Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

24846 miejsce

Targ staroci – targ próżności

Nowobogaccy „patynują” swoje rodziny. Na targu staroci można „postarzyć swój ród o dobre 300 lat; pochodzenie plebejskie zamienić na indygenat".

Fot. Łukasz Zaranek„Tu się sprzedaje, tu się kupuje, odejdź szczeniaku, bo cię opluję", „Ruska aparata do wiązania krawata, krawaty wiąże usuwa ciąże”, „Pyzy, flaki, seta”, „Sezamki po trzy, sezameczki” (skoro sezamki po trzy, to sezameczki chyba tańsze?).


Takich okrzyków handlarze z targu staroci na warszawskim Kole nie używają. Klientela tu lepsza, a i towar bardziej elegancki, artystyczny i antyczny. Bezczelnym, a głupim rymem nie przyciągnie się klienta. Wiadomo – kultura, elity. Kupić tu można prawie wszystko, co kiedyś przedstawiało jakąkolwiek wartość materialną. Starą porcelanę (najczęściej zdekompletowaną), monety, znaczki, książki, obrazy, rzeźby, pojedyncze meble, „garnitury” mebli, militaria, zabawki. Raj dla kolekcjonerów i miłośników staroci. Ach te ceny!

Raj kończy się wraz z zapytaniem o ceny. Pojedyncza filiżanka (sprzedawca zaklina się, że to XIX wiek!) kosztuje 50 zł (takie same w „Chince” – 60 zł za komplet!). Mocno zniszczona lampa mosiężna – 350 zł (podobne w idealnym stanie w komisie na Towarowej – 180 zł). Zegar kominkowy (rzeczywiście przełom XIX wieku) – 1200 zł (w Desie na Nowym Świecie – 550). Cóż, kupując używany samochód bierzemy ze sobą mechanika. Kupując „antyki” ufamy własnej wiedzy.

 

Tanio nie jest, elegancko też nie – między kupującymi „pałęta” się kilku facetów, którzy obiecali nie wytrzeźwieć do końca życia i danego sobie słowa dotrzymują. Usiłują sprzedać babciny obrazek, potajemnie zdjęty ze ściany, zegar ukradziony z własnej kuchni i ślubne zdjęcia dziadków...

 

  Fot. Łukasz Zaranek Mimo szalonych cen, między stoiskami przewija się skłębiony tłum. Tysiące ludzi w każdą sobotę i niedzielę szuka okazji. A tych oczywiście nie ma (pomijając zardzewiałą kłódkę za 100 zł, których pełno było w sklepach GS, w latach 60.). Okazje trafiają się handlarzom, o ile trafi im się „jeleń”. A jeleni na targu pełno, o czym świadczą mercedesy handlarzy i liczne poroża odstrzelonych rogaczy. Okazje trafiają się i cudzoziemcom, dla których wydatek 1000 euro za empirowe biurko (nieźle odrestaurowane) nie jest żadnym wydatkiem.

 

Raj dla cudzoziemców

 

To cudzoziemcy (głównie Japończycy i Niemcy) stanowią klientelę handlarzy starociami. – Pracowałam poprzednio w Paryżu. Za taki sekretarzyk musiałabym tam zapłacić 3500 - 4000 euro. Tu kupuję za 1500. A jest taki piękny... – mówi Riuku z Japonii (aktualnie doradca handlowy polskich banków), pokazując mebelek w stylu rococo za 6000 zł. Rzeczywiście, wygląda wspaniale. Nie widać żadnych śladów renowacji. Pachnie politurą, klejem stolarskim i... nowością. Powstał zapewne kilka dni temu, w jednej z podwarszawskich stolarni. Japonka dała się nabrać. Choć sądząc z uszczęśliwionej miny, odchodzi pewna, że ubiła świetny interes.

 

  Fot. Łukasz Zaranek Japończycy, Niemcy, Francuzi stanowią przewagę wśród kupujących. To ich obecność wywindowała ceny „antyków” do niebotycznej wysokości. Przeciętnie zarabiający Polak nie ma tu czego szukać. Chyba, że doznań artystycznych (wątpliwej jakości) i zażenowania po odpowiedzi na pytanie o cenę.

 

  Szukają rodowych korzeni

 

Choć zdarzają się wyjątki. Duże pieniądze wędrują do kieszeni handlarzy od „nowobogackich”, szukających tu „swoich rodowych korzeni”.

Moją uwagę zwróciła grupka krzykliwych, pstrokato ubranych ludzi. „Państwo” miało na sobie – lekko licząc – 400 do 500 tys. zł. Złote łańcuchy, sygnety, pierścionki i garderoba co prawda „od sasa do lasa”, ale za to od wielkich kreatorów mody. Swoim wyglądem prowokowali koty do wrzasku, a psy do skowytu.

Towarzyszyli im „przyboczni”. Żaden z nich nie był ani kamerdynerem, ani lokajem, ani tym bardziej sekretarzem. Dłonie jak bochny wiejskiego chleba. Czerwone, bycze karki. Czoła zdradzające jednokomórkową pojemność czaszki. I twarze, których portrety widnieją w grocie Cromagnon (ostatni w nie bijący na pewno nie był pionierem!). Liberię stanowiły przyciasne garnitury od Gucciego, w których wyraźnie czuli się nieswojo.

 

Postarzamy swój ród!

 

Państwo oglądali obrazy, broń, biżuterię, meble. Zatrzymali się przed portretem starego Żyda. – Może ten? – zapytała Pani. – Coś ty głupia! Żyda mnie za przodka fundujesz! – odburknął Pan. No tak. Żyda nie uchodzi.

Fot. Łukasz Zaranek Oj, chyba Pan musi mieć za antenatów dobrą, starą arystokrację. Państwo usiłuje postarzyć swój ród. – Młoda fortuna – pomyślałem i postanowiłem pójść za nimi.

Pani zatrzymała się przed (całkiem niezłą) kopią „Portretu młodzieńca” Rafaela – 10x18 cm. – Czy to oryginał? – zapytała. A jakże, a jakże – 1500 zł, tylko. – Piękny! – westchnęła Pani i... kupiła „oryginał”.

„Przyboczni” pakowali do ogromnych toreb: lunety, szable, pistolety skałkowe, skrzypce, zegarki na łańcuszkach, biżuterię, obrazy, bibeloty... „Państwo” zamawiało biureczka, komody, sekretarzyki, sofy, szafy biblioteczne, szafoniery, etażerki... Kupili kolekcję starych monet, gazety, pocztówki, książki, fajki, monokle, wieczne pióra... Pan – 40-latek, który – sądząc z postury – mógłby zatrzymywać pociągi w biegu – kupił sobie XIX-wieczną, hebanową laskę ze srebrną główką. Będzie zadawał szyku.

 

O matko!


Olbrzymie zakupy Państwo robicie! Same piękne rzeczy – zagadnąłem Panią. („Przyboczni” rzucili torby i odgrodzili mnie od Pani, jeden miał ochotę odgryźć mi ucho. – O matko! – jęknąłem). – Wara, zostawcie – warknęła Pani i już z uśmiechem nawiązała rozmowę. – Mąż kupił pałacyk pod Warszawą i urządzamy go w..., w... no ten, duchu epoki i w tym, no, stylu – zakończyła z wyraźną ulgą (– O matko! – znowu jęknąłem). Prawdziwe będzie to... no... o! rodowe gniazdo szlacheckie (– O matkooo! – wyrwało mi się już głośno).

 

 

Nowa arystokracja dokupiła jeszcze kilka sztuk porcelany, kryształów, kiczowatych obrazków. I po wydaniu – myślę – 100 tysięcy, odjechała wielkimi, czarnymi beemwicami do rodowych włości. A polska arystokracja powiększyła się o kolejną rodzinę.

Fot. Łukasz ZaranekPan każe niebawem wygrawerować na szabli (wyprodukowanej gdzieś około 2000 r.) „Wdzięczni podwładni swojemu dowódcy, hrabiemu X. 1863 rok”. A na kopercie zegarka: „Hrabiemu X za zajęcie I miejsca w konkursie hippicznym. Cheltenham, 1902.” Salon ozdobi galeria przodków. – Dionizy lał Moskala w 1830, Herbert kibitką wywiezion na Sybir, Janusz pod Wiedniem Turka ganiał, a Michał leżał obok Rejtana – opowie Pan swoim gościom.

 

I tylko dziadek, który miał tanią jatkę na Nalewkach przewróci się w grobie. I tylko ojciec, który handlował dżinsami na „ciuchach” zarumieni się leciutko.

 

 

I dajcie zarobić plebsowi

 

A ja umówiony na spotkanie z Panią, będę uczył „Państwa” dobrych manier. Będę opowiadał o historii i obyczajach polskiej szlachty. Będę przekazywał „Państwu” wiedzę o tym, jak się jada raki, jakiego noża używa się do ryby i jakie wino podaję się do mięs białych. I być może napiszę na ich użytek, wzorem Słoty traktacik „O zachowaniu się przy stole”. Kołaczą mi się już nawet w głowie hasła, które będą mogli pojąć: "tylko głupie piją przy zupie" czy "wie to każdy kiep, że szampana można po i przed".

 

Dzięki takiemu przyspieszonemu kursowi zarobię (być może) na wspaniałe krzesło – Biedermeier (myślę że pochodzi z lat 30. XIX wieku) z czereśniowego drewna, zniszczony co prawda, ale da się go uratować, które nie wiem jakim cudem tu zawędrowało. Nie obawiam się, że szybko zostanie przez kogoś kupione. Nie jest atrakcyjne dla „Państwa”. Brak mu złoceń, skóry, mosiężnych gwoździ i „wygibasów” (jak powiedziała Pani). Dla mnie jest jednak piękne w swej prostocie. Tak piękne, że chęć posiadania go stanowi powód, żeby „nową arystokrację” przysposobić do „bywania na salonach” i do nowych arystokratycznych obowiązków.

 

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (7):

Sortuj komentarze:

Monika Zalewska
  • Monika Zalewska
  • 16.04.2012 02:59

Hmm albo zainspirowal sie Pan tym filmem albo dopiero stanie sie Panu bliski- "drobne cwaniaczki" woddy allena, prosze koniecznie obejrzec

Komentarz został ukrytyrozwiń
Filip Bartosiewicz
  • Filip Bartosiewicz
  • 04.04.2011 09:39

Ten artykuł to wypociny jakiegoś zakompleksionego człowieka, bywam na kole i na upartego można powiedzieć że to wszystko prawda - ale tylko na upartego, owszem rzeczy „na bogato” i typowe(takie które ludzie kupują) są bardzo drogie , ale w Warszawie drogie są niestety wszędzie – teza że w antykwariatach i desie można kupić taniej to kompletna bzdura (chyba że specjalnie się szuka takich które sprzedawcy przeszacowali) jeśli chodzi o okazje to w zeszłym roku kupiłem bardzo okazyjnie (nie chce uchodzić za fachowca ale ceny trochę znam) maszynę Singera, dwie węglarki i dwie lampy zewnętrzne – nie były to żadne wielkie antyki ale po prostu ładne rzeczy w przystępnych cenach. Ze starociami jest jak ze wszystkim – kosztują tyle ile ktoś chce za nie dać, porównując nasze Koło do podobnych miejsc na zachodzie powiedziałbym że obcokrajowców jest mało a ceny wyższe niż na zachodzie ale to niestety wynik grabieży najpierw Niemców potem Rosjan jak czegoś jest mało niestety robi się drogie. Powiedziałbym że głównym problemem koła zrobiły się podróby niektóre na tyle dobre że nie będąc fachowcem nie da się ich rozpoznać. Jeśli chce się szukać okazji to pozostają targi w małych miastach i Internet ale tutaj możliwość oszustwa albo ukrywania wad jest niestety bardzo duża.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeden z najlepszych tekstów, jakie dotąd czytałem na W24. Setny ubaw. Panie Andrzeju, zagłębiam się w dalszą lekturę Pana archiwum...

Komentarz został ukrytyrozwiń

faktycznie, ciekawe. U nas tez jest taki targ staroci, ale taki szukających "swoich" przodków jest mniej. Aczkolwiek nie watpie, że w Wawie faktycznie tak jest. Sama mam znajomych którzy postanowili zrobić sobie piekną biblioteczkę, chociaż nic nie czytają. Kupili drogą szafę (oczywiście starą) i zaczeli skupowac książki. Dopiero gdy chwyciałm Pana Tadeusza, to zwróciłam uwage, że... brakuje ponad 80 stron! Kupili, bo okładka wyglądała jak stara. rety

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 03.09.2006 22:02

Klaniam w pas za tekst. Pomimo, że Piłsudski zniósł tytuły szlacheckie, "arystokracja" nadal jest na topie. Co ciekawe, w tych najmniej arystokratycznych kręgach... Zgodnie z prośbą nie stawiam "+", choć się absolutnie należy!

Komentarz został ukrytyrozwiń

P.S. do tekstu. Zapomniałem podać autora zdjęć. Bardzo za to przepraszam potencjalnych Czytelników i mojego syna, Łukasza Zaranka, który kilka godzin temu wykonał zdjęcia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny artykuł, ubawiłem sie do łez nad "arystokracją". Teraz się zastanawiam jednak, czy jest się z czego śmiać. To przecież żałosne, ludzie łatwowierni, chciwi na "oryginały". Chcesz zostać hrabią - kup sobie tytuł... Jaśnie Państwo z olbrzymim pałacem raczyli odwiedzić skromne progi targu staroci - gdyby widzieli to Radziwiłłowie, Potoccy, to chyba przewrócili by się w grobie już 30 razy, ostatni raz obróciliby się zaś tyłem do "jaśnie państwa". Korzystając ze sposobności - zapraszam do Balic, gdzie stoi prawdziwy pałac Radziwiłłów. To właśnie tam spotkali się prezydenci i przedstawiciele państw w roku 2005, którzy przybyli na 60 rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz - Birkenau. Pozdrawiam serdecznie i gratuluję artykułu

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.