Zróbmy manifestację!
Wielu z nas posiada tendencję do pojmowania świata tylko i wyłącznie w kategoriach dobra lub zła. Zupełnie jak gdyby nie istniało żadne „pomiędzy”. A jest wręcz przeciwnie – wszystkie zdroworozsądkowe postawy, zachowania i przekonania pozostają w stanie zawieszenia. Gdzieś pomiędzy jednym radykalizmem a drugim. Jako zdeklarowana przeciwniczka fanatyzmu wszelkiej maści – protestuję! Być może w ramach wyrażenia swojego sprzeciwu powinnam sporządzić krzykliwy transparent, obwiesić się okazjonalnymi gadżetami i wyjść na ulicę głośno skandując „Dość!”. A czego? Obojętnie – zawsze znajdzie się coś, czego można mieć dość – oto domena polskich protestujących. Skutków takiego mojego prywatnego happeningu trudno nie przewidzieć – byłyby takie jak wszystkich innych demonstracji, które niczym plagi dotykają cyklicznie nasz kraj. Zero odpowiedzi. Zero dialogu. Zero wniosków. Po paru dniach znów ktoś wyszedłby na ulicę – z nowym hasłem, transparentem, ideą. Ideą w gruncie rzeczy prywatną, zaściankową – bez możliwości bycia skomentowaną lub zmodyfikowaną.
Z reguły nikt nie lubi ustępować z raz przyjętego stanowiska. Nawet stare porzekadło, iż tylko głupcy nie zmieniają zdania wydaje się nie być uwzględniane. Głuche na kontrargumentację, zapalczywe i uparte – takie są nasze ulice, a ściślej ci, którzy na nie wylegają. Często kierując się owczym pędem a jeszcze częściej – chęcią zamanifestowania samego siebie. A niech inni usłyszą!
Niepytani...
Sztuka dyskusji w praktyce coraz bardziej przypomina wymianę piłek bez ich przyjmowania. Oczywiście, trudno wypracować kompromis w takich kwestiach jak tolerancja seksualna czy też zakaz aborcji lub eutanazji. Naruszenie fundamentalnych zasad mogłoby zachwiać całym społeczeństwem – co nie oznacza, że nie należy podejmować polemiki. Szkoda tylko, że ci, którzy najwięcej mogliby wnieść do dyskusji – milczą. O pomyśle zmiany przepisu konstytucji dotyczącego ochrony życia poczętego, mogącej in spe doprowadzić do całkowitego zakazu przerywania ciąży, wypowiadają się albo rozhisteryzowane feministki albo politycy (na dodatek głównie płci męskiej). Na temat polityki (pseudo)prorodzinnej, wydłużania urlopów macierzyńskich czy też likwidacji żłobków dyskutują głównie „fachowcy” i „eksperci”. Opinii społeczeństwa nikt nawet nie zasięga. Miliony kobiet, na których życiu zaważy wprowadzenie różnego rodzaju „ułatwień”, pozostają w całej dyskusji pominięte. A przecież to one najlepiej odpowiedziałyby na pytanie: „Co zrobić, żeby było lepiej?”.
Niewątpliwie przeszkodą na drodze do porozumienia jest nie tylko odwieczna chęć decydowania o losie innych, ale także brak wiary w ich intelektualne możliwości. Ciekawe, że opinia uczniów będących zarówno przedmiotem jak i podmiotem działań ministerstwa edukacji, jest konsekwentnie lekceważona przez wszystkich. Nikogo nie interesuje czy młodzież chce amnestii maturalnej, mundurków czy też kolekcji dzieł Jana Pawła II w każdej szkole (której kupno, ze względu na koszty, wyklucza nabycie innych pomocy naukowych). Zadziwiające, że ci wszyscy wybitni pedagodzy, którzy mają czelność uważać się za osoby kompetentne do decydowania o kształcie polskiej szkoły, nie wpadli na pomysł zaopiniowania ministerialnych pomysłów przez samych zainteresowanych.
TAK - NIE?
Znalezienie porozumienia może umożliwić odrobina dobrych chęci. Zamiast toczyć spory na ulicach, czasami wystarczy chociaż na chwilę spuścić z tonu i ustąpić pola partnerowi w dyskusji. Partnerowi, nie przeciwnikowi, gdyż niezaprzeczalny antagonizm TAK – NIE wcale nie musi oznaczać antagonizmów między ludźmi. To taka prosta zasada, a wszyscy o niej zapominają – zarówno radykaliści jak i liberałowie, ludzie bardziej lub mniej wykształceni, politycy i przedstawiciele specyficznych środowisk. Im bardziej ich walka na słowa jest agresywna, tym mniejsze zainteresowanie ogółu budzi poruszany przez nich problem. W efekcie wszystkie dyskusyjne kwestie zostają sprowadzone do jednego poziomu – przysłowiowej dziury w całym.
Wyjście?
...Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać...