Podobno pochód oglądały tłumy.

Wszystkie kolory dożynek


 / Fot. Justyna Wiechoczek Szybko jednak przestaliśmy żałować korowodu. Wystarczyło, że weszliśmy na murawę stadionu. Kolory festynu rozbłysły przed nami niczym supernova. Bibułki, balony, kwiaty, siano, wstążki i wielobarwne wdzianka – to wszystko pulsowało życiem i radością. Nie można się było nie uśmiechać.

- Korowód korowodem. Prawdziwe dożynki są tutaj. - rzekła filozoficznie moja towarzyszka, wyjęła aparat i niczym w transie zaczęła robić zdjęcia malowniczym mieszkańcom Grzybowic i ich otoczeniu.
Jako pierwsze mój wzrok przyciągnęły dwa długie rzędy ustrojonych kolorowo traktorów. Stały strasznie dumne, jakby dobrze wiedziały, że to one od dawna ciągną cały ten rolniczy interes. Były tam modele stare, starsze i najstarsze, ale dzisiaj wypucowane i wystrojone jak na wesele.  / Fot. Justyna Wiechoczek

Powietrze pachniało słońcem i sianem. I grillowaną kiełbasą. Szum dziesiątek głosów tworzył awangardowe tło dla wygrywającej znajome melodie lokalnej orkiestry. Na widowni biesiadowano. Całe rodziny siedziały na obłażących z farby ławkach, słuchając muzyki, pozdrawiając sąsiadów, zajadając lokalne przysmaki.
 / Fot. Justyna Wiechoczek  / Fot. Justyna Wiechoczek
Usiadłem z boku, tuż przy parskających radośnie koniach. I nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że coś było tutaj inaczej niż w mieście. No tak. Nikt się od nikogo nie izolował, nie odgradzał. Grzybowiczanie nie udawali, że się nawzajem nie widzą. Pokrzykiwania, dowcipy i śmiechy nikogo nie oburzały. Jakaś para tańczyła solo pod samą sceną. Nikt z widowni nie narzekał, że zasłaniają widok. Wszystko było dla ludzi.

Bawarczycy i kowboje


 / Fot. Justyna Wiechoczek Dziwiły mnie też stroje różnego pochodzenia. Oprócz tradycyjnie wystrojonych Ślązaków spotkać tu można było zarówno rasowych kowbojów jak i jowialnych Bawarczyków. Ostre czubki kowbojek i zawadiackie ronda nabijanych ćwiekami kapeluszy kontrastowały z zielonymi, mięciutkimi spodniami, wciśniętymi starannie w białe, wysokie skarpety. Szelki otulały czule pękate brzuchy a piórka stały dumnie wetknięte w czapki. Co ciekawe, Bawarczycy mówili bardzo dobrze po polsku i ze smakiem pili polskie piwo.
Nawet ksiądz był tego dnia kowbojem. W czarnym kapeluszu, czarnej koszuli i skórzanych spodniach krążył pomiędzy swoimi parafianami. Słowo Boże zamienił dziś na ludzkie gadu gadu, bo co rusz przy kimś przystawał i zatapiał się rozmowie.
Grupka dziewcząt siedziała na kocyku obok sceny i ze skupieniem zaplatała wianki. Tak jakby poza nimi nic nie miało znaczenia. Młodzi chłopcy cwałowali na koniach, czasem rozpędzając się bardziej, niż nakazywał rozsądek. Gigantyczne bańki mydlane wzlatywały w błękitne nieco, odbijając w sobie wszystkie kolory tego święta. / Fot. Justyna Wiechoczek
Straciłem na godzinę moją towarzyszkę z oczu. Porwała ją pasją fotografowania.
Opuściliśmy festyn około godziny 17. Trzeba było wrócić na nogach do domu zanim się ściemni. Gości festynu czekały jeszcze występy zespołów, kabaretów oraz zabawa taneczna. Nie mam wątpliwości, że udana.
Grzybowskie święto plonów pozostawiło w moim umyśle ślad. Widziałem ludzi związanych ze swoim miejscem na Ziemi, dumnych ze sposobu, w jaki żyją. Ziemia nagle przestała być tylko burą powłoką, a stałą się żywym organizmem, pulsującym życiem. Karmiącym nas wszystkich sprawiedliwie, według okazywanej jej troski. To całkiem sporo, jak na przemyślenia mieszczucha.
Maszerując do Grzybowic bałem się plastikowej atrapy a dostałem w zamian coś autentycznego.

Osiedle pracowitych


 / Fot. Justyna WiechoczekGdy wracaliśmy, szkoda było nie odwiedzić zabrzańskiego osiedla Borsiga. Niegdyś dumne patronackie osiedle robotnicze, dziś przywitało nas rozoranymi drogami, które niczym otwarte rany prezentowały bezwstydnie otwory kanałów i ujścia rozmaitych rur. Dumne budynki z czerwonej cegły nieco już podupadły na zdrowiu. Nietrudno było jednak zauważyć, że kiedyś prezentowały się znakomicie. Mieściły przecież w sobie luksusowe jak na lata 70-te XIX wieku mieszkania o powierzchni nawet 55 metrów kwadratowych. Wobec ówczesnej wszechobecnej ciasnoty i trudnych warunków sanitarnych osobne pomieszczenia na kuchnię, trzy wielkie izby, ubikacje na piętrze oraz dostęp do bieżącej wody były szczytem marzeń pracowników kombinatu górniczo-hutniczego, należącego do niemieckiego fabrykanta, Augusta Borsiga. Taki XIX-wieczny „Hilton”.
Osiedle Borsig Werk stanowiło osobny, samowystarczalny świat z pięćdziesięcioma dwupiętrowymi kamienicami, własnym kościołem, cmentarzem, szkołą, pocztą, sklepami i barami. Zamknięta strefa strojna w czerwoną cegłę. Co ciekawe, kiedy się przestawało pracować w przedsiębiorstwie Borsiga, automatycznie było się przesiedlanym do baraków robotniczych. Luksus był tylko dla pracowitych.  / Fot. Justyna Wiechoczek
Dziś po izolacji osiedla nie ma już ani śladu. Jego mieszkańcy pracują, gdzie chcą, nie doceniając trzech wielkich izb i wody w kranie. Snują się po zacienionych uliczkach, zrezygnowani. Jakby chcieli mieszkać wszędzie indziej, ale nie tu. Niewielki, zaniedbany ewangelicki cmentarz zarasta wysoką trawą a groby ze wstydu zapadają się pod ziemię.
Tylko dzieci bawią się świetnie, jak zawsze. Rysują bramki na murach, skaczą z kamiennych schodów, kopią piłkę o wysokie ściany kamienic. Mają tu przestrzeń do zabawy. I nic więcej im nie potrzeba.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.