Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

39606 miejsce

System braku systemu

Czy system opieki medycznej oraz edukacji rzeczywiście są systemami? Słowo "system" implikuje szereg skojarzeń i wskazuje na konkrety sposób rozumowania. Myśląc "system", mamy najczęściej na myśli rozwiązanie całościowe, skoncentrowane, podlegające silnej centralizacji jeśli chodzi o zarządzanie.

Poszczególne jego elementy mają ze sobą współdziałać, a ostateczna implementacja swoim zasięgiem powinna obejmować cały obszar, po którym się porusza. Jeśli system ma dostarczyć usługi medyczne - to w każdym zakątku kraju. Jeśli stworzyć standard programu nauczania - to obowiązkowy dla wszystkich szkół.

Tego typu konotacje zyskują na sile gdy w grę zaczyna wchodzić polityka, państwowa administracja, urzędnicy, parlamentarzyści, ministrowie. Wszyscy oni symbolizują zbiurokratyzowany mechanizm, działający pod kontrolą formalnych, precyzyjnie określonych procedur, a także nieformalnej, trudnej do ogarnięcia siatki towarzyskich i służbowych powiązań i wpływów.

Nic więc dziwnego, że wszelkiego rodzaju systemy i polityka tak często się przeplatają. Politycy lubią centralizację, bo daje im ona większą władzę, a po nią przecież chcą sięgnąć. Mówią więc o rozwiązaniach całościowych, systemowych, lubią tworzyć ministerstwa do spraw tego i owego, marzą im się instytucje duże i potężne. Cierpiąc na instytucjonalną bigoreksję chcą czerpać profity i rozdawać przywileje swoim ulubieńcom. Chcą skupić w swoich rękach jak największą część tortu by móc decydować o tym komu i jaki kawałek zostanie odkrojony.

Ale patrząc na to z drugiej strony

Mamy więc system edukacji sterowany przez odpowiednie ministerstwo wspomagane przez kuratoria. Mamy też system opieki medycznej, także z własnym ministerstwem i dominującym państwowym ubezpieczycielem. Na drugim biegunie istnieje jednak rynek - silnie zdecentralizowany, dynamiczny proces twórczej destrukcji. On również rozdaje przywileje, również karze i wynagradza, tworzy skoordynowane rozwiązania i jest polem współpracy i walki o wpływy. Bierze swój niejednorodny i ciągle zmieniający się tort, odkrawa wybrane przez siebie kawałki i rozdziela je pomiędzy swoich uczestników w sposób kapryśny i nieprzewidywalny. Jeśli już tworzy systemy - to lokalne, mniej trwałe, o granicach płynnych i łatwych do przeniknięcia.

Inny niż w przypadku świata polityki jest też mechanizm powstawania rynku. Jest on sumą ekonomicznych decyzji milionów podmiotów, mniejszych lub większych. Ma swój porządek, własny rodzaj podlegającego ciągłym drganiom i fluktuacjom ładu. Posiada kształt, posiada konsystencję. Jest tworzony przez ludzi ale przez ludzi nie został zaprojektowany. Nikt go nie zaplanował i nikt nie wie jak wyglądał będzie choćby za miesiąc, bo nikt nie wyznacza mu kierunków rozwoju. Instytucje, zamiast trwać i poszerzać swoje wpływy przez dziesięciolecia, potrafią się na nim zawalić w ciągu kilku miesięcy a nawet dni, choćby nie wiadomo jak potężne się wydawały. Nie ma w tym niczego dziwnego - przychylność rynku czyli klientów trudno zdobyć, za to bardzo łatwo ją stracić. Bariery rezygnacji z zakupów są niskie, w dodatku zawsze może pojawić się lepszy dostawca. Gdy zaproponowana zostanie nam nowa oferta, możemy się na nią zdecydować, porzucając starą. Z usług urzędu skarbowego czy rządowej agencji regulującej jakiś kawałek naszego życia zrezygnować zaś nie sposób - chyba, że wyrwiemy się spod ich wpływów, ustawiając się dobrze w świecie polityki lub decydując się na wyjazd.

Bielizna o dużych rozmiarach

Piszę o tym bo ciągle słyszę o kolejnych reformach. Reformujemy edukację (podstawową, średnią, wyższą), reformujemy usługi medyczne i energetykę. Tworzymy nowe wersje starego, wymyślając kolejne warianty istniejących systemów. W całej tej politycznej debacie brakuje jednak podstawowego pytania - czy w ogóle ich potrzebujemy? Czy dane ministerstwo ma rację bytu? Czy zamiast poruszać się w granicach myślenia politycznego nie powinniśmy wyjść poza nie? Dlaczego język znów zdeterminował sposób w jaki dyskutujemy?

Gdy myślimy o kupnie samochodu, to nie zgłaszamy się do komórki "systemu motoryzacyjnego". Gdy idziemy kupić komputer lub telefon komórkowy - nie dzwonimy do CBE (Centralnego Biura Elektroniki). Nie ma też Państwowej Agencji Odzieżowej odpowiedzialnej za dostarczanie ubrań ani Polskiej Centrali Programistycznej świadczącej usługi na rzecz firm tworzących oprogramowanie. Dlaczego więc tak dziwna wydaje się nam myśl, że powszechnie dostępna opieka medyczna nie zniknęłaby bez Ministerstwa Zdrowia? Że dzieci, na których dobru tak nam ponoć zależy, miałyby się gdzie uczyć i rozwijać gdyby nie istniało Ministerstwo Edukacji Narodowej? Przecież te same urwisy mają czym poruszać się do szkoły, mają co jeść i w co się ubrać.

Nasuwają się dwie odpowiedzi: strach i schematy myślenia. Strach jest normalny. Możemy bać się o to, czy damy sobie i dzieciom szansę na dobre wykształcenie i czy będziemy mieli gdzie się udać gdy zdrowie nam zaszwankuje. Poszukujemy więc rozwiązań, które dają nam poczucie pewności. Myślimy o systemach - dużych, potężnych, uporządkowanych procedurami i narzuconymi standardami. Z drugiej jednak strony o to czy będziemy mieć dach nad głową i ciepłą kurtkę w szafie również się martwimy, a jednak wizja utworzenia urzędu dostarczającego ubrania, których potrzebujemy albo też Narodowego Funduszu Deweloperskiego budującego mieszkania i domy, które kupujemy lub wynajmujemy, wydaje się być osobliwa i trudna do przełknięcia.

Prawdziwa odpowiedź musi więc być powiązana z naszym sposobem myślenia. Z jakichś względów jedne dziedziny naszego życia życia potrafimy oddać we władanie rynkowego żywiołu, inne zaś chętniej przekazujemy państwu, stwierdzając, że to ono powinno się nimi zajmować.

Pozostaje tylko zadać ostatnie pytanie: na jakich przesłankach opieramy się wybierając szalę, na której położymy kamyczek?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (17):

Sortuj komentarze:

Teraz ja przepraszam za opóźnienie :)

"Jeśli chodzi o Twoją szkołę, to po prostu miałeś szczęście. Ciągle istnieją zapisy o rejonizacji, a wielu zdolniachów z kiepskich dzielnic po prostu nie ma lepszych szkół w bliższym otoczeniu."

Ja dojeżdżałem do swojego liceum przez pół Krakowa. Jakieś tam szczęście na pewno miałem, ale jednak w większości była to kwestia świadomego wyboru szkoły przeze mnie, za radą mamy. A jakieś szczęście to trzeba będzie zawsze mieć, niezależnie od tego jak będzie wyglądała oświata.

Zapisy o rejonizacji w przypadku podstawówek mają duży sens. Przy gimnazjach chyba rzeczywiście już raczej szkodzą.

"Właśnie to jest problem. Programy są zatwierdzane przez ministerstwo, a osoby, które je formułują z pewnością wiedzą jak ministerstwo działa. Ministerstwo pełni pozycję monopsonisty dla dostawców i monopolisty dla odbiorców, jest czymś w rodzaju wąskiego kanału w klepsydrze, blokującego swobodny przepływ ofert pomiędzy obiema stronami."

OK, zgoda, to może mieć negatywny wpływ na jakość tych programów.

"Ależ właśnie o tym. Nie chodzi o to czy karać tylko w jaki sposób. Teraz karą jest to, że taki uczeń musi wrócić do systemu, w którym broi. To tak jakby złodziej, który komuś obrabował mieszkanie, miał za karę z tą ofiarą zamieszkać."

"Wrócić do systemu"... to znowu tylko kwestia nazewnictwa. To umówmy się, że byłyby dwa niezależne systemy: system edukacji i system pomocy dla dzieci z problemami. Wtedy taki uczeń nie wracałby do systemu, tylko przechodził do tego drugiego.

"I to drugie zazwyczaj robi właśnie dlatego, że olał szkołę. W szkołach nie ma zazwczyaj boksu, a W-F jest notorycznie olewany i zastępowany piłką nożną czy koszykówką na osiedlowym boisku."

Ja nie twierdzę, że teraz państwowe szkoły dobrze zajmują się dziećmi z problemami. Ale w warunkach pełnej rynkowej konkurencji (gdy będą mogły jak każda firma wywiesić tabliczkę "tych klientów nie obsługujemy") tym bardziej tego nie będą robić. Więc trzeba jakiegoś systemu.

"Jeśli już coś z tym zrobić to przez ośrodki, które nie integrują na siłę (jak szkoły) tylko wpierw próbują wycisnąć jakiś potencjał z nastolatka (np. poprzez sport, dzieciaki rzeczywiście chętnie przyjdą na siłownię czy poboksować w klubie). Jeśli uda się w jakiś sposób ukształtować jego charakter - niech idzie do szkoły, nawet trochę później. Sam znajdzie drogę."

To wszystko o czym mówisz powinna wg mnie robić szkoła. I zgoda, że w przypadku trudnych dzieci nawet bardziej powinna się starać rozwinąć w kierunku, który ich interesuje, np. sporcie. Ale wydaje mi się, że przy pozytywnie nastawionej szkole zniesienie obowiązku szkolnego najgorzej odbiłoby się na dzieciach z jakichś patologicznych rodzin, których rodzice np. nie puszczają do szkoły.

"Problemem jest nie to, że nie są ciekawe świata tylko ich podejście do życia i otoczenia."

Trochę chyba idealizujesz. Nie jest też tak, że każdy jest ciekawy świata. Ludzie są różni.

"Nauka czytania to ostatnia umiejętność, do której potrzeba edukacji do 18 roku życia w środowisku, w którym jest się tylko czarną owcą."

Toteż nie mam zamiaru bronić wieku obowiązku szkolnego jak niepodległości. Ale takie, dajmy na to, 6 lat podstawówki, to w dzisiejszym świecie jednak absolutne minimum. Co do obowiązkowości gimnazjum nie mam zbyt wyrobionego zdania.

"Równanie w dół odbywa się na poziomie samych programów i decyzji na szczeblach kuratoriów i ministerstwa. Jeśli założysz, że liceum/technikum musi przejść 80% uczniów, a jednocześnie w systemie utrzymujesz na siłę jednostki zaniżające poziom, to automatycznie równasz w dół całość systemu. Tu oczywiście znów pojawia się problem monopolu w dostarczaniu programów. Doskonałym przykładem jest to, co dzieje się z maturą z matematyki. Już teraz jest ona jakąś parodią samej siebie, a przecież ma być obowiązkowa."

Zgoda. Ale jakby matura była układana przez uczelnie, a nie przez państwo, to tego problemu by nie było.

"Żaden przykład referendum nie zmieni samej natury referendum - czyli dyktatu większości narzucającej swoje preferencje dużej grupie pozostałych obywateli. Rynek zawsze będzie miał w tym względzie przewagę."

Jak wyznaczysz wiek, od którego seks z daną osobą nie jest uznawany za pedofilię? Jak ustalisz zakres obowiązywania prawa autorskiego? Jak ustalisz jakie wypowiedzi są pomówieniami, a jakie mieszczą się w zakresie wolności słowa? Jak ustalisz czy i pod jakimi warunkami aborcja powinna być legalna? Jak ustalisz co wolno robić po pijaku a co nie? Prowadzić samochód? Rower? Hulajnogę? Iść chodnikiem? Podjęcie jakiejkolwiek decyzji w którejkolwiek z tych spraw będzie oznaczało dyktat kogoś nad kimś. I ja wolę, żeby to był dyktat większości nad mniejszością, a nie odwrotnie. Jak byś chciał rozwiązać te wszystkie kwestie przy pomocy rynku?

"Przykłady Szwajcarii i Norwegii pokazują jedynie, że referenda lepiej działają w mniejszych społecznościach."

I dlatego jestem zwolennikiem decentralizacji. Ale tak czy inaczej, tak długo jak istnieje dane państwo, niektóre decyzje siłą rzeczy muszą być podejmowane centralnie. I nie ma tu alternatywy "centralnie czy lokalnie", jest tylko "zgodnie z wolą większości czy wbrew".

[głosowanie strategiczne przy więcej niż 2 opcjach]
"Zniekształca w stosunku do czego?"

W stosunku do sytuacji, w której każdy z wyborców głosowałby zgodnie ze swoimi faktycznymi przekonaniami.

"I tak do skutku, czyli do uzyskania "sensownego" rezultatu, jak z referendami w sprawie Konstytucji UE."

Nie nie, w żadnym wypadku. Dla mnie sensowny ustrój to taki, w którym wystarczającym warunkiem rozpisania wiążącego referendum jest zdobycie iluś tam podpisów. A z Konstytucją UE to jest farsa - bo jeśli zostanie przyjęta, to nie wiadomo mi nic o realnej oddolnej procedurze jej zmiany.

"Twoje mityczne "zniekształcenie" nie ma żadnego znaczenia, bo wedle tego rozumowania najlepszymi referendami byłyby te, w których podaje się jedną opcję. Wynik z pewnością nie byłby wtedy "zniekształcony"."

Nie, zasadnicza różnica jest właśnie między sytuacją z dwoma opcjami a sytuacją z trzema. Tak w skrócie: twierdzenie Gibbarda-Satterthwaite'a i twierdzenie Arrowa o niemożności.

"Mając dwie aletrnatywy ryzykujesz, że do referendum nie pójdą te osoby, które w żadnej z dwóch opcji nie widzą dobrego rozwiązania."

Zwykle referendum daje do wyboru: coś tam zmieniamy, albo zachowujemy status quo. Jeśli komuś nie odpowiada ani status quo, ani proponowane zmiany, to nie głosuje, a potem idzie zbierać podpisy za swoją propozycją.

"Głosowanie strategiczne przy wybieraniu którejś z wielu opcji jest znacznie lepsze, bo każdy ma szansę na bardziej precyzyjną kalkulację i dopasowanie swojego wyboru do wszelkich czynników, które uznał za ważne."

Głosowanie strategiczne właśnie kompletnie uniemożliwia jakąkolwiek kalkulację, bo nawet jeśli znamy preferencje wszystkich wyborców (co i tak jest już założeniem mocno optymistycznym) to i tak nie wiemy ilu z nich będzie głosować strategicznie, a ilu zgodnie z rzeczywistymi przekonaniami. Czyli po pierwsze wynik jest uzależniony od czynników pozamerytorycznych, a po drugie wyborca ma za mało danych, żeby policzyć jaką strategię powinien przyjąć.

"Może dlatego, że koszty transakcji przy zmianie operatora są nieporównywalnie niższe."

Na szczęście koszty zmiany państwa też są coraz mniejsze. I właśnie zwiększanie konkurencji między państwami jest dobrą drogą, a nie jakieś dogmatyczne narzekanie na centralnie podejmowane decyzje. Jak ktoś chce żyć w kraju, w którym państwo w wielu dziedzinach za niego decyduje - to dlaczego chcesz mu tego bronić?

"O ile relacja pomiędzy siecią komórkową i jej klientem jest dobrowolna, krótkotrwała i łatwa do zmiany, o tyle państwo jest jedyną grupą instytucji mających na danym obszarze rzeczywisty monopol na świadczenie niektórych usług i mogącą inicjować wobec obywatela działania siłowe."

Państwo ma monopol na niektóre usługi (bo inaczej te usługi nie miałyby żadnej wartości), a w zamian za to obywatele mają na nie jakiś wpływ. Moim zdaniem ciężko wymyślić lepszy układ.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chodzi o Twoją szkołę, to po prostu miałeś szczęście. Ciągle istnieją zapisy o rejonizacji, a wielu zdolniachów z kiepskich dzielnic po prostu nie ma lepszych szkół w bliższym otoczeniu.

"(...)
OIMW tworzenie programów nie jest zlecane, tylko ministerstwo je zatwierdza. A te programy i tak się specjalnie nie różnią (nawet przed zatwierdzeniem), więc nie widzę podstaw do twierdzenia, że stanowi to jakiś faktyczny problem (oprócz niepotrzebnej biurokracji, jak już pisałem).
(...)"

Właśnie to jest problem. Programy są zatwierdzane przez ministerstwo, a osoby, które je formułują z pewnością wiedzą jak ministerstwo działa. Ministerstwo pełni pozycję monopsonisty dla dostawców i monopolisty dla odbiorców, jest czymś w rodzaju wąskiego kanału w klepsydrze, blokującego swobodny przepływ ofert pomiędzy obiema stronami.

"(...)
Przecież nie o tym mowa, tylko o tym, że dla dowolnego X bezwartościowym argumentem jest "nie zabraniajmy X, bo i tak są ludzie, którzy to będą robić".
(...)"

Ależ właśnie o tym. Nie chodzi o to czy karać tylko w jaki sposób. Teraz karą jest to, że taki uczeń musi wrócić do systemu, w którym broi. To tak jakby złodziej, który komuś obrabował mieszkanie, miał za karę z tą ofiarą zamieszkać.

"(...)
Taki niechętny do nauki zbir może różnie wykorzystywać swoją energię - na robienie rozbojów lub na wyżywanie się na sali gimnastycznej. Może próbować imponować kolegom liczbą pobitych przez siebie osób albo wynikami w boksie. Bardziej jest opłacalne, żeby robił to drugie.
(...)"

I to drugie zazwyczaj robi właśnie dlatego, że olał szkołę. W szkołach nie ma zazwczyaj boksu, a W-F jest notorycznie olewany i zastępowany piłką nożną czy koszykówką na osiedlowym boisku. Szkoły to nie twierdze, w dodatku są doskonałym źródłem informacji o bezbronnych ofiarach. Zmuszanie agresywnych dzieciaków do przebywania w jeszcze bardziej frustrującej je szkole jest jak wpuszczanie rabusiów do archiwów zawierających szczegółowe informacje o majątkach sąsiadów. Jeśli już coś z tym zrobić to przez ośrodki, które nie integrują na siłę (jak szkoły) tylko wpierw próbują wycisnąć jakiś potencjał z nastolatka (np. poprzez sport, dzieciaki rzeczywiście chętnie przyjdą na siłownię czy poboksować w klubie). Jeśli uda się w jakiś sposób ukształtować jego charakter - niech idzie do szkoły, nawet trochę później. Sam znajdzie drogę.

"(...)
Zainteresowanie nauką przez daną osobę nie musi być stałe. Jak się uda kogoś czymś zainteresować, to dalsze zdobywanie wiedzy z danego tematu może zacząć mu sprawiać przyjemność. Osoba, która jest teraz zbirem, może być równocześnie osobą z potencjałem. I może się w pewnym momencie okazać, że dajmy na to, nie opłaca jej się kraść, bo zyskuje dużo więcej (w sensie finansowym, a może też w sensie zadowolenia) robiąc coś zgodnego z prawem.
(...)"

Zgoda! Tylko że taka osoba wymaga specjalnego traktowania. Te wszystkie "złe" dzieci mają własne zaintersowania - gry, muzykę, filmy. Problemem jest nie to, że nie są ciekawe świata tylko ich podejście do życia i otoczenia. Jeśli rzucisz je pomiędzy dzieciaki pozbawione większych problemów ze sobą, to nie zapewnisz im odpowiedniej opieki pedagogicznej. Kierowcy rajdowego nie zaczynasz szkolić od rzucenia go na tor, najpierw w ogóle musi nauczyć się prowadzić i z pewnością nie odbędzie się to w trakcie trwającego wyścigu.

"(...)
A już niezależnie od tego wszystkiego obowiązek szkolny pozwala założyć, że jeśli się komuś doręczy jakiś prosty tekst (np. wezwanie), to ta osoba jest w stanie go przeczytać ze zrozumieniem.
(...)"

Nauka czytania to ostatnia umiejętność, do której potrzeba edukacji do 18 roku życia w środowisku, w którym jest się tylko czarną owcą.

"(...)
Równanie w dół może mieć miejsce w obrębie klasy - jeśli są duże dysproporcje, to lepsi uczniowie zwykle tracą. W obrębie szkoły już dużo mniej - uczniowie z klas gorszych nie będą przeszkadzać tym lepszym w czasie lekcji, ani nie będą zaniżać poziomu. A na poziomie międzyszkolnym w ogóle - bo jakie ma znaczenie, że w tym samym sytemie edukacji są szkoły dla dobrych uczniów i szkoły dla takich z problemami?
(...)"

Równanie w dół odbywa się na poziomie samych programów i decyzji na szczeblach kuratoriów i ministerstwa. Jeśli założysz, że liceum/technikum musi przejść 80% uczniów, a jednocześnie w systemie utrzymujesz na siłę jednostki zaniżające poziom, to automatycznie równasz w dół całość systemu. Tu oczywiście znów pojawia się problem monopolu w dostarczaniu programów. Doskonałym przykładem jest to, co dzieje się z maturą z matematyki. Już teraz jest ona jakąś parodią samej siebie, a przecież ma być obowiązkowa.

"(....)
Patrzę na historię referendów w Norwegii (http://www.ssb.no/histstat/tabeller/25-25-8t.txt) i stwierdzam, że we wszystkich frekwencja wynosiła grubo ponad 50%. Weźmy choćby referendum z 1905 r., w którym Norwegowie wybierali, czy chcą aby ustrojem ich państwa była monarchia czy republika. Głosów za monarchią było 78,9% przy frekwencji 75,3%. Ciekawe jak uzasadnisz, że podjęta na szczeblu centralnym decyzja o koronowaniu monarchy zadowoliła niewielu. Wyniki z 1919 roku wskazują, że wprowadzenie prohibicji zadowoliło ok. 40 procent uprawnionych do głosowania, nie zadowoliło 25 procent uprawnionych, a 35 procentom zwisało kalafiorem. Znowu ciężko to nazwać decyzją, która "zadowalała niewielu", szczególnie że większość z osób głosujących najwyraźniej nie zmieniło swojego zdania przez 7 lat, skoro do 1926 r. liczba zwolenników prohibicji nie zmniejszyła się drastycznie.
(...)"

Żaden przykład referendum nie zmieni samej natury referendum - czyli dyktatu większości narzucającej swoje preferencje dużej grupie pozostałych obywateli. Rynek zawsze będzie miał w tym względzie przewagę.

"(...)
Na przykład taka niestabilna i targana konfliktami Szwajcaria, nie? Co za okropny kraj, w którym tyrania tłumu ma miejsce kilka razy do roku!
(...)"

Przykłady Szwajcarii i Norwegii pokazują jedynie, że referenda lepiej działają w mniejszych społecznościach. To nie jest dziwne, im większa liczba głosujących, tym koszty ewentualnych problemów wynikających z danej decyzji rozproszone zostają na większą liczbę podmiotów. W mniejszych społecznościach koszty będą odczuwalne mocniej i uczestnicy referendum mają silniejsze bodźce do zapoznania głębszego zapoznania się z problemem. Co nie zmienia faktu, że referendum to nadal referendum i wszelkie jego wady pozostają w mocy.

"(...)
Jest podatny w przypadku wyborów, gdyż głosowanie strategiczne przy więcej niż 2 opcjach zniekształca rezultaty.
(...)"

Zniekształca w stosunku do czego?

"(...)
Natomiast jeśli mamy referendum z 2 możliwościami, jedyne zniekształcenie może mieć miejsce, gdy dużo osób mimo popierania jednej z opcji nie weźmie udziału, myśląc że i tak jego opcja wygra. Tyle, że przy sensownym ustroju referendum można szybko powtórzyć, więc nie jest to zbyt istotny problem.
(...)"

I tak do skutku, czyli do uzyskania "sensownego" rezultatu, jak z referendami w sprawie Konstytucji UE. Twoje mityczne "zniekształcenie" nie ma żadnego znaczenia, bo wedle tego rozumowania najlepszymi referendami byłyby te, w których podaje się jedną opcję. Wynik z pewnością nie byłby wtedy "zniekształcony".

Mając dwie aletrnatywy ryzykujesz, że do referendum nie pójdą te osoby, które w żadnej z dwóch opcji nie widzą dobrego rozwiązania. Głosowanie strategiczne przy wybieraniu którejś z wielu opcji jest znacznie lepsze, bo każdy ma szansę na bardziej precyzyjną kalkulację i dopasowanie swojego wyboru do wszelkich czynników, które uznał za ważne.

"(...)
To nie był sarkazm, tylko analogia. Załóżmy, że rodzice kupią komuś w dzieciństwie komórkę w jakiejś sieci, i w związku z używaniem jej przez wiele lat dostanie jakieś tam ulgi. Jeśli jakość usług spada poniżej pewnego poziomu, to zwykle się nie traci czasu na narzekanie "och jaki jestem poszkodowany, że operator podejmuje centralnie decyzje, które mi nie odpowiadają", bo i tak to nic nie da, tylko korzysta ze swojej wolności i zmienia sieć na inną. Dlaczego z państwami miałoby być inaczej?
(...)"

Może dlatego, że koszty transakcji przy zmianie operatora są nieporównywalnie niższe.O ile relacja pomiędzy siecią komórkową i jej klientem jest dobrowolna, krótkotrwała i łatwa do zmiany, o tyle państwo jest jedyną grupą instytucji mających na danym obszarze rzeczywisty monopol na świadczenie niektórych usług i mogącą inicjować wobec obywatela działania siłowe. W ten sposób jedna grupa osób, np. w drodze referendum albo lobbingu, może stosować przymus wobec drugiej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Nie muszę też długo zastanawiać się by odpowiedzieć na pytanie czy szkoła, która może skupić się na wartościowych uczniach będzie o nich dbać lepiej niż taka, która musi ciągnąć za sobą narzucony balast. Zwłaszcza w warunkach konkurencji i walki o dobrych uczniów."

Ale rzecz w tym, że u mnie szkoła właśnie skupiała się na ludziach, którzy mieli ochotę i/lub zdolności by robić coś ponadprogramowo. Wprowadzenie do informatyki miałem na wyższym poziomie niż potem na studiach informatycznych. Osoby, które wyraźnie odstawały w dół, opuściły szybko klasę i szkołę, prawdopodobnie z korzyścią dla obu stron. Gdy wybierałem liceum, konkurencja wśród szkół też była, kilka z nich ewidentnie starało się w różny sposób ściągać dobrych uczniów. Bardzo mnie więc ciekawi, co mógłbym zyskać więcej.

"Oczywiście, że istnieje. Dostawcą programu dla mnie jest ministerstwo. Nie ma znaczenia, czy zleca opracowanie wielu podmiotom. Ja nie mogę tego programu od nich wziąć, muszę stosować ministerialny."

OIMW tworzenie programów nie jest zlecane, tylko ministerstwo je zatwierdza. A te programy i tak się specjalnie nie różnią (nawet przed zatwierdzeniem), więc nie widzę podstaw do twierdzenia, że stanowi to jakiś faktyczny problem (oprócz niepotrzebnej biurokracji, jak już pisałem).

"Z pewnością byłbym przeciwnikiem karania kradzieży poprzez przymusowe umieszczanie złodziei w moim domu."

Przecież nie o tym mowa, tylko o tym, że dla dowolnego X bezwartościowym argumentem jest "nie zabraniajmy X, bo i tak są ludzie, którzy to będą robić".

"Przecież takie szkoły mogą coś zdziałać z ludźmi niezwykłymi, mającymi potencjał ale nieprzystosowanymi, a nie ze zwykłymi zbirami."

Taki niechętny do nauki zbir może różnie wykorzystywać swoją energię - na robienie rozbojów lub na wyżywanie się na sali gimnastycznej. Może próbować imponować kolegom liczbą pobitych przez siebie osób albo wynikami w boksie. Bardziej jest opłacalne, żeby robił to drugie.

Zainteresowanie nauką przez daną osobę nie musi być stałe. Jak się uda kogoś czymś zainteresować, to dalsze zdobywanie wiedzy z danego tematu może zacząć mu sprawiać przyjemność. Osoba, która jest teraz zbirem, może być równocześnie osobą z potencjałem. I może się w pewnym momencie okazać, że dajmy na to, nie opłaca jej się kraść, bo zyskuje dużo więcej (w sensie finansowym, a może też w sensie zadowolenia) robiąc coś zgodnego z prawem.

A już niezależnie od tego wszystkiego obowiązek szkolny pozwala założyć, że jeśli się komuś doręczy jakiś prosty tekst (np. wezwanie), to ta osoba jest w stanie go przeczytać ze zrozumieniem.

"W jaki sposób społeczeństwo zyskuje na tym, że utrudnia się rozwój uczniom, którzy gdyby nie musieli uczestniczyć w równaniu w dół, otrzymaliby edukację na wyższym poziomie, tego nie rozumiem."

Równanie w dół może mieć miejsce w obrębie klasy - jeśli są duże dysproporcje, to lepsi uczniowie zwykle tracą. W obrębie szkoły już dużo mniej - uczniowie z klas gorszych nie będą przeszkadzać tym lepszym w czasie lekcji, ani nie będą zaniżać poziomu. A na poziomie międzyszkolnym w ogóle - bo jakie ma znaczenie, że w tym samym sytemie edukacji są szkoły dla dobrych uczniów i szkoły dla takich z problemami?

"Pomijając już to, że dyktatura tłumu to kiepski pomysł, wystarczy spojrzeć na frekwencję w referendach żeby stwierdzić, że to co piszesz nie za bardzo trzyma się kupy."

Patrzę na historię referendów w Norwegii (http://www.ssb.no/histstat/tabeller/25-25-8t.txt) i stwierdzam, że we wszystkich frekwencja wynosiła grubo ponad 50%. Weźmy choćby referendum z 1905 r., w którym Norwegowie wybierali, czy chcą aby ustrojem ich państwa była monarchia czy republika. Głosów za monarchią było 78,9% przy frekwencji 75,3%. Ciekawe jak uzasadnisz, że podjęta na szczeblu centralnym decyzja o koronowaniu monarchy zadowoliła niewielu. Wyniki z 1919 roku wskazują, że wprowadzenie prohibicji zadowoliło ok. 40 procent uprawnionych do głosowania, nie zadowoliło 25 procent uprawnionych, a 35 procentom zwisało kalafiorem. Znowu ciężko to nazwać decyzją, która "zadowalała niewielu", szczególnie że większość z osób głosujących najwyraźniej nie zmieniło swojego zdania przez 7 lat, skoro do 1926 r. liczba zwolenników prohibicji nie zmniejszyła się drastycznie.

"To fantastycznie. Pobawmy się w kolejny epizod tyranii tłumu. Wygenerujmy kolejny konflikt. Przecież zawsze można zorganizować nowe wybory."

Na przykład taka niestabilna i targana konfliktami Szwajcaria, nie? Co za okropny kraj, w którym tyrania tłumu ma miejsce kilka razy do roku!

"Nie ma żadnej różnicy, mechanizm narzucania woli większości (głosujących) działa dokładnie tak samo i nadal podatny jest na przechwycenie przez dobrze zorganizowaną mniejszość."

Jest podatny w przypadku wyborów, gdyż głosowanie strategiczne przy więcej niż 2 opcjach zniekształca rezultaty. Natomiast jeśli mamy referendum z 2 możliwościami, jedyne zniekształcenie może mieć miejsce, gdy dużo osób mimo popierania jednej z opcji nie weźmie udziału, myśląc że i tak jego opcja wygra. Tyle, że przy sensownym ustroju referendum można szybko powtórzyć, więc nie jest to zbyt istotny problem.

"Problem z sarkazmem jest taki, że rzadko kto używa go dobrze."

To nie był sarkazm, tylko analogia. Załóżmy, że rodzice kupią komuś w dzieciństwie komórkę w jakiejś sieci, i w związku z używaniem jej przez wiele lat dostanie jakieś tam ulgi. Jeśli jakość usług spada poniżej pewnego poziomu, to zwykle się nie traci czasu na narzekanie "och jaki jestem poszkodowany, że operator podejmuje centralnie decyzje, które mi nie odpowiadają", bo i tak to nic nie da, tylko korzysta ze swojej wolności i zmienia sieć na inną. Dlaczego z państwami miałoby być inaczej?

Komentarz został ukrytyrozwiń

"(...)
Ty też nie masz żadnego porównania, a jesteś święcie przekonany, że mój proces edukacyjny w innej sytuacji lepiej by wyglądał - mimo że niewiele o nim wiesz. I nie napisałeś co _konkretnie_ bym zyskał - tylko ogólne blabla, że wierzysz, że taki system edukacji byłby lepszy, więc na pewno byłoby mi lepiej.
(...)"

Nie w "innej", tylko w konkretnej. Nie potrzebuję przeprowadzać doświadczenia by stwierdzić, że jeśli skoczę z 10 piętra, to może być ze mną kiepsko. Nie muszę też długo zastanawiać się by odpowiedzieć na pytanie czy szkoła, która może skupić się na wartościowych uczniach będzie o nich dbać lepiej niż taka, która musi ciągnąć za sobą narzucony balast. Zwłaszcza w warunkach konkurencji i walki o dobrych uczniów.

"(...)
No właśnie, nie ma "problemu jednego dostawcy".
(...)"

Oczywiście, że istnieje. Dostawcą programu dla mnie jest ministerstwo. Nie ma znaczenia, czy zleca opracowanie wielu podmiotom. Ja nie mogę tego programu od nich wziąć, muszę stosować ministerialny.

"(...)
Skoro to jest dla Ciebie przekonywujący argument, to w takim razie też jesteś przeciwnikiem karania kradzieży, tak? Przecież to że nie wolno kraść nie znaczy, że nikt nie kradnie.
(...)"

Z pewnością byłbym przeciwnikiem karania kradzieży poprzez przymusowe umieszczanie złodziei w moim domu.

"(...)
Jeśli trafi do specjalnej szkoły dla uczniów z podobnymi jak on problemami, to nie będzie przeszkadzał porządnym uczniom, i będzie miał mniej okazji żeby stwarzać problemy na ulicy. I jest szansa, że coś go w tej szkole zainteresuje.
(...)"

Przecież takie szkoły mogą coś zdziałać z ludźmi niezwykłymi, mającymi potencjał ale nieprzystosowanymi, a nie ze zwykłymi zbirami. Tyle, że tacy inteligentni ale trudni sami się garną do odpowiednich placówek, więc obowiązek szkolny w ich przypadku to już zupełnie zbędna instytucja:

http://serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,52306,522401.html

"(...)
Niektórych rzeczy się uczą, choćby się bronili przed tym rękami i nogami. A przy odpowiednim doborze programu na tej nauce zyska zarówno taki uczeń jak i społeczeństwo.
(...)"

W jaki sposób społeczeństwo zyskuje na tym, że utrudnia się rozwój uczniom, którzy gdyby nie musieli uczestniczyć w równaniu w dół, otrzymaliby edukację na wyższym poziomie, tego nie rozumiem.

"(...)
Ale to nie ma znaczenia. Jeśli mamy pełną swobodę sprzedaży alkoholu, a większość obywateli opowiada się w referendum za zakazem, to bez wątpienia oczekują oni centralnej ingerencji, nawet jeśli ich poglądy na ten temat różnią się w kwestiach szczegółowych. Po takim referendum wszyscy głosujący za będą zadowoleni, że prawo zmieniło się zgodnie z ich oczekiwaniami. Jakby nie uważali, że taka zmiana będzie pozytywna, to by nie głosowali.
(...)"

Pomijając już to, że dyktatura tłumu to kiepski pomysł, wystarczy spojrzeć na frekwencję w referendach żeby stwierdzić, że to co piszesz nie za bardzo trzyma się kupy. Na rynku preferencje innych Cię nie obowiązują, w procesie politycznym obowiązuje Cię widzimisię tłumu. Co więcej, mniejszość może narzucić swoją wolę większości, przecież do urn chodzi połowa lub mniej obywateli. Gdyby wybór odbywał się poprzez proces rynkowy, nie wchodziliby sobie w drogę. Proces polityczny działa inaczej, generuje konflikt interesów na poziomie samej konstrukcji.

"(...)
Wtedy obywatele wnoszą o nowe referendum. Proste.
(...)"

To fantastycznie. Pobawmy się w kolejny epizod tyranii tłumu. Wygenerujmy kolejny konflikt. Przecież zawsze można zorganizować nowe wybory.

"(...)
Nie bez powodu podałem przykład referendum, a nie wyborów.
(...)"

Nie bez powodu piszę "proces polityczny" dla określenia obu. Nie ma żadnej różnicy, mechanizm narzucania woli większości (głosujących) działa dokładnie tak samo i nadal podatny jest na przechwycenie przez dobrze zorganizowaną mniejszość.

"(...)
Tak jak nie musisz kupować jakiegoś samochodu, tak samo nie musisz żyć w kraju, którego ustrój Ci nie odpowiada.
(...)"

Na całe szczęście nie muszę.

"(...)
Och, ja też jestem poszkodowany, bo chciałbym mieć abonament komórkowy za złotówkę, ale bez konieczności wiązania się z operatorem na parę lat.
(...)

Problem z sarkazmem jest taki, że rzadko kto używa go dobrze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"A porównałeś to z czym? Nie miałeś żadnego porównania. To tak jakbyś powiedział, że Twój sprzęt audio daje zadowalającą jakość dźwięku bez porównania ze sprzętem lepszym. W tym wypadku lepszą alternatywą jest szkoła, która nie ciągnie za sobą balastu tylko wszystkie swoje zasoby kieruje na uczniów, którzy są tego warci."

Ty też nie masz żadnego porównania, a jesteś święcie przekonany, że mój proces edukacyjny w innej sytuacji lepiej by wyglądał - mimo że niewiele o nim wiesz. I nie napisałeś co _konkretnie_ bym zyskał - tylko ogólne blabla, że wierzysz, że taki system edukacji byłby lepszy, więc na pewno byłoby mi lepiej.

"Jeśli niczym istotnym się nie różnią, to nie ma problemu, prawda?"

No właśnie, nie ma "problemu jednego dostawcy".

"Poza tym program to nie tylko fizyka, to całe proporcje pomiędzy przedmiotami. Możliwość stworzenia klasy z minimalną biologią albo minimalną geografią by w większym stopniu nastawić się na matematykę czy fizykę. I na odwrót."

Takie klasy istnieją. Ilość spędzonego przeze mnie czasu na nauce biologii czy geografii była minimalna.

"Czyli ministerialne zatwierdzanie programów jest niepotrzebne."

Z tym się zgodziłem parę postów temu. Ale dla mnie priorytetem jest, aby wprowadzać rozwiązania poprawiające sytuację. Usuwanie rzeczy niepotrzebnych i nieszkodliwych ma dużo mniejsze znaczenie.

"To, że ma obowiązek pójścia do szkoły nie oznacza, że tam jest"

Skoro to jest dla Ciebie przekonywujący argument, to w takim razie też jesteś przeciwnikiem karania kradzieży, tak? Przecież to że nie wolno kraść nie znaczy, że nikt nie kradnie.

"a skoro już się tam znajdzie, to nie znaczy, że wśród uczniów szkodzi mniej niż na zewnątrz"

Jeśli trafi do specjalnej szkoły dla uczniów z podobnymi jak on problemami, to nie będzie przeszkadzał porządnym uczniom, i będzie miał mniej okazji żeby stwarzać problemy na ulicy. I jest szansa, że coś go w tej szkole zainteresuje.

"Przecież obowiązek szkolny nie sprawia, że zajmują się czymś pożytecznym (po prostu się nie uczą)"

Niektórych rzeczy się uczą, choćby się bronili przed tym rękami i nogami. A przy odpowiednim doborze programu na tej nauce zyska zarówno taki uczeń jak i społeczeństwo.

"Nie. Po pierwsze, referendum da do wyboru tylko dwie odpowiedzi (z tysięcy możliwych)"

Ale to nie ma znaczenia. Jeśli mamy pełną swobodę sprzedaży alkoholu, a większość obywateli opowiada się w referendum za zakazem, to bez wątpienia oczekują oni centralnej ingerencji, nawet jeśli ich poglądy na ten temat różnią się w kwestiach szczegółowych. Po takim referendum wszyscy głosujący za będą zadowoleni, że prawo zmieniło się zgodnie z ich oczekiwaniami. Jakby nie uważali, że taka zmiana będzie pozytywna, to by nie głosowali.

"zadowolenie zniknie gdy prawdziwe konsekwencje takiej decyzji wyjdą na jaw"

Wtedy obywatele wnoszą o nowe referendum. Proste.

"W ostatnich wyborach głosowałem ale i tak nie jestem zadowolony, że przebiegły po mojej myśli."

Nie bez powodu podałem przykład referendum, a nie wyborów.

"Nawet jeśli jednak zagłosują na ten czy inny samochód, ja nie muszę takiego samego samochodu kupować."

Tak jak nie musisz kupować jakiegoś samochodu, tak samo nie musisz żyć w kraju, którego ustrój Ci nie odpowiada.

"Gdy podejmuje się decyzje centralnie, obejmując nimi wszystkich, zawsze są poszkodowani, którzy podlegają decyzji, której podlegać nie chcą."

Och, ja też jestem poszkodowany, bo chciałbym mieć abonament komórkowy za złotówkę, ale bez konieczności wiązania się z operatorem na parę lat.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"(...)
Ale ja nie widzę żadnego istotnego ich wpływu na moją edukację.
(...)"

A porównałeś to z czym? Nie miałeś żadnego porównania. To tak jakbyś powiedział, że Twój sprzęt audio daje zadowalającą jakość dźwięku bez porównania ze sprzętem lepszym. W tym wypadku lepszą alternatywą jest szkoła, która nie ciągnie za sobą balastu tylko wszystkie swoje zasoby kieruje na uczniów, którzy są tego warci.

"(...)
Ten rzeczoznawca oceniał więc programy od różnych "dostawców". I stwierdzał, że niczym istotnym się nie różnią. Wychodzi więc, że w przypadku programów nauczania liczba dostawców nie ma specjalnego znaczenia, bo opinie jak np. powinien wyglądać program nauczania fizyki są dosyć zbieżne.
(...)"

Jeśli niczym istotnym się nie różnią, to nie ma problemu, prawda? Poza tym program to nie tylko fizyka, to całe proporcje pomiędzy przedmiotami. Możliwość stworzenia klasy z minimalną biologią albo minimalną geografią by w większym stopniu nastawić się na matematykę czy fizykę. I na odwrót.

"(...)
Czyli tak jak napisałem, usunięcie wymogu ministerialnego zatwierdzania programów sytuacji w edukacji nie poprawi.
(...)"

Czyli ministerialne zatwierdzanie programów jest niepotrzebne.

"(...)
Ale jak powiesz mu "rób co chcesz", to właśnie będzie stanowił z czasem coraz większy problem dla wszystkich.
(...)"

Nie ma podstaw by tak twierdzić. Uczeń nie będący w rzeczywistości uczniem jest dokładnie takim samym, a nawet większym, problemem. To, że ma obowiązek pójścia do szkoły nie oznacza, że tam jest, a skoro już się tam znajdzie, to nie znaczy, że wśród uczniów szkodzi mniej niż na zewnątrz. Przeciwnie. Poza szkołą, jeśli jest huliganem to po prostu jest huliganem. Szkodzi ale rzadko zdobywa towarzyszy wśród dzieci odpowiedzialnych rodziców, bo te siedzą w szkole. Obowiązek szkolny sprawia jedynie, że ten sam zbir szkodzi także w szkole, wystawiamy na kontakt z nim dzieci, z którymi być może nie powinien w ogóle mieć kontaktu. Pozwalamy mu szkodzić zarówno poza szkołą jak i na jej terenie, co długofalowo daje skutki znacznie poważniejsze. Jeśli jakaś osoba przeszkadza w nauce innym dzieciom, to dzieci te tracą nie tylko czas, który mogły poświęcić na swoją naukę ale także wszystkie przyszłe korzyści, które wynikłyby z tego, że uczyły się w lepszych warunkach. To jest proces ciągły, w którym zarówno korzyści jak i straty kumulują się z czasem. Jeden mały błąd czy przeszkoda odcina od całego zbioru szans, jedna godzina nauki więcej może dać dostęp do wielu szans nowych. Albo traktujemy szkołę jak inwestycję albo jak poprawczak.

"(...)
Potrzebny jest więc jakiś system, który sprawi, że przynajmniej część z takich uczniów z problemami zajmie się czymś pożytecznym.
(...)"

Przecież obowiązek szkolny nie sprawia, że zajmują się czymś pożytecznym (po prostu się nie uczą), sprawia natomiast, że ci, którzy chcieliby się zająć robią to z większym trudem.

"(...)
Nieprawda. Jeśli większość wypowie się w referendum np. za zakazem sprzedaży alkoholu, to siłą rzeczy zadowolonych z centralnego wprowadzenia prohibicji będzie więcej niż niezadowolonych.
(...)"

Nie. Po pierwsze, referendum da do wyboru tylko dwie odpowiedzi (z tysięcy możliwych), po drugie, zadowolenie zniknie gdy prawdziwe konsekwencje takiej decyzji wyjdą na jaw. W ostatnich wyborach głosowałem ale i tak nie jestem zadowolony, że przebiegły po mojej myśli. Nie było opcji, która by mnie zadowoliła. To jest właśnie problem z politycznym trybem podejmowania decyzji. Na rynku moje preferencje mogą być zupełnie inne niż preferencje milionów innych osób. Nawet jeśli jednak zagłosują na ten czy inny samochód, ja nie muszę takiego samego samochodu kupować. Gdy podejmuje się decyzje centralnie, obejmując nimi wszystkich, zawsze są poszkodowani, którzy podlegają decyzji, której podlegać nie chcą.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Jako osoba ciekawa świata traciłeś możliwość uczestniczenia w edukacji, która nie musi ciągnąć za sobą bagażu kiepskich decyzji rodziców innych dzieci."

Ale ja nie widzę żadnego istotnego ich wpływu na moją edukację. Największą zaletą mojej szkoły było to, że dawała mi możliwość realizacji swoich zainteresowań poza lekcjami i na tym, że poziom nauczania przedmiotów związanych z profilem klasy był stosunkowo wysoki (jak na moją wiedzę/umiejętności). Oczywiście nie było idealnie, ale problemy były lokalne, a nie spowodowane całym systemem. Dlatego nie wydaje mi się, żeby jakakolwiek zmiana systemu edukacji coś w takiej sytuacji poprawiła.

"Ciekaw jestem czy np. przy braku istnienia państwowej matury wypracowany zostałby jakiś międzyuczelniany standard egzaminu."

Wydaje mi się, że taki standard nie opłaca się uczelniom, natomiast opłaca się studentom. Chyba dość typową sytuacją jest, że jest uczelnia A, gdzie dany kierunek studiów jest na wyższym poziomie niż na uczelniach B, C i D. W przypadku egzaminów wstępnych w interesie tych gorszych uczelni jest zrobić egzamin wstępny np. w tym samym czasie, co na uczelni A. Bo wtedy kandydaci zdolni, ale mniej wierzący w swoje siły wybiorą egzamin do B, C czy D, zamiast do A. Traci więc część zdolnych studentów (trafiają na kierunki niedostosowane do ich poziomu) i dobre uczelnie (tracą część zdolnych studentów), zyskują natomiast kiepskie uczelnie.

"Nie rozumiem trochę jak może być "za dużo programów". Wybierasz jakiś wariant i realizujesz."

To była odpowiedź na zarzut, że "dostawca programów jest jeden". Ocena programu jest dokonywana jeszcze zanim staną się one zatwierdzonymi państwowymi programami. Ten rzeczoznawca oceniał więc programy od różnych "dostawców". I stwierdzał, że niczym istotnym się nie różnią. Wychodzi więc, że w przypadku programów nauczania liczba dostawców nie ma specjalnego znaczenia, bo opinie jak np. powinien wyglądać program nauczania fizyki są dosyć zbieżne. Czyli tak jak napisałem, usunięcie wymogu ministerialnego zatwierdzania programów sytuacji w edukacji nie poprawi.

"Owszem, może być problemem ale zauważ, że przy wagarującym uczniu, który olewa naukę i nie wie po co chodzi do szkoły, można przynajmniej sprawić, że nie będzie kłopotem dla innych uczniów. Dla otoczenia pozaszkolnego jest tak czy inaczej."

Ale jak powiesz mu "rób co chcesz", to właśnie będzie stanowił z czasem coraz większy problem dla wszystkich. Potrzebny jest więc jakiś system, który sprawi, że przynajmniej część z takich uczniów z problemami zajmie się czymś pożytecznym.

"Wtedy sprawiasz jedynie, że w programach nie ma światopoglądowej różnorodności, pozostaje tylko spojrzenie osób układających minima."

Przecież minima w żaden sposób nie ograniczają co będzie uczone poza nimi. Takie np. szkoły katolickie przecież dobrze sobie radzą. A za "światopoglądową różnorodnością" polegającą na pomijaniu istotnych faktów to ja nie tęsknię.

"Z decyzjami na szczeblu centralnym zawsze jest ten problem - obejmują wszystkich, więc zadowalają niewielu."

Nieprawda. Jeśli większość wypowie się w referendum np. za zakazem sprzedaży alkoholu, to siłą rzeczy zadowolonych z centralnego wprowadzenia prohibicji będzie więcej niż niezadowolonych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przepraszam za opóźnienie.

"(...)
W jaki sposób traciłem? Co konkretnie bym zyskał?
(...)"

Jako osoba ciekawa świata traciłeś możliwość uczestniczenia w edukacji, która nie musi ciągnąć za sobą bagażu kiepskich decyzji rodziców innych dzieci.

"(...)
Ale zauważ, że fiński system ma zarówno krytykowany przez Ciebie obowiązek szkolny jak i państwową maturę.
(...)"

Wiesz, o ideałach mogę mówić tylko w kontekście celu. Zawsze jeden krok w jego kierunku jest OK. Ciekaw jestem czy np. przy braku istnienia państwowej matury wypracowany zostałby jakiś międzyuczelniany standard egzaminu.

"(...)
Jeśli chodzi o programy, to spotkałem się z przeciwstawną opinią, doktora fizyki, który jest rzeczoznawcą oceniającym programy z tego przedmiotu. Twierdził on, że programów jest za dużo - z grubsza wiadomo co powinien zawierać program nauczania fizyki w liceum, i każdy opisuje mniej więcej to samo innymi słowami.
(...)"

Nie rozumiem trochę jak może być "za dużo programów". Wybierasz jakiś wariant i realizujesz.

"(...)
Bo jeśli ktoś przeszkadzał w nauce, to po wyrzuceniu ze szkoły nie wyparuje ze społeczeństwa, i nadal będzie potencjalnym źródłem problemów dla innych.
(...)"

Owszem, może być problemem ale zauważ, że przy wagarującym uczniu, który olewa naukę i nie wie po co chodzi do szkoły, można przynajmniej sprawić, że nie będzie kłopotem dla innych uczniów. Dla otoczenia pozaszkolnego jest tak czy inaczej.

"(...)
Nie podoba mi się też wizja szkół pomijających w programie nauczania jakieś istotne naukowe fakty, które np. nie pasują światopoglądowo właścicielowi szkoły. Do takich rzeczy potrzebne jest właśnie jakieś minimum programowe.
(...)"

Wtedy sprawiasz jedynie, że w programach nie ma światopoglądowej różnorodności, pozostaje tylko spojrzenie osób układających minima. Z decyzjami na szczeblu centralnym zawsze jest ten problem - obejmują wszystkich, więc zadowalają niewielu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"No ale Ty byłeś jedną z tych osób, które traciły na tym, że system jest jaki jest. Bo własnie dla ciekawych świata mógłby być znacznie lepszy gdyby nie ciągnął niepotrzebnego bagażu."

W jaki sposób traciłem? Co konkretnie bym zyskał?

"Dobrze sobie radzić wydaje się system fiński ale on jest silnie zdecentralizowany i pozwala na dużą swobodę w kształtowaniu programu."

To warto mu się przyjrzeć. Wg mnie dużo lepiej kopiować odpowiadające nam sprawdzone rozwiązania, ulepszając je i dostosowując do lokalnej specyfiki, niż wymyślać od zera. Ja jestem jak najbardziej za decentralizacją i swobodą kształtowania programu (z zachowaniem minimum programowego). Ale zauważ, że fiński system ma zarówno krytykowany przez Ciebie obowiązek szkolny jak i państwową maturę.

"Przy obecnym kształcie systemu do tego w zasadzie sprowadza się obowiązek edukacyjny. Dostawca programów jest jeden, szkoły też mają dość sztywne zasady działania. Eksperymentów jak na lekarstwo, zresztą po co ktoś miałby próbować czegoś nowego?"

Jeśli chodzi o programy, to spotkałem się z przeciwstawną opinią, doktora fizyki, który jest rzeczoznawcą oceniającym programy z tego przedmiotu. Twierdził on, że programów jest za dużo - z grubsza wiadomo co powinien zawierać program nauczania fizyki w liceum, i każdy opisuje mniej więcej to samo innymi słowami. Ja się zgadzam, że ministerialne zatwierdzanie programów nauczania nie jest specjalnie potrzebne, ale usunięcie tego wymogu sytuacji w edukacji nie poprawi (nie licząc pozytywnego kroku w kierunku zmniejszenia biurokracji).

Miejsce na eksperymenty jest nie w programach, tylko w formie nauczania. Wszyscy nauczyciele, których uważam za bardzo dobrych, potrafili zainteresować. I nie widzę, żeby program nauczania ich w jakikolwiek sposób ograniczał.

"Jest to niepotrzebne obciążenie dla uczelni, dodatkowo skłaniające je do "ułatwiania" przenosin kiepskich studentów ze studiów dziennych na zaoczne i obniżające poziom studiów płatnych, które lepszą opinię tak naprawdę zaczynają zyskiwać w wyniku rozwoju uczelni prywatnych."

A to jest spowodowane niezdrową relacją między bezpłatnymi a płatnymi studiami. Nie wiem czy wszystkie studia powinny być płatne, ale na pewno darmowe studia z kierunków, które z marszu dają pracę z zarobkami powyżej średniej krajowej (np. informatyka) to jakiś bezsens.

"Problem z tym, że nie do końca tak jest. O ile wiem, nie można egzaminować ponownie z przedmiotu już zdanego na maturze, więc pojawiają się takie kurioza, jak egzamin z "umiejętności logicznego myślenia" (matematyka)."

Jeśli tak to wygląda, to ja się zgadzam - zabranianie uczelniom egzaminowania z czegokolwiek to idiotyzm.

"Bo "odpowiednio zorganizować" to po prostu nie dopuścić do tego, by ktoś komuś przeszkadzał w nauce i przenosił do szkoły rodzinne i osiedlowe problemy. Póki co rzecz polega tylko na przenoszeniu dzieciaka z jednej szkoły do drugiej."

Tego typu przypadki to wg mnie typowe sytuacje wymagające systemowego, skoordynowanego działania. Bo jeśli ktoś przeszkadzał w nauce, to po wyrzuceniu ze szkoły nie wyparuje ze społeczeństwa, i nadal będzie potencjalnym źródłem problemów dla innych. Nie znam się, więc nie będę wymyślał rozwiązań, ale jestem przekonany, że coś z tym trzeba robić.

"Ale chodzi o pozostawienie alternatywy, możliwość stworzenia osobnego programu, na który bon nie może zostać zużyty ale który może zostać wybrany tak czy inaczej."

Uważam, że nie powinno być szkół w których nie ma np. wychowania seksualnego - jego brak powoduje zbyt wiele negatywnych skutków (niechciane ciąże, aborcje, porzucane dzieci, nieodpowiedzialni rodzice...). Nie podoba mi się też wizja szkół pomijających w programie nauczania jakieś istotne naukowe fakty, które np. nie pasują światopoglądowo właścicielowi szkoły. Do takich rzeczy potrzebne jest właśnie jakieś minimum programowe.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"(...)
Ja miałem. W czasach liceum często mnie musiał woźny wieczorami wyganiać z pracowni komputerowej. Poza tym były różne kółka zainteresowań, które poszerzyły moją wiedzę. I kontakt z mądrzejszymi ode mnie też mi sporo dał.
(...)"

No ale Ty byłeś jedną z tych osób, które traciły na tym, że system jest jaki jest. Bo własnie dla ciekawych świata mógłby być znacznie lepszy gdyby nie ciągnął niepotrzebnego bagażu.

"(...)
Czy uważasz, że dzieci, których rodzice zupełnie o nie nie dbają (ci co dbają wyślą je tak czy inaczej do jakiejś szkoły) będą miały większe możliwości rozwoju zainteresowań w domu niż w szkole?
(...)"

Zależy jakim domu i zależy w jakiej szkole. Mogę spokojnie wskazać zainteresowania, na które poświęcałbym więcej czasu w domu gdyby nie szkoła. Poza tym nie rozumiem skąd to "albo - albo".

"(...)
Chętnie poznam jakieś badania dotyczące wtórnego analfabetyzmu. Bo wszyscy się na nie powołują, a ja nie wiem jaką zastosowano w nich metodologię. I czy w ogóle miały miejsce. :)
(...)"

Nie doszukałem się ale podobne sygnały płyną nie tylko z Polski. Dobrze sobie radzić wydaje się system fiński ale on jest silnie zdecentralizowany i pozwala na dużą swobodę w kształtowaniu programu. Tak przynajmniej było dwa lata temu według artykułu z "The Economist".

"(...)
Jakiego znowu jednego dostawcę?
(...)"

Przy obecnym kształcie systemu do tego w zasadzie sprowadza się obowiązek edukacyjny. Dostawca programów jest jeden, szkoły też mają dość sztywne zasady działania. Eksperymentów jak na lekarstwo, zresztą po co ktoś miałby próbować czegoś nowego?

"(...)
Za czasów, kiedy egzaminy wstępne były powszechne też było sporo kierunków z mocnym odsiewem po pierwszym semestrze. Każdy może się łatwo dowiedzieć jak to wygląda na kierunku na który chce iść, i podjąć świadomą decyzję.
(...)"

Ale teraz zjawisko się nasiliło. Jest to niepotrzebne obciążenie dla uczelni, dodatkowo skłaniające je do "ułatwiania" przenosin kiepskich studentów ze studiów dziennych na zaoczne i obniżające poziom studiów płatnych, które lepszą opinię tak naprawdę zaczynają zyskiwać w wyniku rozwoju uczelni prywatnych. To nie jest zdrowe.

"(...)
A jeśli jakaś uczelnia uzna, że ma zupełnie inne wymagania niż cała reszta, to przecież nikt jej nie broni zorganizować egzamin wstępny.
(...)"

Problem z tym, że nie do końca tak jest. O ile wiem, nie można egzaminować ponownie z przedmiotu już zdanego na maturze, więc pojawiają się takie kurioza, jak egzamin z "umiejętności logicznego myślenia" (matematyka). Uczelnie nie bez powodu tworzą obejścia i nie bez powodu poziom pierwszoroczniaków się obniża.

"(...)
Jeśli się to odpowiednio zorganizuje, to nie będą obniżać poziomu edukacji innych uczniów. Tzn. może i będą zaniżać ogólnokrajową średnią, ale średnia jest akurat mało ważna. Grunt, żeby nie przeszkadzali innym uczniom w zdobywaniu wiedzy.
(...)"

No właśnie "jeśli się to odpowiednio zorganizuje" to znaczy wykręci się system na lewą stronę. Bo "odpowiednio zorganizować" to po prostu nie dopuścić do tego, by ktoś komuś przeszkadzał w nauce i przenosił do szkoły rodzinne i osiedlowe problemy. Póki co rzecz polega tylko na przenoszeniu dzieciaka z jednej szkoły do drugiej.

"(...)
Przecież wyznaczenie takiego egzaminu, od którego uzależnione byłoby finansowanie bonami, to nic innego jak wyznaczenie minimum edukacyjnego.
(...)"

Ale chodzi o pozostawienie alternatywy, możliwość stworzenia osobnego programu, na który bon nie może zostać zużyty ale który może zostać wybrany tak czy inaczej. Zresztą każdy krok w kierunku decentralizacji, odbiurokratyzowania, urynkowienia będzie OK. Krok po kroku okazałoby się ile jest warte państwo w edukowaniu swoich obywateli.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.