Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

183878 miejsce

Szkoła za pasem. Ta droga jest droga!

Pierwsza poważna decyzja, to nie wybór marki pampersów czy smaku bobofruta. Prawdziwym wydarzeniem w życiu człowieka jest przecież szkoła. I tu powstaje problem, szczególnie dla kieszeni rodziców.

fot. APP Wakacje nieubłaganie zbliżają się ku końcowi. Kierujemy się do sklepu, by kupić naszemu pierwszakowi: tornister, piórnik, pióra, długopisy, ołówki i - oczywiście - podręczniki. Słowem: sprawić, by ugiął się pod ciężarem swojego plecaka. Zacznijmy od pobliskiego sklepu papierniczego, w którym choć ceny są nieco wyższe niż w supermarketach, to jednak jakościowo bije je na głowę. Spośród kilkunastu plecaków nasze uradowane dziecko wybiera oczywiście najbardziej kolorowy, z wizerunkiem disneyowskiej myszki Miki, Kubusia Puchatka lub innego bohatera kreskówki. Nie bacząc na cenę (49 zł) czy wygodę.

Do pięknego tornistra dobieramy jeszcze piórnik za 19 zł i śliczne, różowe pióro w komplecie z równie uroczym długopisem (18 zł) i już możemy udać się do wielkiego marketu po zeszyty i pozostałe akcesoria. Na szczęście zaletą tych sklepów są wieczne promocje i czasem naprawdę niskie ceny. Dlatego z uśmiechem na ustach pędzimy do stoisk zapełnionych zeszycikami i wpadamy w szał kupowania.

Do pierwszej klasy wystarczą 32 kartkowe zeszyty, przedmiotów jest mało, więc nasz portfel ubożeje tylko o ok. 30 zł. Do tego gumki, linijki, ołówki, korektory za ok. 20 zł i z zakupów wychodzimy obronną ręką. Do czasu... Przed nami przecież jeszcze podręczniki!

Na to słowo rodzice zamierają, to słowo sprawia, że łapią się kurczowo za swój portfel, a na ich twarzach maluje się przerażenie. Po chwili otępienia, chwytamy dzieci za ręce i wkraczamy do księgarni. Trzęsącą się ręką podajemy spis książek uroczo uśmiechniętej pani i z bólem serca oczekujemy na werdykt. 200 zł? 250 zł? Chwila oczekiwania i na kasie widzimy już cenę, nie jest tak źle – 150 zł. Tu następuje koniec wydatków, aż do pierwszej wywiadówki...

Dowiadujemy się za co nie zapłaciliśmy i ile mamy jeszcze na to czasu. Tu następuje wyliczanka:
ubezpieczenie – 45 zł,
ochrona – 10 zł,
malowanie sali lekcyjnej i zasłonki – 15 zł,
remont sali gimnastycznej – 5 zł,
internet w szkole (co z tego, że nikt z niego nie korzysta) – 4 zł,
zakup komputerów – 15 zł,
myszki do tych komputerów – 5 zł,
rada rodziców (co łaska, od 30 zł do góry) – 30 zł,
dopłata do obiadów dla głodujących dzieci – 3 zł,
kreda do tablicy – 2zł,
farba do malowania sali – 10 zł i tak dalej i tak dalej.

Kiedy już od nadmiaru wydatków robimy się biali jak kreda, za którą musimy uiścić ciężko zarobione 2 zł, do sali wpada dwóch starszaków ze skarbonką w dłoniach, zbierających pieniążki na chore kotki, pieski, myszki i inne biedactwa. Rodzice niechętnie, spoglądając ile daje mama Krzysia, a ile tatuś Zosi wrzucają do skarbonki kolejne 5, 10 zł. I tu następuje już absolutne załamanie. Po powrocie do domu powoli się otrząsamy i silimy się na lekki uśmiech, że przynajmniej zapłaciliśmy za wszystko. Niestety, już po kilku dniach nasze kochane dzieci znowu proszą o pieniądze na klasowe, na Andrzejki, Wigilię, wycieczkę szkolną (120 zł!), setne malowanie klasy... Jesteśmy już u kresu załamania nerwowego, a przecież przed nami jeszcze 9 miesięcy!

Jeden rok szkolny ogołocił nas z ok. 600 zł. Licząc, że nasze pociechy uczyć się będą w sumie 12 lat (bez studiów!), przy czym co roku musimy dodać ok. 150 - 200 zł (podręczniki, jak wiadomo są coraz droższe, a i gust się zmienia "Och, mamo! Angelika nigdy nie miała przez dwa lata takiego samego piórnika!" czy "Mamo, to nie jest trendy!") łącznie wydamy około 20.000zł.

Cóż, trochę droga ta edukacyjna droga. Prawda?





Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Aha, a komitet - przynajmniej w mojej szkole jest dobrowolny. Co z tego skoro w gimnazjum moja nauczycielka tak długo ścigała ludzi w klasie, aż wszyscy zapłacili po te 30 zł.

Komentarz został ukrytyrozwiń

dorzuc jeszcze nagminne wyciąganie przez nauczycielki pieniądze na zbiórki, czy jakieś zbdurne festyny. Przykład: Do mojej mamy klasy wpada nauczycielka. Jest to biedne, wiejskie srodowisko, gdzie dla ludzi bilet do miasta (1,25) to już dużo. I co wymysla to kobieta? Że najpierw dzieci mają przynieść stare zabawki, oddać tej kobiecie, a potem ona zrobi z nich loterię. Za los po 2 zł. Moja mama powiedziała wprost, że nie ośmieli się poprosić rodziców o coś takiego. No to wileka obraza, pokój nauczycielki cały szumi, ale przynajmniej moja mama ma czyte sumienie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Witam gdańszczankę (ciągle nas mało:(!) i gratuluję debiutu :) Pozdrawiam - gdańszczanka :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

I jeszcze komitet rodzicielski. A jak nie zapłacisz to straszą dziecko, że nie dostanie świadectwa. Zdębiałam przy kupowaniu podręczników do piątej klasy. Nie licząc książek do angielskiego, religii i ćwiczeń z przyrody pani wypowiedziała magiczne 194 złote. Wydatki w sam raz po wakacyjnym szaleństwie. Jak nic sprowadzają na ziemię.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.