Pozycja materiału w rankingach:
Autor usunął profil
Kolorowy szpital, uśmiechnięci lekarze, pluszowi pacjenci. Takie zestawienie brzmi jak opis filmu rysunkowego, jednak jest częścią rzeczywistego programu oswajania przedszkolaków z wizytami w palcówkach służby zdrowia.
Nie od dziś wiadomo, że dzieci
nie lubią wizyt w szpitalach. Są one powodem silnego stresu, ponieważ kojarzą
się z bólem, chorobą i łzami. Ponieważ leczenie jest częścią życia
każdego człowieka, niestety, nie da się tego stresu unikać. Jak udowodnili kanadyjscy studenci
medycyny, zrzeszeni w Stowarzyszeniu EMSA, stres ten można przezwyciężyć. Aby
pomóc dzieciom oswoić się z wizytami u lekarzy, zainicjowali projekt „Szpital
Pluszowego Misia”. Pięć lat temu został on zaadaptowany na polski grunt.– Dzieci strasznie boją się lekarzy, widać to przede wszystkim podczas zajęć na pediatrii. Szpital to obce miejsce – mówi Robert Biskupski, jeden ze studentów biorących udział w akcji. – No i jeszcze wielki, zły pan doktor w białym fartuchu przychodzi z dziwnymi rzeczami w rękach, chce dotykać, pukać, robić zastrzyki. Bardzo często dzieci są taką osobą przerażone. Tu pokazujemy, że to wcale nie tak.
Każde dziecko ma swoją ulubioną zabawkę, często wciela się w jej rodzica czy opiekuna. Pomysłodawcy skierowanego do przedszkolaków projektu postanowili wykorzystać tę zależność: do „szpitali” dzieci przyprowadzają jako pacjentów ulubione pluszaki.
– Dziecko przychodzi z misiem jako rodzic, dlatego lepiej to wszystko znosi. Wiadomo, że przyjemniej jest trzymać za rękę osobę, która musi iść do lekarza, niż samemu być na stole operacyjnym – mówi Halszka Kamińska, studentka V roku warszawskiej Akademii Medycznej, koordynatorka projektu.
Od rejestracji do operacji
Swoją przygodę ze
Szpitalem Pluszowego Misia dzieci zaczynają od poczekalni. Czekają tam na nie
studenci Wydziału Pedagogiki UW, którzy organizują czas przed wejściem do
gabinetów. Kiedy po młodych pacjentów
przychodzi pani z rejestracji, wszystkie
dzieci rzucają się do wyjścia – każdemu spieszy się, by wyleczyć swoją zabawkę.
– Dzieci w późniejszym wieku wiedzą już, że misiowi nie bije
serduszko, że nie może złamać pluszowej łapki. Natomiast przedszkolaki
doskonale się bawią, a w dodatku potrafią się fantastycznie wczuć w rolę –
opowiadają o uczuciach swoich zabawek, nieświadomie mówiąc o swoich – mówi
Agnieszka, asystentka w Szpitalu Pluszowego Misia.
W rejestracji
opiekunowie pluszowych pacjentów podają na jakie dolegliwości cierpią ich zabawki. Na tej podstawie
kierowani są do gabinetów, w których ubrani w lekarskie fartuchy studenci
przeprowadzają kompleksowe badanie i diagnozują przypadłość.
– Dzieci wymyślają swoim misiom różne problemy: kłopoty z
serduszkami, złamane łapki, bolące głowy. Najbardziej skomplikowanym
przypadkiem, z którym mieliśmy do czynienia, było złamanie koła i skrzydła
samolotu – śmieje się Robert.
Z prawie wszystkimi przypadkami studenci spotkali się już na zajęciach, jednak czasem dzieci zaskakują ich znajomością chorób.
– W zeszłym roku przyszła do nas dziewczynka i oznajmiła, że miś ma szkarlatynę. Zdębiałem, gdyż to w końcu ja miałem stawiać diagnozę, więc zacząłem pytać, czy jest pewna i jakie konkretnie miś ma objawy. Dziewczynka opisała dokładnie symptomy choroby, łącznie z wysypką i przebiegiem gorączki – opowiada jeden z misiowych lekarzy. – Okazało się, że miała mamę lekarkę i z nią ustaliła, co stało się zabawce – śmieje się student.
Po postawieniu diagnozy, misie kierowane są na specjalistyczne badania. Lekarze mają do dyspozycji USG, RTG, EKG, badania krwi, kontrolę zębów. Wszystko oczywiście odbywa się z czynnym udziałem dzieci.
– Mamy tu klamerki do bielizny, sznurki. Przedszkolak sam może przypinać aparaturę do kończyn misia, znaleźć jego serduszko, by przyłożyć do niego elektrodę – mówi Agata prowadząca gabinet EKG.
Jeśli przypadłość misia
okaże się naprawdę poważna, będzie musiał
poddać się operacji.
– Zwierzaka, którego specjalista zakwalifikował do operacji,
kładziemy na stole operacyjnym. Prosimy dzieci, aby nam asystowały – ubieramy
je w specjalne fartuchy operacyjne, zakładamy maseczki chirurgiczne na twarze.
Potem przystępujemy do przeprowadzania operacji. Znieczulamy misia tak, żeby
poszedł spać, opatrujemy łapy, wybudzamy – opowiada Kasia Baumgart. –
Oczywiście opiekun misia robi wszystko z nami, tak żeby wiedział, że nic złego podczas takiego zabiegu się nie dzieje – dodaje.
Po opuszczeniu gabinetu zabiegowego każdy pacjent otrzymuje
receptę, zalecenia lekarskie oraz książeczkę do kolorowania z radami, co robić,
by miś był zdrowy.
– Działa ona tak samo, jak operacja czy badanie: ma pokazać
dziecku, że jeśli coś jest dobre dla misia, powinno spróbować tego samo –
tłumaczy Ala, studentka z „rejestracji”.
Nauka przez zabawę
– Kształtujemy przyszłe społeczeństwo dorosłych. Jest szansa, że dziecko, które zobaczy tutaj że szpital nie jest zły, już jako dorosły będzie potrafiło przełamać swój opór. Oczywiście jest tu wykorzystana technika dramy, ale przecież dzieci należy uczyć przez zabawę w coś i kogoś – mówi Marcin Frej, student Wydziału Pedagogiki UW.
Główną ideą projektu „Szpital
Pluszowego Misia” jest pokazanie dzieciom, że lekarz nie jest straszny, a
wizyta w szpitalu nie musi być dramatycznym przeżyciem. Jednak nie tylko dzieci
uczą się podczas miniowego projektu.
„Organizatorzy zdają sobie sprawę,
jak trudno jest nawiązać dobry kontakt z małym człowiekiem. Z tego powodu w
fazie przygotowań projektu zorganizowane będzie szkolenie dla członków pt. Sztuka
nawiązywania dobrego kontaktu z dzieckiem”
– głosi informacja na stronie
internetowej akcji.

Faktycznie, studenci z niezwykłym zaangażowaniem podeszli do sprawy.
– W życiu nie miałam kontaktu z tak małymi dziećmi, a wiadomo że wykonując zawód lekarza, dość często spotyka się takich pacjentów. Wzięłam udział w programie, żeby sprawdzić, czy będę potrafiła jakoś poradzić sobie z przedszkolakami – przyznaje Kasia.
Jak dzieci oceniają te wysiłki? Na pytanie „czy boicie się lekarza”, dzieciaki chóralnie odpowiadają: „nie!”. Dla członków projektu, to właśnie jest największą nagrodą.
Zobacz także:
Artykuły
(65)
Galerie
(0)
Średnia ocen
(4.78)
Wiek: 25 | Miejscowość: Warszawa | Kraj: Polska
O mnie: Cały czas się uczę - na studiach, w pracy i generalnie.
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Autor usunął profil 30.11.2006 19:15
LOL, To ja chcę :-D Chociaż wafel to się należy tym medykom, którzy organizują Misia.
Monika Sieniawska 30.11.2006 09:30
Aniu, Międzynarodowa Fedaracja Narciarska wpadła na nowy błyskotliwy pomysł. Otóż postanowili wybierać zawodnika dnia (spoza pierwszej piętnastki) i w nagrodę dawać mu jakąś kasę i kilkukilogramowy WAFEL. Jak to usłyszałam uznałam, że wafel jest doprawdy nagrodą najwyższej próby. :)
Adam Degler 29.11.2006 22:06
rozczulające dosłownie, oczywistka że "+"
Krzysztof Baraniak 29.11.2006 21:43
Hahaha, na wafla. Co Ty Aniu, skoków nie oglądasz?:D Moniko tłumacz się! Świetny artykuł +
Monika Sieniawska 29.11.2006 20:45
Kapitalny pomysł i kapitalny artykuł. Zdecydowanie zasłużyłaś na wafla :)
Kolejne trzęsienie ziemi we Włoszech
(odsłon: +619)