Facebook Google+ Twitter

Szpiedzy w sieci. Pomyśl co w niej zostawiasz i ile to warte

Internet wciąga jak legendarne eldorado, jak brazylijska gorączka złota i jak rosyjska ruletka. Niby wszyscy wiedzą, że to bardzo niebezpieczna droga w odkrywaniu swoich tajemnic, a jednak wchodzą w jego kipiącą otchłań i ryzykują.

 / Fot. Wikimedia Commons, LSDSLPrzecież to takie proste i jasne, że codziennie – czy tego chcemy czy nie – zostaje w sieci nasz ślad, ba wiele śladów, w postaci informacji o nas. Za naszymi plecami, po drugiej stronie "klawiatury" i monitora, stoją zainteresowani, którzy czyhają na nasze ruchy, na każde kliknięcie, i natychmiast je analizują, badają i oceniają, jakby tu jeszcze zdobyć coś więcej o nas, jak znaleźć sposób na wyciągnięcie od nas np. pieniędzy.

Zaledwie 40 dni – tyle czasu ma Facebook, na odpowiedź na wniosek o udostępnienie pełnych informacji, jakie ma o użytkowniku; z takim żądaniem może wystąpić każda osoba, która korzysta z tego serwisu – pisze Dziennik w Big Data. "Na raport czekam od ponad dwóch tygodni i wiem, że będzie obszerny. Bo już po kilku godzinach od wysłania prośby, korporacja przesłała mi jego wersję skróconą. To 75 MB danych" – wyznaje głośno pewna pani.

Problem w tym, że część moich informacji – to rzecz oczywista, bo dobrze pamiętam, z czego się wyspowiadałam Facebookowi: data urodzenia i numer telefonu, ale już na pewno nie adres, dane o wykształceniu i zatrudnieniu, ani numer karty kredytowej.

Zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam, jak Facebook, mimo wszystko widzi te wszystkie moje informacje. Mało tego - każde moje wejście do serwisu jest dokładnie opisane: data, IP komputera, szerokość i długość geograficzna, pod którą byłam, kto spośród moich znajomych był w tym czasie dostępny, czyli ten, kto mógł przeczytać moje wpisy. Nawet opisy moich zdjęć są również szczegółowe: jakim aparatem zrobione, kiedy i o której godzinie oraz kto, kiedy i gdzie je obejrzał.

Wszystkie informacje podzielone są na kilkanaście kategorii, m.in.: ulubione strony firmowe oraz strony, z których zrezygnowałam, wydarzenia publiczne, w których uczestniczyłam, a także kto ze znajomych brał w nich udział. Była też w raporcie cała prywatna moja korespondencja, nawet ta, którą pousuwałam.

Nie pomyślała zapewne owa pani, że jej wymienione tutaj dane, stały się bezcenne dla najróżniejszych gangów, które czuwają przez okrągłą dobę i śledzą bez przerwy informacje sieciowe, rejestrują je i przetwarzają dla swoich potrzeb.
Internet to przecież nie tylko Facebook. To również: Google, Microsoft, Apple, Twitter, Amazon, eBay, Yahoo, Nasza Klasa.pl, Gadu Gadu, Allegro i ogromna grupa setek rożnych internetowych sklepów i firm. Ich rolą jest też zbieranie, przechowywanie i przetwarzanie danych, które stanowią coraz ważniejszą część prowadzonych przez nie biznesów. Tak bardzo ważną, że są "nazywane Big Data, czyli Wielkie Dane".

Wielkie sieci sklepów na świecie, gromadzą podobno ponad milion informacji, dotyczących zakupów w okresie godziny. Tylko skoro są tak wielkie zasoby informacji, to czy można je w ogóle kiedykolwiek sensownie wykorzystać?

Można i to się robi – mówi socjolog, Jan Zając. I odpowiada na pytanie, czy zbieranie miliardów milionów wiadomości ma sens. Według niego - "serwisy społecznościowe, portale, sklepy, wyszukiwarki - nie dość, że zbierają skrzętnie każdą informację o nas, to jeszcze zamieniają ją na pieniądze. A nawet jeżeli części z tych danych jeszcze nie potrafią przetworzyć, to mają sztaby ekspertów, które pracują tylko nad tym" – dodaje.

Wyjaśnia, że dzisiejszy świat cyfrowej gospodarki jest światem Big Data. Ale – jak podkreśla socjolog - "to surowiec, którego przetwórstwa dopiero się uczą". Jan Zając jest socjologiem specjalizującym się w nowych mediach, ale także współtwórcą firmy SmartNet Research & Solutions, którą założyli naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego (UW). Firma ta opracowała Sotrender – specjalne narzędzie służące analizowaniu danych gromadzonych w serwisach społecznościowych.

Było o nim głośno w 2012 roku, w trakcie zimowych protestów anty-ACTA. Wtedy "administrator strony fanowskiej Kancelarii Premiera na Facebooku", dokonał ocenzurowania negatywnych komentarzy Internautów "oburzonych przyjęciem tej umowy". Kancelaria Premiera tłumaczyła potem, że trzeba było to zrobić, bo komentarze były "pełne wulgaryzmów". Supernarzędzie Sotrender dał dowody na to, że w sieci nic nie ginie. Niczym subtelny kret odkopał i wydobył wykasowane komentarze i je upublicznił. Udowodnił, że "nie były wulgarne, ale antyrządowe".

Oto zaledwie jeden przykład na to, jaką moc mają umiejętności korzystania z informacji, pozyskanych w sieci. Firma European Bakery, jako jedna z wielkich europejskich sieci piekarniczych, na podstawie badań zaobserwowała, że "w dni słoneczne sprzedaje więcej ciastek, a w dni deszczowe – kanapek".

Natychmiast zaczęła dostrajać produkcję do prognozy pogody. Do niedawna takie związki można było odkrywać w oparciu o przeczucia. Teraz można wiele zbadać a nawet niezbicie udowodnić. Zbadano, ot tak sobie dla przyjemności, jak rosnąca temperatura wpływa na "liczbę wpisów o piwie w sieci".

Michał Sadowski, prezes firmy Brand24, która specjalizuje się w przetwarzaniu danych, jakie sieciowcy zostawiają na portalach społecznościowych. Na ich podstawie Brand24 przygotowuje raporty dla firm, na temat nowych trendów, m.in. o tym, jak są oceniane w sieci, np. konkretne marki i firmy oraz to czy nie nadchodzi kryzys, bo klienci zaczynają negatywnie wypowiadać się o danej marce lub danym przedsiębiorstwie.

O tym jak wielka jest skala danych, które zbierają i przetwarzają różne serwisy internetowe, niech posłuży przykład wzięty tylko Facebooka. Otóż Facebook zbiera codziennie o użytkownikach, "500 terabajtów danych (dysk twardy o takiej pojemności, gdyby istniał, pozwoliłby na zapisanie 127 mln piosenek w formacie mp3)". To jednak dopiero początek tego, co można z tych danych wycisnąć. "Dopiero się uczymy, co można z tymi wszystkimi danymi zrobić. Teraz wykorzystywany jest ledwie jeden procent z tego, co jest zbierane" – przyznaje otwarcie Michał Sadowski, szef Brand24.

Obecnie na świecie działy zarządzania danymi z Internetu są najszybciej rozwijającymi się, i to nie tylko w sieciowych e-korporacjach, ale także w tradycyjnych firmach. Zatrudniają one coraz więcej utalentowanych informatyków i fizyków, którzy opracowują "algorytmy do obróbki informacji".

To właśnie do nich należy przyszłość – podkreśla socjolog, Jan Zając. W eBayu, największym serwisie aukcyjnym na świecie, aktualnie 7,5 tys. osób, czyli co czwarty pracownik firmy – zajmuje się prowadzeniem analiz codziennych danych na temat rynkowego zachowania się klientów. Nawet ta liczba już nie nadąża, gdyż każdego dnia przyrasta 50 TB danych.

Zdaniem ekspertów od technologii komputerowych i sieciowych, podobne niedobory występują już u wszystkich graczy rynkowych. Prognozy McKinsey & Company wskazują, że w najbliższych pięciu latach, to jest do 2018 roku, tylko w Ameryce będzie brakować około 180 tys. specjalistów od analizy Big Data i aż 1,5 mln menedżerów do spraw wykorzystywania efektów tej pracy i podejmowania decyzji biznesowych. Strzeż się człowiecze w sieci, wszak nie wiesz, co ci serwis upiecze, jaki numer ci skleci!

Stanisław Cybruch

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Smuci mnie potraktowanie internetu jako diabelskiego narzędzia do szpiegowania. Od 20 lat korzystam z internetu, z portali społecznościowych itd, wiele moich danych jest ŁATWO dostępnych w sieci. Bo taka jest moja wola. Przez 20 lat z tego powodu NIE SPOTKAŁA MNIE ŻADNA PRZYKROŚC. Osobiście się cieszę, że jestem "szpiegowany" przez Google i reklamy przy mojej poczcie są WYBIERANE dla mnie - coś co może mnie zainteresowac. Przy czym jest to łagodne i nie agresywne tak jak reklamy na wielu portalach. Bardzo się cieszę z tego, że jakaś firma przetwarza moje dane i albo przygotowuje dla mnie kanapki albo ciastka. Jeżeli, ktoś chodzi ciemnymi ulicami w sobotę wieczorem to ma szanse na spotkanie bandziorów. Jezęli ktoś w realu, w centrum handlowym chodzi z otwartą torebką z portfelem na wierzchu - to kusi złodziei. Podobnie jest z internetem. Jeżeli zachowuje się podstawowe zasady bezpieczeństwa ( nie podawałem nigdzie numeru mojej karty kredytowej) to nic mu nie grozi. Jeżeli wyjdę na ulice w samych majtkach to będzie to szeroko komentowane. Jak ktoś umieszcza dziwne zdjecia - to jego sprawa. Chyba, że pracuje za publiczne pieniądze jak agent Tomek i wtedy jego roznegliżowane zdjęcia są skandalem. W realu też nas "śledzą" - zapytaj sąsiadkę na emeryturze co wie o Tobie to się zdziwisz. Ja nie mam nic do ukrycia - publikuje TO CO CHCE. Jeżeli interesuje to kogoś w Nowym Jorku to jestem zadowolony - liczę na bezpośredni kontakt :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.