Zaloguj

Zarejestruj się

Zaloguj przez Facebook

Pozycja materiału w rankingach:

59522 miejsce

Dział: Wolna myśl

Ocena: 5pkt

Oceń:

System braku systemu


Czy system opieki medycznej oraz edukacji rzeczywiście są systemami? Słowo "system" implikuje szereg skojarzeń i wskazuje na konkrety sposób rozumowania. Myśląc "system", mamy najczęściej na myśli rozwiązanie całościowe, skoncentrowane, podlegające silnej centralizacji jeśli chodzi o zarządzanie.

Poszczególne jego elementy mają ze sobą współdziałać, a ostateczna implementacja swoim zasięgiem powinna obejmować cały obszar, po którym się porusza. Jeśli system ma dostarczyć usługi medyczne - to w każdym zakątku kraju. Jeśli stworzyć standard programu nauczania - to obowiązkowy dla wszystkich szkół.

Tego typu konotacje zyskują na sile gdy w grę zaczyna wchodzić polityka, państwowa administracja, urzędnicy, parlamentarzyści, ministrowie. Wszyscy oni symbolizują zbiurokratyzowany mechanizm, działający pod kontrolą formalnych, precyzyjnie określonych procedur, a także nieformalnej, trudnej do ogarnięcia siatki towarzyskich i służbowych powiązań i wpływów.

Nic więc dziwnego, że wszelkiego rodzaju systemy i polityka tak często się przeplatają. Politycy lubią centralizację, bo daje im ona większą władzę, a po nią przecież chcą sięgnąć. Mówią więc o rozwiązaniach całościowych, systemowych, lubią tworzyć ministerstwa do spraw tego i owego, marzą im się instytucje duże i potężne. Cierpiąc na instytucjonalną bigoreksję chcą czerpać profity i rozdawać przywileje swoim ulubieńcom. Chcą skupić w swoich rękach jak największą część tortu by móc decydować o tym komu i jaki kawałek zostanie odkrojony.

Ale patrząc na to z drugiej strony

Mamy więc system edukacji sterowany przez odpowiednie ministerstwo wspomagane przez kuratoria. Mamy też system opieki medycznej, także z własnym ministerstwem i dominującym państwowym ubezpieczycielem. Na drugim biegunie istnieje jednak rynek - silnie zdecentralizowany, dynamiczny proces twórczej destrukcji. On również rozdaje przywileje, również karze i wynagradza, tworzy skoordynowane rozwiązania i jest polem współpracy i walki o wpływy. Bierze swój niejednorodny i ciągle zmieniający się tort, odkrawa wybrane przez siebie kawałki i rozdziela je pomiędzy swoich uczestników w sposób kapryśny i nieprzewidywalny. Jeśli już tworzy systemy - to lokalne, mniej trwałe, o granicach płynnych i łatwych do przeniknięcia.

Inny niż w przypadku świata polityki jest też mechanizm powstawania rynku. Jest on sumą ekonomicznych decyzji milionów podmiotów, mniejszych lub większych. Ma swój porządek, własny rodzaj podlegającego ciągłym drganiom i fluktuacjom ładu. Posiada kształt, posiada konsystencję. Jest tworzony przez ludzi ale przez ludzi nie został zaprojektowany. Nikt go nie zaplanował i nikt nie wie jak wyglądał będzie choćby za miesiąc, bo nikt nie wyznacza mu kierunków rozwoju. Instytucje, zamiast trwać i poszerzać swoje wpływy przez dziesięciolecia, potrafią się na nim zawalić w ciągu kilku miesięcy a nawet dni, choćby nie wiadomo jak potężne się wydawały. Nie ma w tym niczego dziwnego - przychylność rynku czyli klientów trudno zdobyć, za to bardzo łatwo ją stracić. Bariery rezygnacji z zakupów są niskie, w dodatku zawsze może pojawić się lepszy dostawca. Gdy zaproponowana zostanie nam nowa oferta, możemy się na nią zdecydować, porzucając starą. Z usług urzędu skarbowego czy rządowej agencji regulującej jakiś kawałek naszego życia zrezygnować zaś nie sposób - chyba, że wyrwiemy się spod ich wpływów, ustawiając się dobrze w świecie polityki lub decydując się na wyjazd.

Bielizna o dużych rozmiarach

Piszę o tym bo ciągle słyszę o kolejnych reformach. Reformujemy edukację (podstawową, średnią, wyższą), reformujemy usługi medyczne i energetykę. Tworzymy nowe wersje starego, wymyślając kolejne warianty istniejących systemów. W całej tej politycznej debacie brakuje jednak podstawowego pytania - czy w ogóle ich potrzebujemy? Czy dane ministerstwo ma rację bytu? Czy zamiast poruszać się w granicach myślenia politycznego nie powinniśmy wyjść poza nie? Dlaczego język znów zdeterminował sposób w jaki dyskutujemy?

Gdy myślimy o kupnie samochodu, to nie zgłaszamy się do komórki "systemu motoryzacyjnego". Gdy idziemy kupić komputer lub telefon komórkowy - nie dzwonimy do CBE (Centralnego Biura Elektroniki). Nie ma też Państwowej Agencji Odzieżowej odpowiedzialnej za dostarczanie ubrań ani Polskiej Centrali Programistycznej świadczącej usługi na rzecz firm tworzących oprogramowanie. Dlaczego więc tak dziwna wydaje się nam myśl, że powszechnie dostępna opieka medyczna nie zniknęłaby bez Ministerstwa Zdrowia? Że dzieci, na których dobru tak nam ponoć zależy, miałyby się gdzie uczyć i rozwijać gdyby nie istniało Ministerstwo Edukacji Narodowej? Przecież te same urwisy mają czym poruszać się do szkoły, mają co jeść i w co się ubrać.

Nasuwają się dwie odpowiedzi: strach i schematy myślenia. Strach jest normalny. Możemy bać się o to, czy damy sobie i dzieciom szansę na dobre wykształcenie i czy będziemy mieli gdzie się udać gdy zdrowie nam zaszwankuje. Poszukujemy więc rozwiązań, które dają nam poczucie pewności. Myślimy o systemach - dużych, potężnych, uporządkowanych procedurami i narzuconymi standardami. Z drugiej jednak strony o to czy będziemy mieć dach nad głową i ciepłą kurtkę w szafie również się martwimy, a jednak wizja utworzenia urzędu dostarczającego ubrania, których potrzebujemy albo też Narodowego Funduszu Deweloperskiego budującego mieszkania i domy, które kupujemy lub wynajmujemy, wydaje się być osobliwa i trudna do przełknięcia.

Prawdziwa odpowiedź musi więc być powiązana z naszym sposobem myślenia. Z jakichś względów jedne dziedziny naszego życia życia potrafimy oddać we władanie rynkowego żywiołu, inne zaś chętniej przekazujemy państwu, stwierdzając, że to ono powinno się nimi zajmować.

Pozostaje tylko zadać ostatnie pytanie: na jakich przesłankach opieramy się wybierając szalę, na której położymy kamyczek?

Zobacz także:

Stefan Batory OFFline profil autora

Autor: Stefan Batory

Napisz do autora

Artykuły (2) Galerie (0) Średnia ocen (5.00)

Wiek: 43 | Miejscowość: Bródno | Kraj: Polska

Ostatnie artykuły autora:

Pozycja autora w rankingach:

Komentarze: 17

Sortuj komentarze:

Michał Kosek 15.01.2008 15:06

Ocena: Ocena pozytywna 14 Ocena negatywna 14

"Nic z tych rzeczy. Śroki publiczne to niekoniecznie środki z budżetu centralnego."
"Centralnie wystarczy się tylko odczepić. Programy z bonami eudkacyjnymi w USA okazały się działać dobrze na poziomie jak najbardziej lokalnym (a co najwyżej stanowym)."

Zgoda. Ale czy to będzie na poziomie gminy, powiatu czy województwa, finansowane z podatków lokalnych, to tak czy inaczej o przeznaczeniu tych publicznych środków będzie decydował jakiś urzędnik.

"Uważasz, że dzieci żywo zainteresowane światem, które tylko czekają na wyjście z nudnej szkoły by znów się tym światem zacząć interesować, mają większe możliwości rozwoju zainteresowań w szkole?"

Ja miałem. W czasach liceum często mnie musiał woźny wieczorami wyganiać z pracowni komputerowej. Poza tym były różne kółka zainteresowań, które poszerzyły moją wiedzę. I kontakt z mądrzejszymi ode mnie też mi sporo dał. A teraz Ty odpowiedz na zadane przeze mnie pytanie: Czy uważasz, że dzieci, których rodzice zupełnie o nie nie dbają (ci co dbają wyślą je tak czy inaczej do jakiejś szkoły) będą miały większe możliwości rozwoju zainteresowań w domu niż w szkole?

"Czytać i pisać można na wiele sposobów. Póki co mamy społeczeństwo składające się w dużej mierze z czytających i piszących wtórnych analfabetów. Jeśli kilkadziesiąt procent osób przed telewizorami nie potrafi zrozumieć prognozy pogody, to problem z pewnością nie leży w kwestii czytania i pisania."

Chętnie poznam jakieś badania dotyczące wtórnego analfabetyzmu. Bo wszyscy się na nie powołują, a ja nie wiem jaką zastosowano w nich metodologię. I czy w ogóle miały miejsce. :)

"Zresztą Twója argumentacja zakłada, że system silnie zdominowany przez jednego dostawcę i pozbawiony faktycznej konkurencji na dużą skalę dostarcza usługi lepszej jakości. To dość odważne założenie."

Jakiego znowu jednego dostawcę? Przecież każda szkoła może być inna i może stosować całkowicie inne metody nauki, natomiast samą konkurencję może zapewnić choćby bon. Wspólne są tylko minima programowe. Ale to nie jest specjalnie kontrowersyjne, że w pierwszych latach szkoła powinna uczyć czytania i pisania, że na fizyce powinno się uczyć podstaw mechaniki czy elektrostatyki, czy że absolwent powinien wykazać się jakąś tam znajomością języka obcego. A czy oprócz minimów będzie też nauczana ogólna teoria względności, teoria inteligentnego spadania czy kaligrafia chińska, to już wybór danej szkoły.

"Zwłaszcza tym, którzy potem odpadają po pierwszym semestrze studiów, bo to właśnie pierwsza sesja traktowana jest teraz przez uczelnie jak egzamin wstępny."

Za czasów, kiedy egzaminy wstępne były powszechne też było sporo kierunków z mocnym odsiewem po pierwszym semestrze. Każdy może się łatwo dowiedzieć jak to wygląda na kierunku na który chce iść, i podjąć świadomą decyzję.

"Powiedz to uczelniom, które do tej pory miały własne egzaminy wstępne, a teraz wiją się i kombinują by odrzucić kandydatów bez szans albo próbują wykształcić inżynierów z ludzi, którym na pierwszym roku trzeba robić powtórki z matematyki albo w ogóle tej matematyki nauczyć. Zresztą albo "zunifikowana" albo na "odpowiednim poziomie", cokolwiek miałby on znaczyć."

Jak już napisałem, matura powinna być układana przez jakąś międzyuczelnianą komisję, która zapewne składałaby się z osób, które na swoich uczelniach układają egzaminy wstępne. Uważam, że to najlepsze osoby, które stwierdzą jaki jest "odpowiedni poziom". A jeśli jakaś uczelnia uzna, że ma zupełnie inne wymagania niż cała reszta, to przecież nikt jej nie broni zorganizować egzamin wstępny.

"Dynamika systemu w obecnym kształcie sprawia, że te rzeczy się wykluczają, w dodatku uczelnie mają większy problem z wyłowieniem kandydatów o profilu bardziej odpowiadającym wizji absolwenta, którego chcą z takiego kandydata stworzyć."

A odkąd to zabroniono organizować egzaminy wstępne?

"Wolę by dzieci odpowiedzialnych rodziców nie były skazane na niższy poziom edukacji tylko dlatego, że każde dziecko musi siedzieć w szkole dopóki nie skończy 18 lat, przenosząc na jej teren patologie z własnego środowiska."

Jeśli się to odpowiednio zorganizuje, to nie będą obniżać poziomu edukacji innych uczniów. Tzn. może i będą zaniżać ogólnokrajową średnią, ale średnia jest akurat mało ważna. Grunt, żeby nie przeszkadzali innym uczniom w zdobywaniu wiedzy.

"Minimów edukacyjnych i programów też nie trzeba ustalać. Wystarczy uzależnić dostęp danej szkoły do finansowania z bonów od stopnia zdawalności danego egzaminu i umożliwić kształcenie się zupełnie poza systemem z bonami i zdobywanie pieniędzy od osób, którym program związany z państwowymi egzaminami nie odpowiada."

Przecież wyznaczenie takiego egzaminu, od którego uzależnione byłoby finansowanie bonami, to nic innego jak wyznaczenie minimum edukacyjnego.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Stefan Batory 15.01.2008 08:21

Ocena: Ocena pozytywna 15 Ocena negatywna 11

"(...)
Mówisz o opłacaniu usług medycznych ze środków publicznych. Ktoś musi więc centralnie te środki przydzielić, ocenić które usługi będą finansowane i do jakiej kwoty. I decydować kto ma prawo do świadczenia takich usług. I - jak podejrzewam - odnosiłoby się to do usług na terenie całego kraju. Wg mnie idealnie pasuje do podanej w artykule definicji "systemu".
(...)"

Nic z tych rzeczy. Śroki publiczne to niekoniecznie środki z budżetu centralnego. Tu nawet nie potrzeba państwowego ubezpieczyciela.

"(...)
Uważasz, że dzieci, których rodzice zupełnie o nie nie dbają (ci co dbają wyślą je tak czy inaczej do jakiejś szkoły) będą miały większe możliwości rozwoju zainteresowań w domu niż w szkole?
(...)"

Uważasz, że dzieci żywo zainteresowane światem, które tylko czekają na wyjście z nudnej szkoły by znów się tym światem zacząć interesować, mają większe możliwości rozwoju zainteresowań w szkole?

"(...)
Można zaryzykować twierdzenie, że bez niego ktoś nie umiałby czytać ani pisać.
(...)"

Czytać i pisać można na wiele sposobów. Póki co mamy społeczeństwo składające się w dużej mierze z czytających i piszących wtórnych analfabetów. Jeśli kilkadziesiąt procent osób przed telewizorami nie potrafi zrozumieć prognozy pogody, to problem z pewnością nie leży w kwestii czytania i pisania. Zresztą Twója argumentacja zakłada, że system silnie zdominowany przez jednego dostawcę i pozbawiony faktycznej konkurencji na dużą skalę dostarcza usługi lepszej jakości. To dość odważne założenie.

"(...)
Nie jest to element konieczny, ale ułatwia życie maturzystom.
(...)"

Zwłaszcza tym, którzy potem odpadają po pierwszym semestrze studiów, bo to właśnie pierwsza sesja traktowana jest teraz przez uczelnie jak egzamin wstępny.

"(...)
A w większości przypadków raczej nie ma potrzeby robienia na każdej uczelni egzaminu wstępnego z jakiegoś przedmiotu, jeśli matura z tego przedmiotu jeśli zunifikowana i na odpowiednim poziomie.
(...)"

Powiedz to uczelniom, które do tej pory miały własne egzaminy wstępne, a teraz wiją się i kombinują by odrzucić kandydatów bez szans albo próbują wykształcić inżynierów z ludzi, którym na pierwszym roku trzeba robić powtórki z matematyki albo w ogóle tej matematyki nauczyć. Zresztą albo "zunifikowana" albo na "odpowiednim poziomie", cokolwiek miałby on znaczyć. Dynamika systemu w obecnym kształcie sprawia, że te rzeczy się wykluczają, w dodatku uczelnie mają większy problem z wyłowieniem kandydatów o profilu bardziej odpowiadającym wizji absolwenta, którego chcą z takiego kandydata stworzyć.

"(...)
Wolę, żeby się podziało w szkole, niż w poprawczaku, na ulicy, w melinie czy w więzieniu. Chyba, że masz jakiś inny pomysł gdzie trafi takie dziecko, o którego rodzice nie dbają i które nie ma ochoty chodzić do szkoły?
(...)"

Wolę by dzieci odpowiedzialnych rodziców nie były skazane na niższy poziom edukacji tylko dlatego, że każde dziecko musi siedzieć w szkole dopóki nie skończy 18 lat, przenosząc na jej teren patologie z własnego środowiska. Znowu patrzysz tylko na dziecko, które do szkoły mogłoby nie pójść, a zapominasz o dzieciach, które poszłyby tak czy inaczej.

"(...)
Nie istnieją. Dlatego dobrze by wprowadzić np. bon edukacyjny. W związku z nim trzeba podjąć centralnie decyzje o formie i wysokości finansowania, zadecydować komu się należy finansowanie (czyli ustalić jakieś minima programowe przedmiotów) itp. itd. A wszystko to będą robić ci okropni urzędnicy. System jak nic.
(...)"

Centralnie wystarczy się tylko odczepić. Programy z bonami eudkacyjnymi w USA okazały się działać dobrze na poziomie jak najbardziej lokalnym (a co najwyżej stanowym). Minimów edukacyjnych i programów też nie trzeba ustalać. Wystarczy uzależnić dostęp danej szkoły do finansowania z bonów od stopnia zdawalności danego egzaminu i umożliwić kształcenie się zupełnie poza systemem z bonami i zdobywanie pieniędzy od osób, którym program związany z państwowymi egzaminami nie odpowiada.

"(...)
Odpowiadam: mało jest takich rodziców. A teraz odpowiedz sobie na pytanie, czy należy znieść możliwość odebrania praw rodzicielskich dlatego, że nieodpowiedzialnych rodziców jest niewiele.
(...)"

Nie ma dobrej analogii pomiędzy obowiązkiem szkolnym, a "obowiązkiem żywieniowym" czy "obowiązkiem odzieżowym". Edukacja działająca tak jak działa rynek odzieży czy rynek żywności pozbawiona zostałaby minimów programowych, praktycznie wszystkich szkół publicznych, kuratoriów, własnego ministerstwa i faktycznego obowiązku szkolnego czyli w zasadzie całej systemowej otoczki. Taka zmiana zniosłaby przede wszystkim najgorszą cechę obecnego systemu, czyli negatywny wpływ rodziców nieodpowiedzialnych na dzieci rodziców odpowiedzialnych.

"(...)
I tu się zgadzam. Problem jest w kształcie reszty systemu, a nie w istnieniu samego systemu. Mam wrażenie, że nasze poglądy nie są jakieś strasznie odległe, a spieramy się głównie o słowa.
(...)"

Też ale nie do końca. O ile rozjeżdżamy się z definicją "systemu", o tyle w szczegółach implementacji mocno byśmy się różnili. Co nie zmienia faktu, że na tle obecnego systemu i sposobu jego postrzegania jesteśmy w zasadzie w jednej szufladce :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Michał Kosek 14.01.2008 20:31

Ocena: Ocena pozytywna 15 Ocena negatywna 15

"Tylko jeśli rozszerzysz znaczenie słowa "system" na cokolwiek co ma więcej niż dwa elementy. To już jednak nie będzie kontekst mojego artykułu."

Mówisz o opłacaniu usług medycznych ze środków publicznych. Ktoś musi więc centralnie te środki przydzielić, ocenić które usługi będą finansowane i do jakiej kwoty. I decydować kto ma prawo do świadczenia takich usług. I - jak podejrzewam - odnosiłoby się to do usług na terenie całego kraju. Wg mnie idealnie pasuje do podanej w artykule definicji "systemu".

"Nie ma żadnych podstaw by tak twierdzić. Obowiązek szkolny zmusza do przesiadywania w placówkach o ustandaryzowanym i nieelastycznym programie, który zainteresowania, jeśli już, to zabija. Dzieci czekają zazwyczaj na dzwonek kończący, a nie zaczynający lekcje, co oznacza, ze znakomita większość z nich nie odnajduje w szkole tego, czym się interesuje. Nie jest to więc żaden argument. Pomijam już to, że ciekawość jest naturalną cechą dziecka i na brak zainteresowań maluchy cierpieć nigdy nie będą."

Uważasz, że dzieci, których rodzice zupełnie o nie nie dbają (ci co dbają wyślą je tak czy inaczej do jakiejś szkoły) będą miały większe możliwości rozwoju zainteresowań w domu niż w szkole?

"Można co najwyżej zaryzykować twierdzenie, że być może bez niego ktoś nie wiedziałby gdzie leżą USA (a teraz wie) i tyle."

Można zaryzykować twierdzenie, że bez niego ktoś nie umiałby czytać ani pisać.

"Nie jest to jednak konieczny element "systemu", zwłaszcza, że jeśli jakiś uniwersytet chce zapewnić sobie dopływ odpowiednich kandydatów, to zadba o kryteria wstępu, które będą dla niego zadowalające."

Nie jest to element konieczny, ale ułatwia życie maturzystom. A w większości przypadków raczej nie ma potrzeby robienia na każdej uczelni egzaminu wstępnego z jakiegoś przedmiotu, jeśli matura z tego przedmiotu jeśli zunifikowana i na odpowiednim poziomie.

"Jeśli wyrzucisz jakieś dziecko ze szkoły, to gdzieś będzie musiało się podziać. Gdzieś czyli w innej szkole, negatywnie wpływając na jej poziom."

Wolę, żeby się podziało w szkole, niż w poprawczaku, na ulicy, w melinie czy w więzieniu. Chyba, że masz jakiś inny pomysł gdzie trafi takie dziecko, o którego rodzice nie dbają i które nie ma ochoty chodzić do szkoły?

"Nie istnieją też wyraźne bodźce ekonomiczne, które mogłyby wywołać prawdziwą konkurencję pomiędzy szkołami."

Nie istnieją. Dlatego dobrze by wprowadzić np. bon edukacyjny. W związku z nim trzeba podjąć centralnie decyzje o formie i wysokości finansowania, zadecydować komu się należy finansowanie (czyli ustalić jakieś minima programowe przedmiotów) itp. itd. A wszystko to będą robić ci okropni urzędnicy. System jak nic.

"I teraz odpowiedz sobie na pytanie ilu z rodziców, którzy teraz karmią i ubierają swoje dzieci robi to tylko dlatego, że inaczej odbiorą im prawa rodzicielskie."

Odpowiadam: mało jest takich rodziców. A teraz odpowiedz sobie na pytanie, czy należy znieść możliwość odebrania praw rodzicielskich dlatego, że nieodpowiedzialnych rodziców jest niewiele.

"Ci, którzy by się tym nie przejęli i tak nie będą ani karmić ani ubierać."

To się ich pozbawi praw rodzicielskich.

"Największy problem z obowiązkiem szkolnym leży w kształcie reszty systemu, a nie w samym jego istnieniu."

I tu się zgadzam. Problem jest w kształcie reszty systemu, a nie w istnieniu samego systemu. Mam wrażenie, że nasze poglądy nie są jakieś strasznie odległe, a spieramy się głównie o słowa.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Stefan Batory 14.01.2008 17:40

Ocena: Ocena pozytywna 19 Ocena negatywna 14

"(...)
Właśnie opisujesz system opieki zdrowotnej.
(...)"

Tylko jeśli rozszerzysz znaczenie słowa "system" na cokolwiek co ma więcej niż dwa elementy. To już jednak nie będzie kontekst mojego artykułu.

"(...)
Natomiast brak systemu to możesz sobie obejrzeć w Somalii.
(...)"

I na Księżycu.

"(...)
Po pierwsze, jeśli jest jakaś dziedzina, która Cię interesuje lub w której masz zdolności, to chodząc do szkoły masz zdecydowanie większe szanse to odkryć.
(...)"

Nie ma żadnych podstaw by tak twierdzić. Obowiązek szkolny zmusza do przesiadywania w placówkach o ustandaryzowanym i nieelastycznym programie, który zainteresowania, jeśli już, to zabija. Dzieci czekają zazwyczaj na dzwonek kończący, a nie zaczynający lekcje, co oznacza, ze znakomita większość z nich nie odnajduje w szkole tego, czym się interesuje. Nie jest to więc żaden argument. Pomijam już to, że ciekawość jest naturalną cechą dziecka i na brak zainteresowań maluchy cierpieć nigdy nie będą.

"(...)
A po drugie, niezależnie od tego jak ktoś by naukę olewał, to jest jednak dzięki temu jakieś minimum, którego znajomość można zakładać u praktycznie każdej dorosłej osoby.
(...)"

To nie ma nic wspólnego z obowiązkiem szkolnym. Można co najwyżej zaryzykować twierdzenie, że być może bez niego ktoś nie wiedziałby gdzie leżą USA (a teraz wie) i tyle. Poza tym brak obowiązku to nie brak edukacji.

"(...)
Po pierwsze obowiązek szkolny to nie obowiązek posiadania matury, moim zdaniem za mało uwagi poświęca się szkolnictwu zawodowemu.
(...)"

Doskonale za to radzą sobie z tym prywatne szkoły policealne, które obowiązkowi już nie podlegają. Oferta jest szeroka i dostępna.

"(...)
Po drugie, wydaje mi się, że lepszy byłby system oświaty, w którym matura byłaby przygotowywana i oceniana przez jakąś komisję wyznaczoną np. przez uczelnie wyższe, bez możliwości wpływu polityków. Albo zostawiona jako wewnętrzny egzamin szkoły.
(...)"

Jedyny sens matury to ewentualny egzamin wewnętrzny mający co najwyżej znaczenie dla zdającego i dla uczelni, które z daną szkołą podpisały stosowne porozumienia, ewentualnie forma ustandaryzowanego egzaminu jeśli szkoły wyższe zgadzałyby się powszechnie na jego honorowanie. Nie jest to jednak konieczny element "systemu", zwłaszcza, że jeśli jakiś uniwersytet chce zapewnić sobie dopływ odpowiednich kandydatów, to zadba o kryteria wstępu, które będą dla niego zadowalające.

"(...)
Rodzice chcący zachęcić swoje dzieci do nauki wysyłają je (lub będą namawiać do pójścia) do lepszej szkoły. Tego typu rozdzielenie następuje naturalnie, i system edukacji tu nie przeszkadza.
(...)"

Nic z tych rzeczy. O ile istnieje podział na lepsze i gorsze szkoły, o tyle wpływ dzieci zaniżających poziom nadal istnieje i rozlewa się po całym systemie. Jeśli wyrzucisz jakieś dziecko ze szkoły, to gdzieś będzie musiało się podziać. Gdzieś czyli w innej szkole, negatywnie wpływając na jej poziom. Nie istnieją też wyraźne bodźce ekonomiczne, które mogłyby wywołać prawdziwą konkurencję pomiędzy szkołami. O niedostatecznym poziomie szkół publicznych świadczy biznes, który się wokół nich rozwinął, czyli prywatne lekcje dodatkowe (czasem dla słabszych, czasem dla najlepszych).

"(...)
Tak jak jest obowiązek szkolny, istnieje obowiązek żywienia i ubierania dziecka. Jeśli tego nie będziesz robił, szybko zostaniesz pozbawiony praw rodzicielskich.
(...)"

I teraz odpowiedz sobie na pytanie ilu z rodziców, którzy teraz karmią i ubierają swoje dzieci robi to tylko dlatego, że inaczej odbiorą im prawa rodzicielskie. Ci, którzy by się tym nie przejęli i tak nie będą ani karmić ani ubierać. Największy problem z obowiązkiem szkolnym leży w kształcie reszty systemu, a nie w samym jego istnieniu.

"(...)
To jak to jest, że wszystkie systemy są be, a system socjalny nagle jest cacy?
(...)"

Nie wiem jak to jest, musisz spytać osoby, która tak twierdzi. I zdecydować się jaką definicję "systemu" przyjmujesz.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Michał Kosek 14.01.2008 14:55

Ocena: Ocena pozytywna 15 Ocena negatywna 15

"Prywatni dostawcy mogą świadczyć usługi opłacane ze środków publicznych, tak jak dzieje się to ze sprywatyzowanymi szpitalami. (...)"

Właśnie opisujesz system opieki zdrowotnej. Nawiasem mówiąc jest to system, który by mi o niebo bardziej by odpowiadał niż obecny. Natomiast brak systemu to możesz sobie obejrzeć w Somalii.

"A bez żywności i ubrań?"

Też nie, dlatego jestem zwolennikiem systemu socjalnego (np. w postaci podatku negatywnego), który zapewni, że nikt nie umrze ani ciężko się nie rozchoruje z głodu czy z wyziębienia. A zasadnicza różnica jest taka, że opieka zdrowotna jest o niebo droższa od żywności i ubrań. Bez pieniędzy i zakładając brak jakichkolwiek państwowych systemów pomocy, o niebo łatwiej się najeść i ubrać, niż uzyskać pomoc medyczną.

"Poza tym znów - obowiązek szkolny oznacza tylko, że do 18 roku życia musisz uczęszczać do szkoły, niekoniecznie cokolwiek z systemu wynosząc."

Jestem zwolennikiem obowiązku szkolnego z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, jeśli jest jakaś dziedzina, która Cię interesuje lub w której masz zdolności, to chodząc do szkoły masz zdecydowanie większe szanse to odkryć. A po drugie, niezależnie od tego jak ktoś by naukę olewał, to jest jednak dzięki temu jakieś minimum, którego znajomość można zakładać u praktycznie każdej dorosłej osoby.

"W systemie, który zakłada obowiązek szkolny polityczna dynamika sprawia, że jakość kształcenia zaczyna się obniżać - politycznie niewygodnym faktem byłaby przecież niska zdawalność matur."

Po pierwsze obowiązek szkolny to nie obowiązek posiadania matury, moim zdaniem za mało uwagi poświęca się szkolnictwu zawodowemu. Po drugie, wydaje mi się, że lepszy byłby system oświaty, w którym matura byłaby przygotowywana i oceniana przez jakąś komisję wyznaczoną np. przez uczelnie wyższe, bez możliwości wpływu polityków. Albo zostawiona jako wewnętrzny egzamin szkoły.

"Kończy się na tym, że system ciągnie za sobą dzieci, których rodzice nie potrafią zachęcić do nauki obciążając pozostałych, odpowiedzialnych rodziców i ich dzieci."

Rodzice chcący zachęcić swoje dzieci do nauki wysyłają je (lub będą namawiać do pójścia) do lepszej szkoły. Tego typu rozdzielenie następuje naturalnie, i system edukacji tu nie przeszkadza.

"Znów wracamy więc do sposobu myślenia, zwłaszcza patrząc przez pryzmat analogii z żywieniem i ubraniami."

Tak jak jest obowiązek szkolny, istnieje obowiązek żywienia i ubierania dziecka. Jeśli tego nie będziesz robił, szybko zostaniesz pozbawiony praw rodzicielskich.

"Nie mamy "systemu" zajmującego się tymi dziedzinami, istnieje tylko wycinek systemu socjalnego zajmującego się przypadkami skrajnej biedy i patologii."

To jak to jest, że wszystkie systemy są be, a system socjalny nagle jest cacy?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Stefan Batory 14.01.2008 09:47

Ocena: Ocena pozytywna 15 Ocena negatywna 16

"(...)
bez żadnego systemu opieki zdrowotnej pogotowie musiałoby być prywatne i nie miałoby interesu pomagać we wszystkich przypadkach, bez sprawdzania ubezpieczenia itp.
(...)"

Pogotowie publiczne nie pomaga we wszystkich przypadkach i nie wyjeżdża do każdego zgłoszenia. Jeśli oderwać kwestię finansowania od kwestii dostarczania to okazuje się, że posiadanie "systemu" nie jest konieczne. Prywatni dostawcy mogą świadczyć usługi opłacane ze środków publicznych, tak jak dzieje się to ze sprywatyzowanymi szpitalami. Zresztą ze środków publicznych wykonywana jest cała masa usług. Administracja państwowa nie produkuje usług telekomunikacyjnych czy długopisów na własne potrzeby. Ona je kupuje. Czyli dochodzimy do tematu przewodniego - sposobu myslenia.

"(...)
Bez samochodu czy nawet bez mieszkania da się jakoś przeżyć, bez pomocy w nagłych wypadkach - nie.
(...)"

A bez żywności i ubrań?

"(...)
Jakiś system edukacji też musi być tak długo, jak długo będzie istniał obowiązek szkolny.
(...)"

Obowiązek szkolny jest elementem systemu. To tak jakby powiedzieć, że system musi istnieć, bo istnieje system. Poza tym znów - obowiązek szkolny oznacza tylko, że do 18 roku życia musisz uczęszczać do szkoły, niekoniecznie cokolwiek z systemu wynosząc. Jego konstrukcja w żaden sposób nie zachęca więc do wykorzystania dawanych przezeń możliwości.

"(...)
A jestem jego zwolennikiem, bo w przypadku jego braku, decyzję o posłaniu dziecka do szkoły podejmowaliby rodzice - a konsekwencję tej decyzji ponosiłyby dzieci.
(...)"

W obecnym systemie dzieci ponoszą konsekwencje decyzji urzędników, którym na dobru tych dzieci zależy znacznie mniej. Lepiej też jest gdy dzieci tracą na decyzjach rodziców własnych niż cudzych. W systemie, który zakłada obowiązek szkolny polityczna dynamika sprawia, że jakość kształcenia zaczyna się obniżać - politycznie niewygodnym faktem byłaby przecież niska zdawalność matur. Kończy się na tym, że system ciągnie za sobą dzieci, których rodzice nie potrafią zachęcić do nauki obciążając pozostałych, odpowiedzialnych rodziców i ich dzieci. Znów wracamy więc do sposobu myślenia, zwłaszcza patrząc przez pryzmat analogii z żywieniem i ubraniami. Za decyzje żywieniowe i odzieżowe rodziców też odpowiadają dzieci. Mimo to nie mamy państwowego programu żywienia czy ubierania i zdajemy się na rodziców, a dzieci chodzą ubrane i jedzą. Nie mamy "systemu" zajmującego się tymi dziedzinami, istnieje tylko wycinek systemu socjalnego zajmującego się przypadkami skrajnej biedy i patologii.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Michał Kosek 12.01.2008 17:27

Ocena: Ocena pozytywna 15 Ocena negatywna 15

Ja opieram się na takich przesłankach: bez żadnego systemu opieki zdrowotnej pogotowie musiałoby być prywatne i nie miałoby interesu pomagać we wszystkich przypadkach, bez sprawdzania ubezpieczenia itp. Bez samochodu czy nawet bez mieszkania da się jakoś przeżyć, bez pomocy w nagłych wypadkach - nie.

Jakiś system edukacji też musi być tak długo, jak długo będzie istniał obowiązek szkolny. A jestem jego zwolennikiem, bo w przypadku jego braku, decyzję o posłaniu dziecka do szkoły podejmowaliby rodzice - a konsekwencję tej decyzji ponosiłyby dzieci.

Komentarz został ukrytyrozwiń

odśwież

Maksymalnie 4000 znaków. (możesz jeszcze wpisać: 4000)

Reklama

Najpopularniejsze

Reklama
Copyright 2012 Wiadomosci24.pl
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.