Facebook Google+ Twitter

Tadeusz Nowak: Powinno umierać się za słowo

Rozmowę z poetą Tadeuszem Nowakiem przeprowadziłem w Tarnowie, w mieszkaniu brata poety tuż przed śmiercią Tadeusza Nowaka w 1991 r. i prawdopodobnie był to ostatni wywiad jaki udzielił mediom. Wywiad opublikował regionalny tygodnik.

Józef Komarewicz: Proponuję Panu wędrówkę do źródeł. Na lekcjach języka polskiego młodzież najczęściej zaczyna poznawać literata od tego, gdzie się urodził. Wędrując do Pańskiego miejsca urodzenia - Sikorzyc, chciałbym prosić o własne spojrzenie na tę okolicę.
TADEUSZ NOWAK: Te tereny położone między Kisieliną, Dunajcem i Wisłą zawsze zawsze były przyjazne człowiekowi. Nie ma tu pagórków. Ziemia łatwiejsza do uprawy. Zadziwiające jest to, że przy ujściu Dunajca toczyło się wiele bitew. Pomijam domniemywane bitwy średniowieczne, ale przecież miały tu miejsce walki z czasów wojen szwedzkich, czy z okresu I wojny światowej. Po jednej stronie wsi spotyka się cmentarz Austriaków, a po drugiej - prawosławnych walczących za Mikołaja. Interesujące jest również to, że na tym terenie zbierały się sztaby wojskowe - austriacki, cesarski i w konsekwencji Piłsudskiego, aby zorientować się w sytuacji. Mieli dobry wgląd w Kongresówkę i dobrze było widać Kraków. Tak więc tereny położone nad Dunajcem i Wisłą pełniły rolę centralnego punktu regulującego sytuacje wojskowe.
J.K.: A jeśli popatrzymy na lata okupacji ...
TADEUSZ NOWAK: Istniała na tej ziemi prawdziwa partyzantka jędrusiowska, wydawane były również pierwsze gazetki Związku Walki Zbrojnej, które później drukowano w piwnicy moich rodziców. I gdyby nie ta armia chłopska, kierowana przez zawodowców, nie można by mówić dziś o udanej akcji V-2.
J.K.: Ziemia ta zrodziła wielu światłych ludzi, działaczy ludowych.
TADEUSZ NOWAK: Chociażby Jakub Bojko, utalentowany również literat czy mój wujek - Stanisław Miłkowski, twórca agraryzmu. To on myślał o stworzeniu autentycznej gospodarki chłopskiej, której wzorów należałoby szukać w Danii oraz krajach skandynawskich. Protestował przeciwko kolektywizacji, tej stalinowskiej, i gospodarstwom obszarniczym.
Przecież z tej ziemi pochodził Witos. Obecnie jakby odszedł w cień historii, ale kiedyś jego legenda była o wiele żywsza. Mając w domyśle Witosa, myśleliśmy o naszych sprawiedliwych władcach piastowskich. Kazimierz Wielki, "król chłopów", uświadomił im godność i podniósł rangę wszystkiego tego, co jest w ich zapleczu kulturowym. To nie tylko malowanki na szkle, ale również rzemiosło. Za czasów witosowskich i po wojnie rękami chłopa robiło się wszystko, od sznura konopnego, drewnianej łyżki, sznurówki poczynając.
Wreszcie owa wieś położona nad Kisieliną, Dunajcem i Wisłą potrafiła chodzić w strojach ludowych. Obowiązywał strój krakowski. Kobiety w sznurowanych butach na wysokich obcasach i w gorsetach. Pamiętam, jak chłopi wyciągali sukmany. W takich samych ongiś szli bić Moskali.
Znane jest powiedzonko - co wieś, to pieśń. Śpiewano przy łuskaniu grochu, przy darciu pierza. Ileż to kobiety potrafiły wymyślać baśni, i to tak na podorędziu. Nic nie wiedziały o istnieniu baśni z tysiąca i jednej nocy, a niejako je powtarzały, tworząc swoje z duchem, który straszył w stodole, baśnie z łąki, błoni czy też Dunajca. To wszystko było w naszym pomyślunku tworzeniem wielkiej chłopskiej epopei.
A pieśni weselne tworzone po to, żeby się bawić, cieszyć, miłować to, co w polu i utajone w sercu, a przyśpiewki tworzone na podorędziu, zaczepić sąsiadów, najbliższych ukochaną, żeby odpowiedział tym samym? W przyśpiewkach chodziło tylko o nawiązanie przyjacielskiej gawędy.
J.K.: Dla pisarza to bogactwo kulturowe jest najlepszym tworzywem.
TADEUSZ NOWAK: Uświadomiłem sobie je dopiero, gdy zacząłem pisać prozę. Postanowiłem to wszystko przekazać w pierwszych opowiadaniach, swoich powieściach, a zwłaszcza "A jak królem, a jak katem będziesz". Ustami mojego stryjka, który prowadził partyzantkę. Miłkowskiego, Jędrzeja Cierniaka. Po przeczytaniu "A jak królem, a jak katem będziesz" matka dziwiła się, że tak wiele pamiętam z topografii ówczesnej mojej wsi i wsi okolicznych, że pamiętam nawet o drobiazgach takich, jak przełazki w płotach ogradzających błonia, kolorystykę tybetek, sposób ich noszenia.
J.K.: W jednym z wywiadów twierdzi Pan, że poezja kojarzy się z kunsztem złotnika, wytwórcy drobnych ozdób a proza z solidnym rzemiosłem na usługach szerokiego ogółu.
TADEUSZ NOWAK: Może tak to sprecyzuję. I poezja, i proza wymagają bardzo dobrych rąk rzemieślniczych, wrażliwych i czułych, tak jakbyś robił but na własną nogę, jakbyś majstrował zegarek, który cię nigdy nie zawiedzie.
J.K.: Na Pańskiej drodze był też epizod, nazwijmy go umownie tarnowski. Na spotkaniu autorskim w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej jedna z pań poinformowała, że niedawno zmarła profesor Rasakowa trzymała jak relikwię Pański zeszyt do języka polskiego. Teraz - ów tarnowski epizod może nie być dla Pana tak istotny, ale czy możemy go sobie przypomnieć?
TADEUSZ NOWAK: Zaraz po okupacji, w lutym, jechaliśmy do Tarnowa wozami wyładowanymi torbami z mąką, grochem, fasolą. Nie brakowało modlitw matczynych. Żeby to wszystko się udało... Sądzę, że żaden z chłopów nie spodziewał się tak szerokiego otwarcia wszystkich bram gimnazjalnych i uczelnianych. W każdym razie marzyło się to przez wiele, wiele lat po odzyskaniu niepodległości w osiemnastym roku i później. Niestety, przez długi czas przed dziećmi chłopskimi bramy te były zamknięte. Byliśmy chyba pierwszymi dziećmi chłopskimi, które jechały do miasta już nie z tym nastawieniem ojcowskim, że dziecko wykształci się na pana, że będzie dobrze zarabiać i pomagać temu rodzeństwu, które zostało na wsi, ewentualnie dokształcać się, albo kapnie jakimś groszem i dokupi się ćwiartkę pola albo pół morgi, może cielną krowę albo też konia.
Jechaliśmy z myślą działaczy organizacji wiciowej, że dzieci chłopskie, kształcone za grosz ciężko wypracowany, powinny być wsparciem dla tych którzy przez dwa, trzy wieki a może przez cały czas próbowali dobić się do Polski, żeby być pełnymi obywatelami tego kraju, i to przez długi czas jakoś się nie udawało.
J.K.: Jakie wrażenie zrobił na Panu Tarnów?
TADEUSZ NOWAK: Na szczęście miasto nie było zrujnowane, nawet, o ile sobie dobrze przypominam, było dobrze zaopatrzone - żadnych problemów z dostaniem jakiejkolwiek wędliny. Jak się miało parę groszy, szło się do masarni, gdzie cięto maszyną pięć albo dziesięć deka szynki. Kupowało się bułkę, smarowało masłem i wszystko było w porządku. Pamiętam, że zaopatrzono mnie w drewniany kuferek po niemieckich pociskach artyleryjskich. Znalazły się w nim - "Pan Tadeusz", którego podczas okupacji nie zdążyłem przeczytać, opowiadania Władysława Orkana i była też książka - "Przepowiednie królowej Saby". O niej to wspominam w swojej prozie, bo w czasie okupacji te przepowiednie jakby nas wspomagały. W Tarnowie rwałem się do książek, w bibliotece bardzo dużo było tomików poetyckich, sporo utworów Kochanowskiego, wszystkich poetów romantycznych i bardzo dużo wierszy młodopolskich. W owym czasie pisałem ogromne poematy epickie na wzór tych z Młodej Polski. Chciałem opisać przede wszystkim to, co dotyczyło mojej ziemi. W 1949 wyciągają parę wierszy z tego kuferka, wysłałem je do pisma organizacji wiciowej. Prawdziwym debiutem była jednak publikacja w 1949 r. w dwunastym numerze "Twórczości", prowadzonej przez Kazimierza Wykę. I tak się zaczęło moje literackie nieszczęście.
Czasy w Tarnowie były wtedy interesujące politycznie. Tu się działy naprawdę ciekawe rzeczy. Były przecież trzy wielkie partie - PSL, PPR i PPS, trzy organizacje młodzieżowe - ZWM, OMTUR i organizacja wiciowa. W gimnazjum mieliśmy gazetkę (którą opiekowała się profesor Rasakowa). Na jej łamach toczyła się ostra walka polityczna. Każdy był za jakąś partią, miał kogoś ukochanego, w kogo święcie wierzył. Był to też czas wyjątkowo gorący i niespokojny. Do czerwca 1945 mieszkałem przy ulicy Krakowskiej. W bocznej ulicy znajdował się urząd bezpieczeństwa i NKWD. Oni jak się spili, to zaczynali do siebie strzelać z karabinów maszynowych. Działała też banda Ognia. Zresztą ten teren, objęty jakoby początkami wojny domowej, sięgał aż po ujście Dunajca. Każdy z nas próbował wejść w to nowe życie, które naprawdę się rodziło. Wierzyliśmy, że jakoś się powiedzie, że wszystko opierać się będzie na tej zasadzie wypielęgnowanej przez wiele serc i umysłów w okresie dwudziestolecia międzywojennego, że ten kraj, ten naród będzie prawdziwie obywatelski, że będzie miejsce dla każdego, że każdy będzie miał prawo wypowiedzieć to, co mu leży na duszy i sercu, co ma na języku i nie będzie za to żadnych konsekwencji. Niestety już te pierwsze lata udowodniły co innego. Prawie każdy co bogatszy chłop był wzywany do Urzędu Bezpieczeństwa. Ten pomyślunek na prawdziwą Polskę, na prawdziwy kraj, powrócił teraz. Po tych wszystkich przepychankach mamy wielką szansę, ażeby zacząć - od nowa. Może trochę za późno. Szkoda tego zmarnowanego czasu. Nie ma w wielu już tego zapału, tego rozpalonego ogniska, nad którym pochylający się człowiek mógł się ogrzać.
J.K.: Pańskim zdaniem politykowanie w literaturze nie jest takie ważne. Buduje się ją z próby pełnego zdania sobie sprawy z tego, jakim jest się człowiekiem, rozeznania się w swoim wewnętrznym lesie.
TADEUSZ NOWAK: Nie przepadam za politykowaniem. Ojciec przestrzegał mnie przed tym. Większość prozaików ucieka w swoje zaścianki.
J.K.: Każdy poeta broni do końca pewnych wartości, za które by oddał życie...
TADEUSZ NOWAK: Trudno mi na to odpowiedzieć. Sądzę, że mówiąc ustami Josifa Brodskiego, zeszłorocznego laureata Nagrody Nobla, właściwie powinno umierać się za słowo. Za własne słowo. A jeśli kochasz poezję, kogoś ci bliskiego - to również umierać za tamte słowo.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.