Facebook Google+ Twitter

Szlak z Aj Petri do Jałty – nie idź tędy, jeśli nie lubisz przygód

Jeszcze kilkanaście lat temu droga z góry Aj Petri do Jałty była opanowana przez bandytów. I choć pod tym względem szlak jest już bezpieczny, to po pokonaniu tej trasy nie narzekałem na brak wrażeń.

Widok z wagonu / Fot. Michał WójtowiczFenomen popularności Jałty pozostaje dla mnie zagadką. Pełno tu ludzi, nie ma żadnego zabytku, ani innej atrakcji wartej obejrzenia, ceny są wysokie, a plaże kamieniste. W porównaniu z resztą ukraińskiego wybrzeża Jałta przegrywa prawie na każdym polu. Jej jedyny plus to to, że jest dobrym miejscem wypadowym do okolicznych atrakcji. Wśród nich najbardziej znana to pałac w niedalekiej Liwadii, w którym Churchill, Roosevelt i Stalin ustalili kształt powojennej Europy. My jednak jedziemy dziś do położonej nad Morzem Czarnym, liczącej 1234 metry góry Aj Petri.

Góra nad morzem



Łapiemy marszrutkę z Jałty do Mischoru, skąd kolejka liniowa zawozi turystów na górę. Według przewodnika ma to być niezapomniana wyprawa. Wrażeń dostarcza wiszenie wysoko nad ziemią w pamiętających Związek Radziecki, wyeksploatowanych wagonikach. Trochę się boję, że przy moim lęku wysokości dawka adrenaliny może być dla mnie zbyt duża.

Jazda jest podzielona na dwa odcinki. Pierwszy mija gładko, bo posuwamy się w miarę nisko nad ziemią. W połowie drogi zatrzymujemy się na platformie, gdzie przesiadamy się do następnego wagoniku. Podróż nadal odbywa się w sennej atmosferze. Nagle zaczynamy wznosić się coraz wyżej nad ziemią i przysuwamy się blisko ściany góry. Wyobrażam sobie jak utrzymująca nas lina pęka, a my staczamy się po skale w przepaść. Kolejny metr w górę, kolejny katastroficzny scenariusz odegrany w głowie i coraz większy lęk w sercu. Żeby nad tym zapanować odrywam oczy od ziemi i patrzę w niebo. Na szczęście chwilę później zatrzymujemy się na szczycie góry.

Wychodzę z wagonika i w pewnym oddaleniu od przepaści podziwiam widoki. Z góry rozpościera się panorama Jałty i Mischoru, za którymi rozlewa się niebieska plama Morza Czarnego.

Ponieważ powrót kolejką jest drogi i sądzimy, że Mischor musi być blisko, postanawiamy zejść do niego z góry na piechotę, a dalej podjechać transportem publicznym do Jałty. W międzyczasie kierowca taksówki oferuje się nas podwieźć. My jednak wolimy się przejść. Kierowca śmieje się, że to będzie całkiem długi spacer, bo droga w dół ma aż 20 kilometrów. Jesteśmy pewni, że zmyśla, żebyśmy wzięli u niego kurs. Żartujemy z bujnej wyobraźni tutejszych taksówkarzy i ruszamy dalej.

Po drodze dołączamy się do grupy czterech Białorusinek, które też wybierają się pieszo do miasta. Najładniejsza z nich, Wiktoria, studiuje polonistykę i dobrze mówi po polsku, więc ucinamy sobie z nią długą pogawędkę.
Widok z dołu kolejki / Fot. Michał Wójtowicz

Na bandyckim szlaku



Schodzenie z góry idzie nam jak krew z nosa. Wszystko przez to, że szosa nie leci ze szczytu prosto do miasta, tylko rozlewa się na boki długimi, pozakręcanymi serpentynami. W takich warunkach zejście kilku metrów w dół jest rozłożone na przejście sporego odcinka w bok. A później zakręt, znowu kilkanaście metrów w bok, następny zakręt… Z włożonego wysiłku wnioskujemy, że zrobiliśmy spory odcinek, tymczasem posunęliśmy się lekko w dół.
Widok ze szczytu / Fot. Michał Wójtowicz

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Ja o dziadku z gliny nie będę pisał, może Arek się skusi. W planach mam za to relację z wizyty u krymskich Indian. Pozdrowiam!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Heh... interesująca relacja...:-) Z resztą, na Krymie na każdym kroku przygoda czeka... Michał, a gdzie historia o "bachczysarajskim dziadku z gliny"...? Fakt, prawa własności do opowieści należą do Arka:-). Pozdrowienia z KRK!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jaki szczególarz? To był jeden z najdramatyczniejszych momentów wyprawy:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ale jesteś szczególarz:
"Pozostaje nam się trochę cofnąć i spróbować przebić się przez las. Co prawda przy samym wiadukcie łączy się on z jezdnią wysokim spadem, ale liczymy na to, że dalej będzie bardziej dogodne zejście. Po kilku minutach przedzierania się w ciemnościach przez krzaki trafiamy na opuszczoną chatkę. Pół żartem, pół serio mówię do Arka, że pewnie mieszkają w niej narkomani albo sataniści."
n i e z t e j z i e m i... ;)))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.