Facebook Google+ Twitter

Szwaczki Dziwaczki

Tekst Pawła Sali spotkał się na internetowych forach z epitetem "grafomania”. Coś w tej opinii jest na rzeczy, ale jest w niej też coś nieprzyjemnie jadowitego.

"Szwaczkom" jako tekstowi sporo można zarzucić. Pełno tam egzaltacji, pretensjonalnej poetyczności, kokietowania marnymi bon-motami, brakuje precyzji dramaturgicznej i pogłębionych motywacji w działaniu postaci. Tekst jest manieryczny w swoim bezlitosnym czarnowidztwie i pretensjonalny w mnożeniu tragicznych efektów. To wszystko prawda, ale nie cała. „Szwaczki” to tekst „dziwny”, nierówny - prawdziwe „Szwaczki – dziwaczki”, bo na przekór tym wszystkim wyniosłym krytycznym grymasom mają w sobie „coś”. Pomimo warsztatowych potknięć i nieudolności - jest w tekście Pawła Sali dusza. Jest pasja w obnażaniu ciemnej strony życia, jest współczucie dla niewydarzonych bohaterów, jest "miłość i gniew" z furią atakujące wrażliwość czytelnika.

Wygląda to na tekst młodego człowieka, którego rozpiera wściekłość na paskudną rzeczywistość, a który nie bardzo jeszcze radzi sobie z formowaniem tego w konstrukcję dramaturgiczną. Czy Paweł Sala jest tzw. "młodym twórcą" pozostawiam jako kwestię otwartą. Nie o "młodość metrykalną" mi tutaj chodzi. Śledzę uważnie tzw. "polską dramaturgię współczesną" i wydaje mi się, że jest w twórcach "pokolenia porno" coś co zasługuje na szacunek i czemu należy oddać sprawiedliwość. To jest coś co określiłabym jako bezkompromisową złość na rzeczywistość, która wylęgła się z demokratycznego jaja w latach dziewięćdziesiątych. Teatr często karmił się złością i buntem i na ogół wychodziło mu to na dobre. Dla mnie jako teatrologa było do bólu ciekawe jak ten dziwny twór sprawdzi się na scenie. Z duszą na ramieniu zasiadłam na widowni Sceny w Malarni i czekałam na klęskę. Klęski nie było.

Teatr ożywił drewniane dialogi, co trzeba wyrzucił, co trzeba wzmocnił a co trzeba zmienił. Reżyser chwycił się tego co pozwoliło tekst uratować - pracy z aktorami. „Szwaczki” wystawione na scenie wiele im zawdzięczają. To oni muszą uwiarygodnić sytuacje niewiarygodne, znaleźć środki, które pozwolą uwierzyć widzowi w rzeczy nie do uwierzenia. Czy można zabić własne dzieci (Szwaczka 3) i żyć z tym piętnem dalej, ciągle szukając miłości spełnienia i topiąc wyrzuty sumienia w hektycznej, erotycznej gorączce? Annie Kadulskiej udało się niemożliwe. Zagrała postać brutalną, chamską, pełną wulgarności i szaloną a jednocześnie czułą, pełną tęsknoty za wielkim uczuciem, zdolną do poświęceń. Scena w której Szwaczka 3 podjudza koleżanki do zbiorowej orgii sprawia wrażenie jakby pijąc i niszcząc walczyła na śmierć i życie. O co? O resztki godności, którą na tym etapie rozpaczy daje już tylko wściekłość i szyderstwo. W wykonaniu Anny Kadulskiej, jest w tej postaci coś z bohaterki Dostojewskiego, ból, „dzikość serca” i czułość zarazem. Wielka rola.

W szwalni, gdzie baby klną, złorzeczą świntuszą pojawia się postać z „innego świata” – Maria Miracle. Coś jakby zbiorowy sen prostego człowieka o szczęściu. „Pani z telewizji”, dama robiąca ekskluzywne zakupy, „Wróżka Eufilina” znająca tajemnice przyszłości i Matka Boska od Dobrobytu . Coś jakby wybudowany w marzeniach iluzyjny rewers szkaradnej rzeczywistości. Trująca obietnica łatwej życiowej wygranej i figura naiwnej nadziei, pozwalająca przetrwać w codziennej szarości. Ryszarda Celińska szkicuje postać na granicy kiczu, z wielkim wyczuciem formy, przerzucając się brawurowo z postaci w postać, raz jako agresywna „newsowa” dziennikarka, to znowu debilnie radosna moderatorka telewizyjnego show, wreszcie „fałszywa Madonna”, kusząca łatwymi obietnicami szczęścia i przemawiająca frazami jak z narodowo – katolicko – konserwatywnej ambony. Postać Marii zbudowana pomiędzy świętym współczuciem i przewrotną drwiną ma w sobie coś demonicznego i niepokojącego. Pięknie wygenerowane światłem i scenografią sceny bardzo sugestywnie (momentami dowcipnie) oddają wątek „magicznego myślenia” bohaterek. Temat religijny obecny w tekście bardziej jako ironiczny komentarz do znanych z gazet fenomenów „objawień Matki Boskiej na szybach” w przedstawieniu nabiera nieoczekiwanej powagi za sprawą Bogusławy Murzyńskiej, Doroty Chanieckiej i Marcina Szafarza. Każde z nich na swój sposób czegoś chce od opatrzności. Piękna jest scena, w której sponiewierany przez szwaczki Krojczy (Marcin Szafarz) „nadaremno wzywa imienia”.

Scena w czytaniu nieznośnie pretensjonalna – w teatrze broni się prawdziwie wygenerowanym wewnętrznym napięciem i dobrym pomysłem na zilustrowanie rozpaczy wybuchem niszczycielskiej agresji. Oryginalnie naszkicowany wątek rodzącej się miłości pomiędzy Szwaczką 3 (Anna Kadulska) i Krojczym (Marcin Szafarz) znajduje ekspresyjną kontrę w scenie gwałtu, gdzie widać karykaturalne "wcielenie w real" poprzedzających orgię miłosnych subtelności. W scenie pomiędzy Szwaczką 3 i Krojczym dobrze widać różnice między literaturą i teatrem. Tekst jest wulgarny i brutalny, w teatrze udało się znaleźć ton piękny i prawdziwy. Romeo i Julia w szwalni? Już sama idea (o wykonaniu nie wspomnę) daleko lepsza niż na naszych serialowych salonach i dworkach . Tekst mówi o nędzy, ludziach zdesperowanych i sponiewieranych przez biedę, ich prymitywizmie na granicy zwierzęcości, ludziach szukających i nie znajdujących w religii łatwego pocieszenia - teatr dodaje tu swój komentarz - akcentuje mocno pozytywne motywacje postaci, pokazując „skurwienie” dobrych intencji przez warunki w jakim przyszło im żyć i działać.

Literatura ironizuje na temat „naokiennych objawień” Matki Boskiej – teatr akcentuje tu coś pięknego – naiwną tęsknotę bohaterów za absolutem. Widać, że reżyser poprowadził aktorów z wyczuciem i konsekwentnie, w linii konkretu, w miejsce poetyckich upiększeń tekstu Przykład? Scena „auto stopu” w którą został ubrany nieznośnie „rozpoetyzowany” w tekście monolog Szwaczki 1. Andrzej Celiński jako scenograf przydał przestrzeni zdolność przekształcania się z ohydnej industrialnej nory, w pełne słodyczy i magii empireum marzeń o szczęściu. Jak to się dzieje że z tych drutów, rur, żelaznych siatek wydobywa się za sprawą oświetlenia czar tysiąca i jednej nocy – to jest tajemnica sceny. Jak to się dzieje, że z poszarpanego, momentami ekspresyjnego a momentami banalnego tekstu wyszło dobre i poruszające przedstawienie? Chyba wiem. Reżyser i aktorzy podeszli do literatury z sympatią, nie z poczuciem wyższości, ignorując słabości tekstu i skupiając się na jego zaletach. Jak widać interpretacja jest w teatrze wszystkim.

Paweł Sala powinien postawić kolegom z teatru dużą wódkę. Jedyna rzecz niepotrzebna tak w tekście jak w przedstawieniu to wątek „kobiet uwięzionych pod podłogą” dziwaczna metafora zniewolenia, którą Andrzej Celiński próbował odpoetyzować, sprowadzając do konkretu jakiejś dostawy „żywego towaru” do pracy (kobiety w kontenerze). O to jedno za wiele. Nie tylko bezkrytyczna wiara w Matkę Boską na szybie ale i wiara w niepokalaną mądrość tekstu dramatycznego powinna mieć swoje ograniczenia. Magdalena Wójcik Freelancer Ltd.

Paweł Sala „Szwaczki”
Teatr Śląski w Katowicach
reżyseria i scenografia Andrzej Celiński

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.