Facebook Google+ Twitter

Szczęście walnięte młotkiem

Najpierw są rozpalone do czerwoności, by w efekcie stać się zimne jak lód...i jeszcze na dodatek mają przynieść nam szczęście. O tym jak się robi szczęście i o tym, że każdy jest z zawodu kowalem, rozmawiam z nikim innym jak z... kowalem właśnie.

Mała pomoc nie zaszkodzi... / Fot. Michał HodurekI tu pocieszenie dla studentów, nie tylko oni muszą kuć! Grzegorz Grubel kuje całe życie, chociaż do szkoły nie chodzi. Nie narzeka. Spotykam go na krakowskim rynku, podczas wielkanocnego kiermaszu. W prowizorycznej małej kuźni widać rozpalony żar. Słychać stukot metalu o metal...

Jest pan szczęściarzem? W końcu tyle podków pan w życiu już zrobił...
- Nie narzekam i z tego co widzę jestem jedną z niewielu osób, która jest optymistycznie nastawiona do życia. Chyba jestem szczęściarzem...

W domu też ma pan rozwieszone podkowy?
- Szczególnie w kuźni, ale i w domu się wszędzie przewijają, więc to jest nieodłączny element mojego życia, tym bardziej, że zajmuję się kuciem koni i stąd się wzięła ta przygoda z podkowami.

Pewnie rodzina i przyjaciele też są nimi obdarowywani przez pana?
- Wszyscy w rodzinie i wszyscy przyjaciele już mają. A jeśli ktoś już ma, to głupio mu drugi raz dawać (śmiech). Dlatego robię im przeważnie jakieś świeczniki, wieszaki i inne gadżety. Ogólnie myślę, że podkowa jest miły prezentem, tym bardziej jeśli się jeszcze na niej wypisze jakieś życzenia czy cokolwiek, to jest to miłe. To jest tak naprawdę symbol, który obowiązuje na całym świecie. Tak się składa, że nie ma kawałka ziemi, dla którego bym nie robił podków. Dla czarnoskórych, Azjatów, Lapończyków itd.

To przychodzę do pana i proszę o wyrobienie mojego imienia na podkowie, ile by to trwało?
- Szybko. Tak do pięciu minut. Samo zrobienie podkowy to jednak proceder bardziej złożony. Od małej podkowy, której zrobienie zajęłoby 10-15 minut, do dużej, z którą trzeba się potłuc dobre pół godziny.

Od zawsze się pan tym zajmuje?

- Nie ma tak od zawsze. Trzeba najpierw skończyć szkołę (śmiech). Właściwie to wojsko mnie zetknęło z końmi. Tam byłem w klubie sportowym, zrobiłem wojskowy kurs podkuwaczy i tak poszło. To już trwa około 20 lat.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (7):

Sortuj komentarze:

Kliknąwszy gwiazdkę wyraziłem swoją opinie o tekście i szacunek dla pracy autora

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 29.03.2010 22:59

oooo to ja tego nie wiedziałam :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

A czy wiecie że konie wieszają ludzkie buty na szczęście, tak jak my wieszamy podkowy? ;-))
5+

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 29.03.2010 20:25

Kowal w Wojciechowie też bardzo sympatyczny, tak jak bohater tego wywiadu Pan Grzegorz Grubel. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Ilono, z tym Wojciechowem to telepatia jakaś.
Bardzo mie się podobało. Też bym chciał być kowalem. Własnego losu. Lecz nie ma jednej definicji wolności, więc nim nie będę. Prędzej chwycę za młot i dokupię kowadło.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dzięki ;) No to szczęśliwa miejscowość to musi być :)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 29.03.2010 19:53

Za rewelacyjny tytuł "Szczęście walnięte młotkiem" 5*
Przypomnę o Wojciechowie Lubelskim, gdzie mieści się jedyne w Polsce muzeum kowalstwa.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.