Facebook Google+ Twitter

Tame Impala, Caribou i Vince Staples wystąpią na Open'erze

Tame Impala, Caribou i Vince Staples to kolejni wykonawcy, którzy wystąpią na tegorocznym Open'er Festivalu. Impreza potrwa od 29 czerwca do 2 lipca. Do tej pory zapowiedziano takich wykonawców, jak Red Hot Chili Peppers, Florence And The Machine, Wiz Khalifa, Foals, PJ Harvey, Chvrches, Dawid Podsiadło, Sigur Ros i Beirut.

 / Fot. By Abby Gillardi (Tame_Impala-3760) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia CommonsTame Impala

„Cały czas myślę, że ten album jest kompletnie niesłuchalny” mówił w jednym z wywiadów Kevin Parker, centralna postać zespołu Tame Impala, chwilę przed wydaniem swojej najnowszej płyty pt. „Currents”. Kolejne miesiące 2015 roku pokazały, że nie miał racji. Trzeci album australijskiego zespołu okazał się ogromnym sukcesem artystycznym i sprzedażowym. „Currents” ma szansę na nagrodę Grammy w kategorii Najlepszy Album Alternatywny, co byłoby ukoronowaniem półrocznej drogi przez szczyty list przebojów (to najwyżej notowana premiera TI w ich dyskografii) oraz doroczne podsumowania (5 miejsce na listach NME i Pitchfork). I nawet jeśli za jakiś czas te liczby, miejsca, rankingi ulegną wytarciu, dzięki znakomitym singlom – „Let It Happen”, „’Cause I’m a Man” czy „The Less I Know The Better”, płyta „Currents” przetrwa w pamięci fanów. Zwłaszcza ten pierwszy robił ogromne wrażenie już w momencie premiery. Masywny, gęsty od muzycznych tropów, jak w soczewce skupił wszystko co najlepsze w muzyce Tame Impala – psychodelię, fascynację analogową elektroniką, potężne brzmienie, ale także dbałość o melodię i napięcie. W 2015 roku nie było nagrania, w którym działoby się więcej, nawet jeśli Parker i spółka potrzebowali do tego 7 minut i 46 sekund.

Sukces „Currents” nie powinien dziwić, bo od samego początku kariery Australijczycy zachwycali poziomem nagrań studyjnych. Debiutancki „Innerspeaker” to jeden z najlepszych rockowych debiutów ostatnich lat, wydany dwa lata później „Lonerism” był potwierdzeniem nowej jakości, pełnym rozwinięciem skrzydeł dla zespołu, którego studyjny perfekcjonizm pozwolił odkryć coś nowego w wydawało się wyeksploatowanym rocku psychodelicznym. Tame Impala nie tylko tchnęli nowe życie w lata 60-te, ale także przetarli szlak kolejnym zespołom. Dziś Tame Impala stoją na czele wąskiej grupy najbardziej progresywnych zespołów gitarowych na świecie, które swoją klasę potrafią potwierdzić także w czasie porywających koncertów.

Caribou

Są takie utwory, które wręcz trzeba usłyszeć na żywo. Należy do nich „Can’t Do Without You”, singiel projektu Caribou, który znalazł się na wydanym latem 2014 roku albumie „Out Love”. Nie udało się w 2015, ale dziś z czystym sumieniem możecie przygotowywać się do chóralnego odśpiewania refrenu jednego z najlepszych elektronicznych utworów ostatnich kilkunastu miesięcy. To zresztą nie był pierwszy raz, kiedy Caribou bezbłędnie trafił w gust fanów muzyki elektronicznej. Podobnie było 6 lat temu, kiedy wydawał album „Swim” z rewelacyjnym singlami „Odessa” i „Sun”. Zarówno wtedy, jak i po wydaniu „Our Love”, Caribou cieszył się ze świetnych recenzji i tytułów dla najlepszych płyt roku. Zasłużenie, bo mało jest tak udanych albumów, które w elektronice odnajdują mnóstwo duszy, ciepła i opowiadają pewną historię, w wypadku „Our Love” osobistą. Dan Snaith, stojący za Caribou sam, opisuje te płytę jako miks cyfrowej produkcji pop, beatów inspirowanych hip-hopem, stonowanej linii basu i house’u. Wszystko przefiltrowane przez jego unikalną perspektywę. „Our Love” to płyta, do której chce się wracać, ale warto doświadczyć jej także w wersji koncertowej. Koncerty Caribou są intensywne, bardzo wciągające, wręcz transowe, ale nie gubią charakteru melodyjności utworów. Dlatego stają się wydarzeniem każdego festiwalu, na którym Caribou ma okazję wystąpić.

Vince Staples

Zgoda, najlepszym hip-hopowym albumem ubiegłego roku jest „To Pimp A Butterfly” Kendricka Lamara, przez który ani Kanye West, ani Drake nie wydali w 2015 roku swoich długo zapowiadanych płyt. Jeśli jednak spojrzeć na światowy hip-hop bez dominującej roli King Kunty, to staje się jasne, że w 2015 roku najważniejszym hip-hopowcem był Vince Staples, 22 letni raper z Long Beach w Kalifornii. Wydanym pod koniec czerwca albumem „Summertime ‘06” zaczął deptać Kendrickowi po piętach, zbierając entuzjastyczne recenzje i pokazując odmienną perspektywę, niż raper z Compton. Kiedy Kendrick zaangażował się w sprawy globalne, Staples działa lokalnie. „Summertime ‘06” jest zapisem jego okresu życia dokładnie sprzed dekady, kiedy jako nastoletni chłopak oglądał codzienność jednego z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Stanach, Long Beach. Staples to to samo pokolenie, co Odd Future, jednak daleko mu do prześmiewczego charakteru produkcji Tylera. Jest raczej muzycznym bliźniakiem Earla, siłując się ze światem, bez większych nadziei na lepsze jutro. Muzycznie „Summertime ‘06” jest majstersztykiem ascetycznej produkcji. To zasługa No ID, który raczej nie szuka ciepłych wokalnych sampli… To dwupłytowe wydawnictwo pojawiło się na szczytach wielu muzycznych podsumowań minionych dwunastu miesięcy. Warto więc zobaczyć Vince’a na żywo właśnie teraz, kiedy jego nazwisko jest jednym z najgorętszych we współczesnym rapie, tym bardziej, że ostatnio w wywiadzie zapowiedział rychłe zakończenie kariery.

(mat. prasowy)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.