Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3074 miejsce

Sztuka patrzenia

Wczoraj zadzwonił przyjaciel z warszawskiego radia i zapytał, czy nie zechciałbym wziąć udziału w - na razie oficjalnie nie zaplanowanej - audycji, poświęconej Leśmianowi, bo chyba nie zapomniałem o rocznicy jego setnych urodzin.

I tu muszę przyznać się, że o rocznicy zapomniałem, ale warszawski przyjaciel uczulił mnie na Bolesława Leśmiana, więc postanowiłem napisać swój felieton.

 / Fot. Rys. Wiktor ZinA więc Hrubieszów, ul. Kilińskiego nr 10, na parceli znajdują się dwa domy - duży przeznaczony dla lokatorów i mały, w którym mieszkał gospodarz tej włości, mój dziadek Szymon, mistrz malarsko-pozłotniczy, jedyny w powiecie.

Otóż warto przypomnieć, że po wojnie bolszewickiej, po roku 1921, znalezienie wolnego mieszkania było trudne. Moja mama pobrała się z Piotrem, synem Szymona, w roku 1924. We wrześniu 1925 r. urodziłem się ja. Jest mi wiadomo z opowieści mojej mamy, że wtedy dziadek przyznał młodemu małżeństwu pokój frontowy, trzyokienny, duży - a dworek, w którym ten pokój się mieści, stoi do dnia dzisiejszego, chociaż sporo już lat liczy.

Czasy były niełatwe, ludzie szukali mieszkania, mój dziadek, dążąc do stałego dopływu pieniędzy, wynajmował pokoje, więc przez dom przewijali się lokatorzy. W roku 1932 wyprowadziła się z drugiego frontowego pokoju, po przeciwnej stronie ganku, dawna lokatorka. I wtedy dziadek polecił jednemu ze swych czeladników pokój obielić. Była wiosna, otwarte okna, gdakanie kur. Ja tego wszystkiego nie pamiętam, ale wiem, że nasz sąsiad żyd Zelcer, właściciel fabryki wody sodowej, przyszedł do dziadka i powiedział:
– Mistrzu! Widzę, że znasz sprawy. Chcę ci powiedzieć, że do Hrubieszowa skierowano na urząd rejenta wspaniałego człowieka, to pan Lesman, spokojny warszawiak, a który z właścicieli nie chciałby mieć takiego lokatora? A i to panu pragnę powiedzieć, że ten rejent interesuje się teatrem i w ogóle – sztuką.
I tak, to były lata trzydzieste ubiegłego wieku, pan Lesman - rejent - zamieszkał w dużym domu, po lewej stronie. Pokój trzyokienny, wejście od strony ganku.

Tu powiedzieć należy, że słowo “zamieszkał” jest nieco zwodnicze. On tu spał, a czasem siadywał na ławce ganku. Coś pisał, bo każdy rejent musi pisać. Z relacji mamy wiem, że nowy lokator bardzo chętnie przebywał w ogrodzie pomiędzy gąszczem malinowych krzewów. Lubił tam siadać na swym składanym, powiązanym z laską siodełku. Wiem, że mój dziadek należał do ludzi, którzy zwracali mu uwagę: – Panie rejencie! Niech pan łowi ryby, a nie przygląda się staremu płotowi, tam mieszkają mysikróliki – ptaki.

Leśmian uśmiechał się spod poddartych wąsów. Inni ludzie kłaniali się i nie czekając na odpowiedź odchodzili. To moja mama zwróciła uwagę, że nasz rejent mieszkałby u nas dłużej, ale nie mógł pogodzić się z dziadkiem. Postanowił szukać okazji do wyprowadzki.

To wtedy powstał jego rapsod “Łąki”. Ponoć Leśmian nie mógł nadziwić się, dlaczego Bóg aż tak łaskawie obszedł się z łąkami. Znów muszę oprzeć się na opowieści mojej mamy. Rejent darzył ją wielkim zaufaniem, większym niż wszystkich innych. Wiem, że mama rozmawiała z nim o łąkach, ścieżkach i kwitnących tam kwiatach. Wiem, że prała mu koszule. Wiem też, że Leśmian skarżył się na dziadka, “który nie rozumiejąc rzeczy głównych, usiłuje odnaleźć miejsce dla nich”. A później zdarzyło się, że przyjechali goście z Warszawy. Mama pożyczyła bieliznę pościelową. Była tam piękna pani w okularach. Następnego dnia popłynęli łódką w górę naszej rzeki Huczwy, wrócili późnym wieczorem.

I tu wspomnienia moje kończą się, bo Leśmian wyprowadził się, mieszkał u nas osiem miesięcy. Wtedy parę domów dalej u p. Dobrzańskiego znalazło się większe mieszkanie i rejent je zajął. Znów nasz czeladnik odświeżył je. Za co dostał zbyt wielką prowizję. Tam rejent mieszkał nieco dłużej, aż przeniesiono go do Zamościa. W pamięci hrubieszowiaków pozostał jednak jako uczciwy, lecz trochę dziwny.

Wchodzę przez drzwi, które otwierają się do wnętrza pomieszczenia. Duży klucz, Leśmian też miał taki. Małe czarne pomieszczenie. To tu znajdowało się “królestwo moich dziecinnych marzeń”. Soczewka w dziurze po dzwonku, na drzwiach widziałem odwrócony obraz naszej ulicy jak w “camera obscura”. Tu widziałem studnię i perspektywę ul. Długiej, tyle że ludzie byli odwróceni nogami ku górze. Kiedyś stałem tu wpatrzony w tajemne obrazy, a mama powiedziała: – Bawisz się tak, jak nasz rejent.

A później rzeczywistość oplotła nasz hrubieszowski byt, zmienili się lokatorzy, zmarła moja babcia.
Po latach zjawił się u mamy jakiś dziennikarz i pytał o Leśmiana, a później okazało się, że nasz rejent to po prostu Bolesław Leśmian. Dziś, gdy zjawiam się w Hrubieszowie, w pokoju, w którym on kiedyś mieszkał, podziwiam naszą ulicę. Wszystko się zmieniło poza biurkiem, które pozostało i trwa z leśmianowskich czasów. Na dnie szuflady trwa napis. Odczytajcie go na zamieszczonym rysunku.

Gazeta Krakowska.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.