Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

870 miejsce

Tadeusz Kwinta: "Nigdy w życiu nie nudziłem się na scenie"

Z wybitnym aktorem Tadeuszem Kwinta rozmawiałem m.in. o Piwnicy pod Baranami, cenzurze w czasach PRL, kultowych programach pt. "Przybysze z Matplanety” i "Po prostu muzyka", monodramie "Mały Książe", wykładzie o słowie k.....

"Duch Piwnicy pod Baranami pozostaje bez zmian"


Tadeusz Kwinta / Fot. mat. ze zbiorów artystyAdam Sęczkowski: Powróćmy pamięcią do 1956r. i zróbmy sobie sprint do roku 2017. Jak bardzo zmieniały się wartości, pomysły i cele artystów związanych z "Piwnicą pod Baranami"?
Tadeusz Kwinta: Dzisiejszą "Piwnicę pod Baranami" nazywam prywatnie Opus 4, bo tak mniej więcej zmieniają się pokolenia. Co kilka lat automatycznie jak gdyby troszkę zmienia się jej charakter. Gdy rozpoczynaliśmy w roku 1956 była nas mała garstka. Piwnica powstała z chęci bycia ze sobą młodych ludzi, którzy byli pełni fantazji, nadziei i przekory wobec tego co nas otaczało, a więc szarej, burej, ponurej rzeczywistości. Szukaliśmy swojego świata, chcieliśmy doświadczyć czegoś co się nazywało emigracją wewnętrzną. Byliśmy grupą przeróżnych ludzi, bo oprócz studentów Wyższej Szkoły Teatralnej byli także malarze, historycy sztuki, prawnicy, architekci. Nazwiska wielu z nich trafiły potem do encyklopedii jak np.: Krzysztof Penderecki, Bronisław Chromy, Mariusz Chwedczuk, Kazimierz Wiśniak, Jerzy Vetulani czy Krzysztof Zrałek. Okazało się, że to co w nich już wtedy drzemało stało się wartością uznawaną nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Uprzątnęliśmy węgiel z brudnej piwnicy, którą nam pozwolono zajmować i przychodziliśmy do tego miejsca. Przynosiliśmy swoje wiersze, żarty muzyczne, humoreski. Spotykaliśmy się przy kominku, przy świecach, bo nie było tam wtedy elektryczności i w ten sposób spędzaliśmy nasz młodzieńczy czas. Ilu nas wtedy było? Na pewno byli: Wiesław Dymny, Krzysztof Litwin, Basia Nawratowicz, Kika Lelicińska, Joanna Olczakówna, Janina Garycka, Rajmund Jarosz, Ryszard Fischbach, ja i jeszcze trochę "szalonych przyjaciół". Z czasem narodził się pierwszy program "Piwnicy pod Baranami" pod tytułem: "Polska stajnia narodowa". Ten kabaret bawił przede wszystkim nas i powiększające się grono naszych przyjaciół. Dziś myśląc o kabarecie mamy skojarzenia takie jak: showbiznes, wielka widownia, występy w całym kraju, kariera, drogie bilety, i duże pieniądze. My występowaliśmy za darmo, najwyżej po programie składaliśmy się wszyscy na wspólne wino. To zupełnie inna rzeczywistość. Ta niewielka ilość osób w kabarecie dawała każdemu z wykonawców możliwość pełnego zaprezentowania się. Proszę sobie wyobrazić, że te 6-7 osób, wypełniało swoimi tekstami, i tak zwanymi numerami 1,5-2 godzinne przedstawienie. Było bardzo dużo zabawy słowem, językiem, gry skojarzeń, używania aluzji i podtekstów. Wprowadzaliśmy poezję, której nie było w ówczesnych oficjalnych występach estradowych. Wykorzystywaliśmy także autentyczne teksty np. wpisy do tzw. książki skarg i zażaleń, raporty milicyjne, przedwojenne reklamy różnych produktów czy fragmenty autentycznych, aktualnych przemówień, jak np.: Dmitrija Szepiłowa, ze zjazdu KPZR w sprawie wyższości socrealizmu nad zgniłą sztuką Zachodu. Dowcip polegał na tym jak to powiedzieć i jak to ludzie odbierali. Pamiętajmy, że była bardzo ostra cenzura. Byliśmy inwigilowani przez władze, ale mieliśmy swój klucz, którego używaliśmy do rozmów z widzami. Najczęściej Ci, którzy nas inwigilowali nie rozumieli naszych dygresji więc nie mogli się do niczego przyczepić. Pamiętam jednak, że kiedyś gdy cytowałem wspomnianego Szepiłowa, a na widowni była grupa radzieckich oficjeli, nagle ktoś zaczął pukać w okno i krzyczał: "wpuście nas, bo mamy tutaj grupę Węgrów". A było to w pamiętnym 56-tym roku. Wtedy oficjele w popłochu, ze strachem wyszli z Piwnicy, bo wyglądało to na ogromną prowokację, która nie wiadomo jak by się skończyła. W tamtych czasach bawiliśmy się przede wszystkim słowem, a piosenka była swego rodzaju dodatkiem, żartem, pastiszem. Tak było, aż do chwili kiedy w "Piwnicy pod Baranami" pojawili się muzycy z prawdziwego zdarzenia. Dotychczas muzykę pisał Krzysztof Litwin czy Janek Guntner, a w zasadzie każdy mógł napisać jakąś melodię. Gdy pojawił się Zygmunt Konieczny, zaczęliśmy inaczej traktować piosenkę. On zaczął komponować muzykę do poezji Baczyńskiego, Tuwima czy Burnsa. Z początku nawet wielu krytyków miało do nas pretensje, że nie można poezji traktować jako tekstu piosenki. Otóż można jeśli robi się to z talentem. Potem śpiewała u nas m.in. Ewa Demarczyk i to też sprawiło, że piosenka w "Piwnicy pod Baranami" nabrała innej rangi. Pamiętam jak pewnego dnia Piotr Skrzynecki wyjechał do Paryża, każdy z nas też miał swoje zajęcie i okazało się, że ze sporego już zespołu jest tylko garstka ludzi i nie miał kto poprowadzić kabaretu. Jurek Vetulani wymyślił wtedy pojęcie Rewii Piosenek i ją poprowadził. Mieliśmy tak dużo materiału śpiewanego, że to wykorzystaliśmy. Rewia trwała jakiś czas, do przyjazdu Piotra, który poczuł się trochę zaniepokojony, że tutaj wyrasta jakaś konkurencyjna działalność (śmiech). Mijają lata, jedni ludzie odchodzą, drudzy przychodzą, ale na widowni podczas występów "Piwnicy pod Baranami" praktycznie nie ma pustych miejsc. To jest trochę jak z piaskiem nad morzem. Przychodzi fala, zalewa ten piasek, ale za chwilę ponownie odsłania nowe drobinki. Dziś wśród nas, w zespole jest masa utalentowanych ludzi z wykształceniem muzycznym, wykonawców i kompozytorów, co sprawia, że prezentujemy bardziej program poetycko-muzyczny niż tekstowy. Duch "Piwnicy pod Baranami" pozostaje jednak bez zmian. My nadal czujemy to cudowne szaleństwo i mamy w pamięci uśmiech Piotra Skrzyneckiego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.