Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

27526 miejsce

Szpilkami w lód

Polacy to w Norwegii najliczniejsza mniejszość narodowa. Migrują mężczyźni i kobiety. Tych pierwszych znamy dobrze z informacji w mediach - to głównie słabo wykształcona klasa robotnicza oraz specjaliści. A kim są kobiety?

Strona internetowa norweskiego Urzędu Skarbowego taxnorway.no dotycząca rozliczeń podatkowych dostępna jest w trzech językach: norweskim, angielskim i polskim. Migracja zarobkowa z Polski do „kraju fiordów” jest największą od czasów drugiej wojny światowej. Jest nas tam prawie 20 tysięcy, w tym około połowy mieszka w Oslo i jego okolicach. Zgodnie z raportem „Polonia w Oslo 2010”, przygotowanym przez norweską fundację badawczą Fafo Polscy mężczyźni pracują w norweskiej stolicy głównie na budowach (84%), a kobiety przy sprzątaniu (58%), ale jak pokazały badania kobiety są bardziej elastyczne i dobrze odnajdują się też na rynku usług. – Poza tym Polki szybciej uczą się języka norweskiego – twierdzi Jon Horgen Friberg, naukowiec, który przygotowywał raport. – Wymaga tego praca w usługach. Polscy mężczyźni uważają, że pracując na budowie znajomość języka nie jest konieczna, wystarczy, że ktoś tłumaczy. I choć głównym powodem emigracji są kwestie zarobkowe, kobiety bardzo często decydują się na pobyt w Norwegii z innych przyczyn. Zapewne jest ich wiele. Ja znalazłam sześć.


Powód pierwszy: stabilizacja
Z Edytą spotykam się w szkole dla dorosłych Voksenopplæringen For Innvandrere, w której prowadzone są kursy dla emigrantów przyjeżdżających do Norwegii, w tym kurs norweskiego. Na korytarzach pełno uchodźców z Afryki, Azji i Bliskiego Wschodu. Jesteśmy jedynymi białymi. – Właściwe to do Norwegii przyjechałam po raz pierwszy w 1994 roku, jako studentka na zbiory truskawek – rozpoczyna swoją opowieść. – Przyjeżdżaliśmy dużą grupą znajomych i trzymaliśmy się w swoim gronie, więc znałam Norwegię niejako z dystansu. Była dla mnie porażająco czysta. Zadbane gospodarstwa, drogi, parkingi, robiło to bardzo duże wrażenie. Dodatkowo oczywiście kwestia zarobkowa była bardzo ważna. Kurs korony norweskiej do złotego był wtedy bardzo wysoki. Wracałam kilkakrotnie na tzw. „sezonówki”. Jednak teraz – dodaje z uśmiechem – znalazłam się tutaj przez męża i dla niego. Poznali się w hurtowni warzyw i owoców, gdzie Edyta dorabiała jako studentka. Marek już wtedy jeździł do Norwegii. Na początku tylko sezonowo, a potem na dłużej. Miesiące zaczęły pęcznieć do pół roku, potem do roku. Od 5 lat Marek pracuje w Norwegii na stałe jako hydraulik. Przeprowadzkę do Norwegii zaproponował Edycie 3 lata temu. Opierała się, nie chciała, ale po ostatniej, samotnej zimie w Polsce, walce z piecem, kominem i węglem, miała dość i pomimo obaw kupiła bilety. – Gdyby decyzja o przeprowadzce została podjęta jakieś 16 lat temu, gdy jeszcze nie było dzieci, na pewno byłoby nam łatwiej – komentuje Edyta. – Chodzę na kurs, uczę się języka, ale ciągle mam obawy czy w moim wieku „przed 40” znajdę tutaj jakieś satysfakcjonujące zajęcie. Pochodzi ze Stargardu Szczecińskiego i w Polsce przez 10 lat pracowała w dwóch szkołach jako nauczycielka rosyjskiego. Dokształcała się, często wyjeżdżała na szkolenia i co najważniejsze, miała swój świat i swoich znajomych. – Jak wyjeżdżałam z Polski to pani z kiosku, w którym kupowałam gazetę żegnała mnie ze łzami w oczach. Nie znam jej osobiście, ale zawsze coś zagadałam, jakieś miłe słowa. Nie wiem czy tutaj uda się stworzyć takie więzi. Polacy są jednak bardziej żywiołowi i serdeczni niż Norwegowie. Oni są mili, ale naprawdę trzeba dobrze poznać Norwega, aby wiedzieć co myśli. A ja dodatkowo wciąż mam barierę językową – przyznaje. Edyta przyjechała na stałe do Norwegii pół roku temu. Pensja Marka wystarcza, aby utrzymać ją i dwie dorastające córki. W Polsce nie mogła sobie pozwolić na taki komfort, ciągle na coś brakowało. Urządza się w nowym domu, choć ten w Polsce, ciągle nie sprzedany, czeka w pogotowiu. Po zdaniu egzaminów z norweskiego chciałaby pracować w biurze dla emigrantów. Pomagać tym, którzy stawiają w Norwegii swoje pierwsze kroki.

Powód drugi: akceptacja
Wokół głównego campusu Uniwersytetu w Oslo zwanego Blindern trwają roboty drogowe. Główna brama? Gdzie jest główna brama? – staram się skorelować otoczenie ze schematem na tabliczkach. Oznaczenia zawodzą, pozostaje zapytać. W poszukiwaniu NIVA, czyli Norweskiego Instytutu Badania Wody, gdzie pracują dwie interesujące mnie Polki, zostaję skierowana do czarnego budynku. Znajduje bufet i dzwonie. Skucha. To nie ten bufet. Kiedy już trafiam na właściwy, czeka tam na mnie kolorowo ubrana blondynka. Żółty szal, zielony sweter, spódnica z falbanami i kolczyki oraz paznokcie pod kolor. – Dobrze, że pani w końcu dotarła – komentuje. – Źle mnie skierowano – staram się wyjaśnić. – To jeszcze się pani w Norwegii nie nauczyła, że aby się tutaj czegoś dowiedzieć, trzeba samemu zdobyć tę wiedzę, a potem ją tylko potwierdzić w odpowiednim okienku? – uśmiecha się figlarnie. – Z tym to tutaj jest jak w Polsce – dodaje Magda, która już czeka na nas przy stoliku. Pierwsza ma na imię Grażyna i przyjechała do Norwegii 23 lata temu. Wcześniej była 9 lat w Holandii. Wyjechała z Polski na początku lat 80. jeszcze przed stanem wojennym. Jako pracownik Politechniki Warszawskiej dostała stypendium na Akademii Rolniczej w Wageningen, w departamencie wody i ścieków. Potem zaczęła tam pisać doktorat. – I tu poznałam swojego wikinga – śmieje się. – Jans-Olaf był profesorem w podobnej dziedzinie, którą się zajmowałam. Mieliśmy konferencję pod Amsterdamem i tam mnie dojrzał. To było w 1981 roku. Pobraliśmy się dopiero 6 lat później. Był uparty. Widywaliśmy się praktycznie co miesiąc. Piękne czasy. On przyjeżdżał często do Holandii, miał tu wykłady, a i ja też byłam kilkanaście razy z wizytą u niego. Było kapitalnie, ale nie chciałam się przeprowadzać. Myślałam wtedy „rany, jak fajnie, że ta Holandia taka spontaniczna”. I w końcu urodził nam się syn i jak po pół roku zaczął wyciągać ręce do obcych panów wiedziałam, że trzeba coś z tym zrobić. Miała już wtedy obywatelstwo holenderskie, ale najbardziej obawiała się siedzenia w domu. – Postanowiłam, że się przeniosę, ale tylko wtedy gdy znajdę pracę – zaznacza. To on podsunął jej ogłoszenie. Właśnie w tym instytucie, w którym pracuje do dziś. Aplikowała. – A potem okazało się, że jest 200 osób na jedno miejsce. Nie wiem jakim cudem, ale wybrali mnie – dodaje. Po kilku latach sprzedała mieszkanie w Holandii, a potem wystąpiła o norweski paszport. I choć jest już tu większą część swojego życia, gdy ma pójść do dentysty, kupuje bilet do Polski. – W Norwegii bardzo ceni się ekspertów. Mój mąż zawsze wolał zatrudnić elektryka niż samemu coś zrobić. A tutaj szanuje się czyjąś pracę, szczególnie opartą na wiedzy i umiejętnościach, dlatego też solidnie się ją wynagradza. Po śmierci męża trudno jej było wrócić do rzeczywistości. Nawet praca nie pomagała. Zdrowie zaczęło się sypać i musiała pójść na zwolnienie. Wykorzystała ten czas, aby pomóc samej sobie. Skończyła trzy letnie studia medycyny chińskiej i dodatkowy kurs z promocji zdrowia. Zaczęła się rozwijać i poznawać samą siebie. – Wątpię w to, czy w Polsce miałabym takie możliwości. Aby zaakceptować siebie, każdy człowiek musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co mu jest właściwe do życia potrzebne. Ja na przykład, nie lubię chodzić w spodniach. Chodzę w spódnicach, po kobiecemu i często też zmieniam ubrania. Jedna koleżanka z pokoju raz mi kiedyś powiedziała „Ty to chyba musisz mieć olbrzymią garderobę”, a ja na to tak, cały sklep, ale ja nie mam hytte (chatka z bali w górach), ja nie piję i nie palę. Wybieram co innego i tutaj mogę się w tym realizować. Norwedzy są pod tym względem demokracją. Jeśli tylko odnajdziesz siebie, zaakceptują Cię.

Powód trzeci: miłość

– Bo wiesz – komentuje Magda – tutaj wszystkie Norweżki chodzą głównie w kaloszach, więc ja z moją kolekcją niepraktycznych szpilek, co wbijają się w lód, uchodzę na Rosjankę. Istotnie, szczupła, zadbana, w białych dopasowanych spodniach, czarnym golfie i szpilkach, które swoim obcasem dotykają powierzchnie ziemi równą powierzchni paznokcia, choć blondynka nie ma wątpliwości, że Magda nie jest stąd. Skorzystała z systemu stypendiów europejskich Marie Curie i tak znalazła się w Norwegii. Jest tutaj od roku – Do Polski nie chce wracać, bo przywykłam już do innego systemu pracy naukowej – wyjaśnia. Na początku robienia doktoratu w Polsce, jak tylko pojawiła się możliwość wyjazdu do Niemiec od razu z niej skorzystała. Potem pracowała jeszcze we Francji. – W porównaniu z pozostałymi krajami, w których mieszkałam, tutaj zdecydowanie najtrudniej się zasymilować. Być może to też bariera językowa i efekt tego, że na swoim kursie norweskiego zdecydowanie podszkoliłam jedynie słowacki – dodaje. Bierze udział w projektach związanych z Polską, więc jest tam często, a swoje pasje czyli żeglarstwo i narciarstwo też uprawia głównie poza Norwegią. Jest członkiem powołanej przez Polaków w Oslo grupy fotograficzno - trekkingowej Klub Zdobywców. – W Norwegii jest wiele możliwości do trekkingu, turystyki, ale wielokrotnie tylko Norwedzy mogą sobie na te aktywności pozwolić – komentuje. – To po co tu siedzieć? – pytam prowokująco. Magda odpowiada – Mój kolega z klubu odpowiedziałby: z miłości. Zawsze powtarza, że to co go tutaj trzyma to miłość do pani, która jest na banknocie 100 koron i do pana , który jest na banknocie 200 koron.

Powód czwarty: świadectwo

Adres to Gjørstads gate 9. Budynek z zewnątrz zupełnie nie przypomina klasztoru, raczej akademicką bursę i gdyby nie zgodność adresu, z tym, który mam na kartce, trudno byłoby tutaj trafić. Budynek zakonu sióstr dominikanek kongregacji francusko-norweskiej (The Dominican Sisters of Notre Dame de Grâce) składa się z kilkudziesięciu pomieszczeń, do których w większości wstęp mają studenci. Jest tam stołówka, biblioteka i kaplica. Sióstr jest 10. Poza swoją pracą duchową realizują się w różnorodnych dziedzinach. – Mamy śpiewaczkę operową, malarkę ikon, a ja jestem fizykiem cząstek elementarnych, pracuje w jednym z eksperymentów analizujących Wielki Zderzacz Hadronów w Szwajcarii i uczę na uniwersytecie w Oslo. Katarzyna w Norwegii jest od 30 lat, ale sama o sobie mówi, że czuje się po prostu Europejką. – Norwegia zawsze była na obrzeżach, a dzięki temu, że pochodzę z Polski, czuję się bardziej związana z kulturą europejską, szerszą niż ta, może trochę prowincjonalna, norweska. No i noszę w sobie cały ten polski bagaż kulturowy i historyczny, który pozwala mi w mig intuicyjnie zrozumieć zawiłość na przykład stosunków polsko-czeskich lub polsko-rosyjskich. Tata Katarzyny jest geofizykiem i gdy tylko uzyskał możliwość współpracy z Uniwersytetem w Bergen, przeprowadzili się tam całą rodziną. Kasia miała wtedy 9 lat. W domu wychowaną ją po polsku, czyli jak sama tłumaczy: – Pozwalano na dużo mniej niż norweski kolegom, a dodatkowo dbano o przestrzeganie tej wymuszonej uprzejmości. W Norwegii mówi się na „ty”, a w Polsce cały czas „pan” i „pani”. Osobiście ta forma nieco mnie krępuje, bo czasami jak ktoś zwróci się do mnie per „pani” to robi to tak niesympatycznie, że ja już wolę tę norweską bezpośredniość. O życiu zakonnym zaczęła myśleć jeszcze przed studiami, jednak w zakonie dominikańskim jest reguła, że nie powinno się iść prosto po szkole do zakonu. Trzeba dorosnąć. – Dlatego poszłam na fizykę. Bardzo lubię uczyć – przyznaje. Zakon dominikański wybrała świadomie, bo zafascynowała się ideologią dialogu pomiędzy wiarą i nauką. Rodzice na jej wybór zareagowali bardzo po polsku. – W Polsce w wielu środowiskach ludzie są bardzo sceptyczni w stosunku do życia zakonnego kobiet. Mówiąc nieco kolokwialnie, powszechna opinia w Polsce jest taka, że siostry zakonne to są te od mycia kościołów. Być może to nie jest specyfika Polski, ale krajów katolickich? – rozważa na głos. – Katecheza i praca w zakrystii, to dwie rzeczy, z którymi często jest kojarzona siostra zakonna. Z kolei w Norwegii wiele osób nic nie wie o życiu duchownym i dlatego często pyta, a to ciekawe, a co robisz? – wyjaśnia. Studiowała rok w Krakowie na wymianie i to było fantastyczne, ale do Polski nie chciała nigdy wrócić. – Wybierając życie zakonne w Norwegii myślałam, że praca w kraju bardziej zlaicyzowanym będzie większym świadectwem tego, że życie wiary można połączyć z naukowym. W Norwegii daje to możliwości do wielu ciekawych spotkań i dyskusji. Polscy duchowni, którzy łączą te dziedziny są bardzo znani, wystarczy wymienić na przykład arcybiskupa Józefa Życińskiego, Michała Hellera czy chociażby... Mikołaja Kopernika – dodaje z uśmiechem.

Powód piąty: raj na ziemi

Aga siedziała jak pączek w maśle. Mieszkanie w Rzeszowie. Dobra praca w biurze, nie obciążająca fizycznie. Po kilku latach co prawda bez większych możliwości rozwoju, ale przynajmniej od-do, a potem czas na własne rzeczy. Tańczyła taniec współczesny. Piotrek miał stałą pracę w firmie transportowej. Nie było im źle, ale myśleli o większym mieszkaniu. Osobiście wysłała męża na rekrutację, znajomość norweskiego nie była jeszcze wtedy koniecznością. Piotrek zdał egzaminy i wyjechał na północ dokładnie w dniu komunii córki. Od 3 lat pracuje w Norwegii jako kierowca autobusu. – Weronice, która ma teraz 12 lat, bardzo brakowało taty. Rok męczyłam się z decyzją co dalej. W zasadzie sytuacja jest wygodna, mąż zarabia, wysyła pieniądze do Polski. Ty wtedy nie musisz się martwić, a jemu też jest łatwiej, bo wraca z pracy i nie ma żadnych obowiązków. Pierwszy raz do Norwegii przyjechała w grudniu, rok temu, potem przeprowadzka i stało się to czego obawiała się najbardziej. Od lutego po prostu usiadła w domu. Na zewnątrz – 33 stopnie, a do najbliższego sklepu 5 kilometrów. – I w głowie tysiące myśli. Chodziłam w szlafroku po 2 dni. Weronika też miała trudno. Pierwszy dzień spędziliśmy z nią w szkole, a potem musiała iść sama. Trzeciego dnia był kryzys, ale teraz nie chce wracać do Polski. Ona jest żywotna dziewczyna, więc radzi sobie. Tutaj są takie zwyczaje, że jak stoisz sama to nikt do Ciebie nie podjedzie, Ty musisz. A ja to różnie mam. Dobrze, że przynajmniej znajomi są niedaleko.
15 minut jazdy samochodem od Agi mieszka Iwona, jest już w Norwegii prawie 4 lata. Pierwszy był tutaj jej mąż. Pracował w wakacje podczas studiów. Potem zrobił doktorat z rolnictwa i dostał zaproszenie od jednego z kolegów do nowo otwartej firmy budowlanej w Oslo. Potrzebowali ludzi. Wziął szwagra i pojechali. – Od Krzysia słyszałam, że Norwegia to góry, lasy i woda. A że góry i lasy kocham - to bardzo się ucieszyłam. Mówił, że będę mieszkała na wzgórzu, w domku z widokiem na największe jezioro w Norwegii, a potem przesłał zdjęcia tych drewnianych chatek. Jak z pocztówki. A jak przyjechałam i zobaczyłam jeszcze w środku kominek, pomyślałam „Boże kochany, raj na ziemi”. Dorota pochodzi spod Warszawy. W domu było ich czworo rodzeństwa i aby pójść na studia już w wieku 16 lat zaczęła pracować. – 10 lat tułania się po Warszawie bardzo mnie przećwiczyło. Nie boję się nowych rzeczy – tłumaczy. Języka uczyła się z ESSKK, potem zrobiła kurs weekendowy. Na początku proponowano jej prace przy wyrabianiu cementu, potem zaczęła pracować w przedszkolu. – W Norwegii nie ma dyskryminacji płciowej. Praca jest bardzo szanowana, cokolwiek byś nie robiła, ważne, że pracujesz, a nie tylko korzystasz z systemów pomocowych. Aby dostać zasiłek po urodzeniu dziecka musisz przepracować minimum 6 miesięcy w czasie ciąży. Ciąża nie jest tu chorobą, ale też później dostajesz przez 46 tygodni całość swojej wcześniejszej pensji lub przez 52 tygodnie jej 80%, a czas spędzony nad opieką nad dzieckiem do 5. roku życia wliczany jest do emerytury i do 18. roku życia jest dodatek na dziecko – wylicza Iwona. – Nic tylko rodzić tu dzieci – komentuje z boku. – Tak, ale zasiłek należy Ci się do 3. dziecka. Potem nie wypłacają. Iwona skończyła w Polsce kurs znawcy win, ale nie ma na to papierów. Marzy jej się otworzenie własnej, małej winnicy. – Tyle, że to w Norwegii nie realne, bo tylko państwo ma koncesję na alkohol. Pytałam się też w Urzędzie Pracy o kurs. Mogą zorganizować tylko potrzebują minimum pięć osób. Na razie czekam, a Krzyś mi obiecał, że jedno pomieszczenie w piwnicy wyremontuje i tam sobie sama coś zorganizuje. Na początek kameralnie, dla znajomych.


Powód szósty: kamienie i energia

Kosztował 1300 koron. To trochę dużo jak na srebrny łańcuszek z wisiorkiem. Nawet takim z błyszczącą cyrkonią w środku. Okrągły, a dookoła napis „the power of love”. Marta liczy: 14 liter oddzielonych gwiazdami to daje 18, czyli to będzie 1+8, czyli 9, a 9 to wielokrotność 3. Specjalna liczba, bo liczba pierwsza. Wisiorek mijała każdego dnia wracając z pracy, aż pewnego razu zauważyła napis „tilbud 70%” i kupiła go za 300 koron. – To właściwe on mnie znalazł. Czekał na mnie. To moja jedyna biżuteria, nie noszę nic innego i ten napis, zauważyłam dopiero po zakupie, ale bardzo się z nim utożsamiam. Do Norwegii przyjechała 3 lata temu, wcześniej była w Niemczech. Przeżyła tam śmierć swojego chłopaka. To była białaczka, umierał długo, w szpitalu. Po tym wszystkim bardzo chciała zmienić otoczenie. Norwegia okazała się dla niej miejscem powrotu do samej siebie – Zakochałam się w tym kraju, w muzyce, kamieniach, piórach i energii – tłumaczy. Dopiero po kilku miesiącach sprawdziła, że Hamar, w którym mieszka (120 km na północ od Oslo) leży w miejscu skrzyżowania licznych „ley lines” czyli linii promieniowania geomantycznego. Oznacza to, że jest to miejsce o dużej mocy, w którym pulsująca energia jest bardzo korzystna dla człowieka, pomaga mu też w kontakcie z wyższym wymiarem naszej rzeczywistości. – Kiedy tu przyjechałam zaczęłam dużo czytać, zresztą książki same wpadają mi w ręce. Teraz zafascynowana jestem numerologią. A Ty jaką liczbą jesteś? – pyta. – Bardzo lubię 8 – odpowiadam zakłopotana. – Specjalne właściwości maja liczby mistrzowskie: 11, 22, 33 lub 44. Zwane inaczej doskonałymi, obdarzają wyższą świadomością oraz wewnętrznym światłem, które sprawia, że człowiek doskonali siebie i stara się służyć bliźnim jak najlepiej – tłumaczy. – Osoba urodzona pod wpływem tych wibracji stoi jakby na wyższym szczeblu ewolucji duchowej niż pozostali ludzie. Ja jestem 11, ale staram się nie wywyższać tylko pokazać ludziom jak piękny jest świat. Pokazać miłość, dobro i piękno natury. Zarabia na życia sprzątaniem, kilka razy w tygodniu śpiewa w lokalnym chórze. – Jednoczymy się, jest nas coraz więcej, nawet tu w Norwegii, mimo że ludzie mają mnóstwo pieniędzy i narzekają, szukają czegoś więcej. Poza tym to bardzo spokojny i cichy kraj. Zostanę tu jeszcze trochę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.