Premiera DVD - "Droga". To rzecz o ojcu i synu przemierzających post-apokaliptyczny świat w poszukiwaniu schronienia. Czy film Johna Hillcoata dorównuje prozie Cormaca McCarthy'ego trudno orzec... Nie stanowi w każdym razie jej profanacji.
Od momentu, kiedy pojawiły się pogłoski, że nagrodzona Pulitzerem powieść Cormaca McCarthy’ego będzie zekranizowana, minęły ponad dwa lata. Na ten film warto było czekać tyle czasu, w Polsce dodatkowo przewleczonym ze względu na brak premiery kinowej. O tym, że proza McCarthy’ego jest bardzo filmowa przekonali się już m.in. bracia Cohen, zgarniając szereg Oscarów za mroczny "To nie jest kraj dla starych ludzi". W tamtym przypadku niemalże każde zdanie z książki, napisanej wyjątkowo oszczędnym stylem, było przerzucone na obraz, dla podobnego efektu wyjątkowo oszczędny w muzykę. "To nie jest kraj…" opowiadał o szansie od losu, która okazuje się dla bohatera przekleństwem. Wyrazista postać drugoplanowa stworzona wtedy przez Javiera Bardema - grającego psychopatę (ale i anioła zagłady) - zapadała w pamięć na długi czas. Film dorównał książce.
"Droga" jest historią trudniejszą do przedstawienia językiem filmu, ze względu na prostotę fabuły. Zwiastun filmu bardzo bogaty w spektakularne sceny apokaliptyczne i dużo brutalnie się zapowiadającej akcji, mógł niepotrzebnie zmylić odbiorców, bo takich obrazów jest w filmie mało. To rzecz o ojcu i synu przemierzających post-apokaliptyczny świat w poszukiwaniu schronienia. Szczątkowy zarys przeszłości sprowadza się, zarówno w prozie jak i w filmie, do osobistych wspomnień bohatera. W jakiś sposób doszło na ziemi do pandemonium. Wszelka cywilizacja zaginęła, ludzie żerują na jej resztkach. Spożywają stare konserwy, bo zarówno rośliny, jak i zwierzęta niemal doszczętnie wyginęły.
Ojciec jest tu człowiekiem postawionym w skrajnej, zupełnie beznadziejnej sytuacji. Jego żona poddała się w walce odbierając sobie życie, a on sam ma już tylko dziecko które nie pamięta, bo nie może pamiętać dobrych czasów. Poza nim i synem na świecie najwyraźniej nie ma już żadnych "dobrych ludzi". Ci co przeżyli albo sami popełnili samobójstwa, albo zrzeszyli się w bezlitosne gangi, które by przeżyć posuwają się do kanibalizmu. Ojciec postanawia unikać kogokolwiek i tego uczy syna. Mając w rewolwerze dwa naboje woli zabić siebie i syna niż dać się schwytać żywcem. Jak w takich warunkach może mieć sens zachowanie w sobie
"wewnętrznego światła"?