Facebook Google+ Twitter

Tak funkcjonuje polska baza w Iraku

Piotr Biegała opisuje jak wygląda życie polskich żołnierzy w irackim Al Kut w prowincji Wasit. W dużej bazie wojskowej stacjonuje wielonarodowa dywizja pod polskim dowództwem. - Miałem okazję spędzić w bazie jakiś czas i obserwować jak działa taki wielonarodowościowy organizm - pisze Piotr.

Wschód słońca nad Irakiem. / Fot. Piotr BiegałaBaza zajmuje olbrzymi obszar - na jej środku znajduje się duże lotnisko z dwoma pasami startowymi. Nie powstała z dnia na dzień na potrzeby naszych wojsk - to stara baza wojskowa z czasów Saddama Husejna, nie używana od operacji Pustynna Burza w 1991 roku. Wojska koalicyjne odbudowały ją częściowo, w miarę potrzeb. Dziś stacjonuje tutaj część wojsk polskich oraz spora grupa żołnierzy z takich państw, jak Salvador, Ukraina, Armenia, Rumunia, Kazachstan, USA,

Imponująca jest precyzja szwajcarskiego zegarka z jaką działa logistyka bazy. Wszystko zapewnia armia amerykańska - co ciekawe - rękami prywatnej firmy KBR. To ona odpowiada za niemal wszystko co potrzebne żołnierzom. Są prysznice i toalety - myte i dezynfekowane raz na 24 godziny i kontrolowane co kilka godzin. Żaden kran nie ma prawa ciec - jeśli się taki zdarza - po kontroli przyjeżdża hydraulik i go wymienia. Woda ciepła i zimna jest zawsze, z tym że z zimną pod koniec dnia bywają problemy - słońce nagrzewa wodę w zbiorniku do około 30 st. Woda do zbiorników dowożona jest kilka razy dziennie wielkimi cysternami. Baza nie ma bowiem systemu wodociągowego i kanalizacyjnego. Nie zdarzyło się, aby wody w zbiorniku zabrakło - cysterny krążą cały dzień po bazie i sprawdzają każdy zbiornik. Jeśli brakuje - natychmiast tankują go do pełna.

Wszelka biurokracja jest ograniczona do absolutnego minimum, żołnierze jej po prostu nie widzą. Jeśli coś jest potrzebne - wystarcza jeden telefon lub jeden druczek - pożądana rzecz jest w ciągu góra 24 godzin. Najczęściej szybciej. Zepsuła się klimatyzacja? Telefon. Ekipa jest za 2-3 godziny i naprawia. Klimatyzacja musi działać. Baza nie ma też centralnego systemu energetycznego. Wszędzie stoją agregaty prądotwórcze dużej mocy. Pracują na okrągło. Raz na 3 tygodnie każdy jest wyłączany na około godzinę. Przechodzi wówczas serwis i ponownie rusza do pracy. Prądu nie może braknąć.

Duże wrażenie robi pralnia. Po prostu zawozimy ciuchy do prania, wkładamy do siatki, składamy podpis na kwitku potwierdzającym i po 24 godzinach odbieramy czyste ubrania. Polscy żołnierze zachodzą w głowę jakimi detergentami traktowane są ubrania, skoro dopierane są nawet kombinezony robocze. Jedyne czego pralnia nie robi to prasowanie. Ale za to ubrania odbieramy porządnie złożone. I nie zdarza się żeby coś zginęło.

Żołnierz głodny to żołnierz zły


Drzewko drogowskazów - do domu daaaaaaaaaleko.... / Fot. Piotr BiegałaPora więc na posiłek. Są cztery w ciągu doby. Śniadanie, lunch, obiadokolacja i tzw. midnight. Ten ostatni rozpoczyna się około północy. Wszystkie posiłki są do siebie w pewnym sensie dość podobne - Polacy nazywają to "cztery obiady na dobę". Nie spotkamy na stołówce kanapek z szynką, zupy, czy ziemniaków. Po wejściu bierzemy tacę, zestaw jednorazowych sztućców i plastikowy talerz jednorazowy. Część potraw wydają kucharze, część pobieramy sami. Jemy to na co mamy ochotę - przykładowy posiłek to może być stek, gotowana kukurydza, ryż z sosem curry (do wyboru chicken curry, fish curry, turkish curry i jeszcze parę innych), kto lubi - może zjeść spaghetti albo drobiowe skrzydełka na ostro. Do tego owoce - pełen wybór - ananas z puszki, ananas surowy, arbuz, pomarańcze, banany, sałatka owocowa. Sałatek warzywnych nie będę nawet wymieniał – wspomnę, że są ogórki kiszone. Do posiłku warto coś wypić – w kantynie stoją wielkie lodówki, a w nich do wyboru – gazowane napoje kolorowe obu wielkich koncernów, woda mineralna, 10 różnych soków owocowych (wszystkie stuprocentowe), napoje mleczne. Oczywiście również obok jest kawa, herbata, czekolada na gorąco, itd. A jak już żołnierz czuje się najedzony to pora na mały deserek. Ciastko? Jakie? Sernik, może napoleonka, albo coś innego? A może lody? Są w sześciu smakach, a do tego do wyboru kilka różnych dodatków, w tym np. polewa ze świeżych truskawek. Kulinarne rozpasanie. Z drugiej strony - obiektu tak strategicznego jak dobra kuchnia żołnierze bronić będą do upadłego. Żołnierz je tyle ile chce. Repet może pobrać dowolną ilość. A jak lubi coś przegryźć między posiłkami - bierze styropianowy pojemniczek i pobiera co mu potrzebne na wynos.

Stołówka powala na kolana, wszystko błyszczy czystością, obsługa porusza się jak duchy - niczego nie może braknąć. Napoje w lodówkach uzupełniane są na bieżąco, sałatki i owoce też. Raz na kilka dni można też dostać na stołówce kraby, krewetki i inne potrawy egzotyczne. A jeśli ktoś lubi hot-dogi i hamburgery? Nie ma problemu - są w każdej chwili. Długo szukałem jakiejś wady. Znalazłem po miesiącu - monotonia... W pewnym momencie zaczyna się marzyć o fasolce po bretońsku, zwykłym chlebie z szynką, schabowym...

Wychodząc ze stołówki możemy pobrać ze specjalnego stojaka formularz w naszym języku narodowym i ocenić stołówkę (jakość jedzenia i jakość obsługi), stację obsługi pojazdów, obsługę pralni, itd. Formularze są w każdym języku jakimi posługują się żołnierze wielonarodowej dywizji.

Co ciekawego czeka w takiej bazie?


Samochody - coś dla miłośników motoryzacji. Do wyboru mamy Chevrolety i Fordy w wersjach wyłącznie terenowych. Same potężne pick-up'y lub kombi. Klasycznych aut osobowych nie ma. KBR dostarcza duże, typowo amerykańskie maszyny z silnikami rzędu sześciu litrów. Każdy obowiązkowo z klimatyzacją i automatyczną skrzynią biegów. Bo po bazie nie chodzi się pieszo. Raz, że wszędzie daleko, a dwa, że gorąco jak w piekle... A co zrobić jak taki smok wyssie już całe paliwo ze zbiornika? Wystarczy pojechać na stację i za pomocą jednego podpisu napełnić zbiornik po korek. Nikt nie żąda rozpisanych kilometrów, rozkazów wyjazdu i temu podobnej biurokracji. Raz na jakiś czas autem trzeba udać się do stacji obsługi. Tam siadamy wygodnie w cieniu i delektujemy się np. fajką wodną. W tym czasie auto wjeżdża na stanowisko serwisowe. Wymiana oleju, sprawdzenie klocków hamulcowych, oględziny innych - ważnych podzespołów. Jeżeli wszystko w porządku - jeszcze tylko mycie i odbieramy auto. Jeden podpis i można jechać

Pojedziemy na zakupy. Do dyspozycji mamy kilka arabskich sklepików. W nich mydło i powidło. Sklepiki te rozczarowały mnie najbardziej - zalane są chińską tandetą. Nie znajdziemy w nich wyrobów arabskich. Nawet fajki wodne są z Chin. Robienie zakupów z irackim sprzedawcą to cały rytuał. Co ciekawe dogadać można się po polsku, angielsku albo płynnym rosyjskim. Kiedy kupujemy jedną rzecz - zapłacimy za nią drożej. Kupując kilka - można mocno zbić cenę. Wszystkie ceny są umowne. Każdą trzeba targować. Inaczej tracimy szacunek w oczach sprzedawcy. Zauważyłem, że bardzo miło i sympatycznie obsługiwani są właśnie Polacy. Łatwiej zbijają ceny, sprzedawca jest bardziej elastyczny. Amerykańscy żołnierze nie mają tak różowo - Irakijczycy dobrze wiedzą, że ich żołd jest wysoki i skwapliwie to wykorzystują.

Niestety, w bazie w Al Kut nie ma amerykańskiego marketu. Czasami przyjeżdżał objazdowy, ale stały dopiero ma być. Stali bywalcy misji twierdzą, że można w nim trafić niezłe okazje np. tanie laptopy...

Bardzo miłym akcentem jest wszechobecna wzajemna sympatia żołnierzy, bez względu na to z jakiego kraju są. Idąc na stołówkę boli ręka od pozdrawiania mijanych żołnierzy. A chyba każdy Salwadorczyk postawił sobie za punkt honoru powiedzieć do mijanego polskiego żołnierza "Cieść". Szalenie miłe. Obsługa stołówki, czy pralni też doskonale zna polskie liczebniki - "chcieś dwa omlet?" lub "ćtery kosiulki".

Gorąco jak w piekle


Krajobraz bazy. / Fot. Piotr BiegałaWspomniałem, że jest gorąco. Jeśli ktoś nigdy nie był w ciepłym kraju - to nie zdaje sobie sprawy z tego jak jest gorąco. Spróbuję więc opisać upał jak najbardziej obrazowo. Słońce wschodzi około 5:30, zachodzi zaś o 19:30 (godziny dla miesiąca maja). W południe, termometr w cieniu, osłonięty od wiatru - wskazuje 48-50 stopni. Temperatura taka panuje do ok. 19. Wówczas słońce zaczyna szybko zjeżdżać w dół. Ale kiedy zajdzie i zrobi się ciemno - wcale nie jest chłodniej. Bowiem ziemia i budynki są tak nagrzane, że w ogóle nie odczuwamy poprawy. Betonu na ziemi można bezpiecznie dotknąć dopiero około północy. Wtedy też panuje przyjemny chłodek - jakieś 30-35 stopni. Naprawdę przyjemnie jest jednak dopiero przed wschodem słońca - w okolicy godziny 5. Wówczas można poczuć na sobie lekko chłodny wietrzyk. W ciągu dnia ten wietrzyk zamienia się w parzący, silny wiatr. Podsumowując - człowiek czuje się w tych warunkach jak kurczak w piekarniku z termoobiegiem. Na szczęście jest bardzo niska wilgotność i nie jest duszno. Można się do tego przyzwyczaić, ale to duży wysiłek dla europejskiego organizmu.

Wyjście na zewnątrz bez dobrej klasy okularów przeciwsłonecznych powoduje, że poruszamy się "na macanego" - chwilami uchylając jedno oko. Nie dość, że oślepia słońce, to jeszcze wiatr zapyla oczy kurzem. Okulary muszą być dość duże, dobrze osłaniające oczy i z naprawdę dobrym filtrem. Najlepiej sprawdzają się alpinistyczne ze skórzanymi bocznymi osłonami. A jeśli zdarzy się zapylić oko - sól fizjologiczna i płuczemy...

Jeżeli ktoś nie lubi robactwa - nie powinien tu przyjeżdżać. Jest mnóstwo "zwierzątek" jakich osoby co wrażliwsze nie chciałyby zobaczyć nawet przez grube szkło. A większość tego towarzystwa gryzie. Czasem boleśnie. Taki na przykład pająk wielbłądzi. Nazwę bierze od swojego zwyczaju pozostawania w cieniu - otóż pająki te towarzyszyły karawanom i podążały w cieniu idących wielbłądów - taką wersję powstania nazwy słyszałem. Osiąga on prędkość 15 km/h i ma dość potężne szczęki, którymi boleśnie gryzie. Kiedy "złapie" cień człowieka - podąża za nim. Ma się wrażenie, że pająk nas goni, aby zaatakować - brrrrr. Żeby groza była pełna - osiąga do 20 cm średnicy. Nie wiadomo czy jeszcze zadeptać czy już zastrzelić. Do kompletu okresowo są meszki, prawie niewidoczne, a wpadają do oczu, nosa, uszu. Wszelkiego rodzaju mrówki w dowolnym rozmiarze, żuczki, ćmy - słowem raj dla entomologa.

Żołnierze polskiej grupy manewrowej Wielonarodowej Dywizji Centrum Południe odkryli skład amunicji podczas operacji wojskowej w miejscowości Husayn Masayn. / Fot. PAP/MNDCS PIOOczy europejczyka, przyzwyczajone do zieleni - srodze się zawiodą. Wszystko jest szare albo rudobrązowe. Ziemia dosłownie spalona słońcem. Nie ma tutaj klasycznej pustyni piaskowej, jest gliniasta gleba wysuszona na pieprz. Kiedy mocniej powieje wiatr - ten gliniany pył unosi się w powietrze i pokrywa wszystko dokładnie grubą warstwą. Wszystko tutaj jest zakurzone. Czasem marzy się o deszczu. To od końca kwietnia rzecz w Al Kut nieznana. Podczas ostatniego "oberwania chmury" w połowie maja naliczyłem na swoim ciele 35 kropli na dystansie 500 m spaceru. Kiedy nadchodzą deszcze jesienne, a jest jeszcze gorąco - woda stoi w olbrzymich rozlewiskach. Wydawałoby się, że spragniona ziemia powinna ją po prostu chłonąć jak gąbka. Niestety - jak napisałem - ziemia to glina. Po zmoczeniu po prostu izoluje głębsze warstwy gleby. Woda może tylko wyparować.

Tęsknię bardzo za naszą trawą, za zielonymi liśćmi na drzewach, za śpiewem ptaków. Brakuje szumu wody w rzece (mimo że Tygrys płynie tuż za ogrodzeniem bazy), deszczu, temperatury bardziej przyjaznej. Ale jeszcze tylko kilka dni...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (16):

Sortuj komentarze:

też  wojskowy
  • też wojskowy
  • 26.10.2010 16:59

byłem ostatnio w Turcji na wakacjach było bardzo podobnie

Komentarz został ukrytyrozwiń

Witaj Piter
No właśnie, przy piwku wspominałeś, że to historia jeszcze nie skończona , czyli teraz , guns, sex & drugs czyli życie prawdziwego wojaka Szwejka :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny, dowcipny ,inteligentnie napisany tekst. Jak zwykle u Piotra! Wracaj szybko i do rychłego spotkania!

Komentarz został ukrytyrozwiń

świeny tekst:) gratuluję! szczerze mówiąc do tej pory nie wiedziałem jak wygląda życie tam...Szczęśliwego powrotu do domu!

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+)
Bardzo dobrze się czytało. Konkretnie i ciekawie.
Mój znajomy był z pierwszym kontyngentem. Wracajcie cało do domu!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Do TomekITD: To nie jest opis misyjnej sielanki;-) To opis bazy i jej naprawde sprawnego działania. Z punktu widzenia człowieka który jest tutaj tylko czasowo i opisuje to co widzi... Zaś co do Twoich oczekiwań - coś się pewnie da z tym zrobić.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 28.05.2007 23:18

Fajnie, choć z chęcią przeczytałbym również o tym mniej sielankowym obrazie misji.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Debiut miesiąca?! Kto jest za. Dziękuję. Kto przeciw. Dziękuję. No to wielki plusior!

p.s. Dobrze napisane, ciekawe składnie. To lubię

Komentarz został ukrytyrozwiń

Piotrze pytałem sie o relacje i ok ja Kupiłem niedawno MRE i musze to zjesc jak bede na akcji w lesie. Danie nr 6 Kurczak:) Piotrze bardzo lubie zabawe w wojsko jestem dorosłym dzieckiem pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Plus

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.