Sięgając po trzeci tytuł
Kronik Żelaznego Druida, musiałem zapoznać się z dwoma poprzednimi i to nie tylko, by zrozumieć gatunek literacki fantasy, Kevina Hearne'a. Zrozumieć dlatego, że jestem miłośnikiem literatury faktu, ale także z czystego obowiązku dziennikarskiego, zachęcając czytelników do zapoznania się przygodami druida Atticus O'Sullivana.

A życie Atticusa jest przebogate, zwłaszcza jego łatwość popadania w kłopoty, i kiedy już się z nich wygrzebuje, wpada w następne, bo jak sam to komentuje: "Ja to chyba spadam z deszczu pod rynnę".
"Między młotem a piorunem" jest kolejnym tego odzwierciedleniem. A co jest tego powodem? Współpraca z wampirami, wiedźmami czy wilkołakami ma w tym świecie fantasy swoje plusy i minusy, bo jakże korzystając z usług takich "współpracowników", można odmówić im następnie pomocy? Tak też się sprawa przedstawia z naszym wiekowym druidem, ba, milenijnym, Irlandczykiem Atticusem.
Wraz z pierwszymi stronami książki podróżujemy z naszym bohaterem na grzbiecie wielgachnej wiewiórki Ratatoska, do Asgardu w nordyckiej krainie bogów. Cel, to wykradzenie złotego jabłka, bogini młodości Idunn. Zadanie, będące podziękowaniem dla indyjskiej wiedźmy Lakshy, zostaje zrealizowane, aczkolwiek nie bez problemów i strat. Podczas wyprawy monstrualny, łatwowierny Ratatosk zostaje unicestwiony przez Norny, co powoduje w Atticusie poczucie winy i chęć zemsty.
Zresztą do Asgardu główny bohater powróci, tym razem w towarzystwie wampira i wilkołaka oraz trzech innych "obieżyświatów" wraz z kompanią lodowego ludu. Wszyscy chętni przygód i zemsty, a dla Atticusa to kolejna eskapada, pakująca go w kolejne kłopoty. Wyprawę tę odradzał mu sam Jezus, który pewnego dnia stanął na jego drodze. A starał mu się ową eskapadę wyperswadować w dość namacalny sposób. Jednak dla ostatniego druida raz dane słowo to sprawa honoru.