Polska znów stała się pionkiem w grze wielkiego mocarstwa. Po fiasku rozmów dotyczących rozmieszczenia tarczy w Polsce, kosztem pogorszenia stosunków z Rosją i Europą Zachodnią, zostaliśmy z pustymi obietnicami ze strony USA. Dlaczego?
Obecnie Rosja, która po upadku żelaznej kurtyny nadal chce uchodzić za mocarstwo, z niepokojem przygląda się, jak Waszyngton przybliża się do jej granic, pozyskując nowych sojuszników oraz budując nowe bazy wojskowe. Można powiedzieć, że Rosja czuje się okrążana. Zatem rezygnacja z elementów tarczy antyrakietowej jest prestiżowym zwycięstwem Moskwy.
Ale jest jeszcze jeden aspekt: Rosja nie ufa Stanom Zjednoczonym. Ameryka przez okres zimnej wojny oraz w późniejszym okresie, dała się poznać jako partner mało wiarygodny. Z technicznej strony możliwe jest umieszczenie głowic nuklearnych na antyrakietach i zamienienie ich w pociski balistyczne. Oznacza to, że po wystrzeleniu byłyby one w stanie osiągnąć swoje cele w Rosji po kilku, najdalej kilkunastu minutach. Czasu na reakcję byłoby ekstremalnie mało. Radar znajdujący się w Czechach również mógłby być użyty jako broń ofensywna. Skupienie wiązki fal emitowanych przez radar na przykład na samolocie, mogłoby zniszczyć elektronikę.
Zatem z punktu widzenia Rosji, instalacja elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach, oznaczałaby zachwianie delikatnej równowagi strategicznej. Efektem tego byłoby zwiększenie napięcia o trudnych do określenia konsekwencjach.
I nie jest to tylko teoretyczne rozważanie. Przykładu nie trzeba szukać daleko. W 1995 roku z terenu Norwegii wystrzelono rakietę meteorologiczną. O fakcie tym poinformowano z wyprzedzeniem wszystkie zainteresowane strony. Jednak wiadomość ugrzęzła w gąszczu rosyjskiej biurokracji. Zatem po namierzeniu startującego pocisku, część rosyjskich generałów uznała to za atak ze strony NATO. Teczka z kodami pozwalającymi odpalić pociski, stała otwarta przed Borysem Jelcynem, gotowa to zainicjowania kontruderzenia. Na kilkanaście minut świat stanął na krawędzi zagłady…
Jeszcze jedną przyczyną zaniechania budowy tarczy w Europie, o której warto wspomnieć, jest fakt, że według agencji rządowych, irański program rakietowy nie jest tak zaawansowany, jak sądzono za prezydentury George W. Busha. Mimo że Iran zdołał umieścić swojego satelitę na orbicie okołoziemskiej, jeszcze przez wiele lat nie będzie w stanie wprowadzać do uzbrojenia rakiet zdolnych dosięgnąć terytorium Stanów Zjednoczonych. Obecnie największym zagrożeniem są pociski średniego zasięgu (Shahab-3 o zasięgu 1500 km oraz będący w fazie testów Sajjl o zasięgu około 2000 km). Administracja Baracka Obamy zamierza skupić się nad rozwijaniem systemów obrony właśnie przed tymi rakietami.
Powody polityczne rezygnacji z tarczy w Polsce i Czechach, były dla Baracka Obamy bardzo na rękę. Krytyka przeciwników systemu obrony antyrakietowej w USA nie milknie. System jest po prostu nieskuteczny. Tylko ponad połowa prób zestrzelenia celu to próby udane. Początkowo strzelano do celów, które imitowały współczesne głowice, wraz z całym wachlarzem emitowanym przez nie zakłóceń. Jednak amerykańskie rakiety nie były w stanie skutecznie razić takich obiektów. W zaistniałej sytuacji, dla pokazania, że system jest skuteczny, zaczęto używać celów imitujących pojedyncze głowice. Nie można zaprzeczyć, że skuteczność została zwiększona. Jednak cele te odpowiadają najstarszym modelom głowic posiadanym przez Iran. Sytuację pogarsza fakt, że Rosja planuje wprowadzić model głowicy poruszającej się dość płaską trajektorią, równocześnie wykonując manewry. Amerykańskie antyrakiety są bezradne wobec takiego celu. Powstaje pytanie, czy Rosja zechce zachować tą technologię dla siebie, czy podzieli się nią na przykład z Iranem?
Zatem już któryś raz staliśmy się pionkiem w grze wielkiego mocarstwa. Ameryka już wielokrotnie udowodniła w relacjach z Polską, że jest niewiarygodnym partnerem, traktującym nasz kraj jako środek do realizacji swoich egoistycznych celów. Warto tu wspomnieć sprawę offsetu przy zakupie samolotów F-16 czy obietnic wielomilionowych kontraktów na odbudowę Iraku. W świetle niezaprzeczalnych faktów niezrozumiałe jest, że polscy politycy nadal widzą w Stanach Zjednoczonych kluczowego sojusznika Polski.