Fala arabskich rewolucji tu nie dotrze. Organizowana przez internet i wzorowana na egipskim "dniu gniewu" antyrządowa demonstracja, która miała zebrać tysiące ludzi przed budynkiem syryjskiego parlamentu, po prostu nie wydarzyła się. Jak donosi
New York Times, w piątek w wyznaczonym miejscu pojawiło się za to dużo więcej niż zazwyczaj oficerów służb bezpieczeństwa i policji.
I właśnie tu należy dopatrywać się przyczyny fiaska. Policja w Damaszku, inaczej niż w porównywalnie "liberalnych" reżimach Mubaraka i Ben Alego, nie wahałaby się prawdopodobnie użyć siły wobec demonstrantów, zaś wielu z protestujących zasiliłoby liczne szeregi więźniów politycznych w Syrii. Ponadto, według organizacji Human Rights Watch, potencjalni uczestnicy demonstracji byli podobno zastraszani przez policję i zmuszani do podpisywania dokumentów zobowiązujących ich do niebrania udziału w protestach.
Jak przyznają Syryjczycy, ruch opozycji w ich kraju jest bardzo słaby i nieustannie tłamszony przez rządzący reżim prezydenta Baszara al-Assada, zaś wielu boi się, że w wypadku rewolucji do władzy doszłoby Bractwo Muzułmańskie, co mogłoby oznaczać rządy radykalnego islamu w tym kraju. Dlatego od czasu wybuchu rozruchów społecznych w Egipcie i Tunezji, na ulicach Damaszku organizowano tylko symboliczne, kilkudziesięcioosobowe akcje. Zapał demonstrujących na pewno zmniejszył też rząd, który w obliczu wstrząsających światem arabskim wydarzeń, ogłosił niedawno 17-procentową podwyżkę dla pracowników sektora publicznego, który stanowi ogromną część gospodarki tego kraju.
Syria od 1970 r. jest rządzona żelazną ręką przez związaną z partią Baas rodzinę al-Assadów - najpierw ojca Hafeza, a od 2000 roku jego syna Baszara. Mimo zapowiedzi liberalizacji reżimu, niewiele zmieniło się w kwestii wolności słowa i praw człowieka. I wygląda na to, że na razie nic się nie zmieni. Al-Assad może więc spać spokojnie - na razie.