Facebook Google+ Twitter

Tauron Nowa Muzyka 2013 - Venetian Snares koi

Było tylko kilka występów na tegorocznym festiwalu Tauron Nowa Muzyka, które wyszły poza ramy przewidywalności, poprawności, grzeczności i wielkości po to, żeby trochę nami powstrząsać. Reszta była pląsem.

Tauron Nowa Muzyka 2013 był doświadczeniem szczególnym: poznałam Dolinę Trzech Stawów w ichniejszym aranżu i przekonałam się, że Off musi pewne rzeczy przemyśleć i nadrobić. Co prawda nagminne przenikanie się dźwięków ze sceny Littlebig i Red Bull Academy trudno do zalet zaliczyć, wyobrażam sobie też, że nie raz scena z showcase'ami musiała być atakowana przez różne Moderaty i Squarepushery - ale poza tym elementem udało się organizatorom ustawić przyjemny, kameralny festiwalowy ogródek, w którym jedzenie było ładnie upakowane w dalekim rogu (higiena spożywania i dbałość o wątrobę), w którym co rusz znajdowały się jakieś urocze kramy i kramiki, wreszcie piwo można było wnosić do namiotów czy wręcz kupić je niedaleko sceny, przez co towarzyskie spotkania mogły się odbywać na koncertach. Nie że przepadam za plotkującym tłumem, ale festiwalowa segregacja strasznie mnie w Polsce irytuje.

Wreszcie telebimy na każdej scenie (wiadomo, muzyka elektroniczna potrzebuje wizualizacji, ale dobry festiwal w ogóle potrzebuje telebimów, żeby na przykład pokazywać z bliska twarze upracowanych raperów - i tu też jest przytyk do innego festiwalu, który Dolinę Trzech Stawów zajmuje, nie mówiąc już o brawurowych operatorach, którzy pięknie i bez żenady robili dla nas te obrazy), no i ten parkiet. Rozpłynęłam się na jego widok, nie wspominając o jego tanecznych właściwościach.

Wizualno-topograficzne doznania trzeba jeszcze wypełnić dźwiękami. To może tak, kto wypadł nieźle?

Darling Farrah - pierwszy występ na tegorocznym TNM, na jakim miałam możliwość być, który bardzo przyjemnie rozgrzał do tańca i przygotował do słuchania kolejnych elektronicznych rewelacji. Zwykła sprawa, a jednak wielu starych wyjadaczy udało mu się z lekkością przebić tym cudnie poskładanym, ciepłym, bardzo tanecznym techno z nutą house'owej dynamiki. Takie podwójnie dynamiczne zremiksowane "Body" okraszone wysokimi tonami. Potraficie to sobie przecież wyobrazić!

Venetian Snares - już po Belgii wiedziałam, że to będzie rzecz straszna i piękna zarazem, tym bardziej, jeśli taki dźwiękowy łomot spuszcza się publiczności przy wschodzie słońca, a więc wszystkie spożyte narkotyki, płyny i nikotyny zdążyły już zaćmić zmysły i odebrać sprawność kończynom. Aaron Funk potrafi postawić publiczność przed prostym wyborem: a. obrażenie się i wyjście, bo kto to widział zmieniać tempo i sens co dziesięć sekund? b. podjąć wyzwanie i wygenerować swego rodzaju krok do tej sieczki, co w rezultacie okazało się bardzo przyjemną alternatywą. Godzina solidnego połamanego breakcore'u, z wokalnym występem Kanadyjczyka nawet, mocno odcinająca się od stosunkowo płynnej oferty serwowanej przez resztę muzyków. Kompletnie zmieleni wyszliśmy z namiotu, by celebrować ten pięknie rozpoczęty poranek, uśmiechnięci na myśl o lekceważącym machnięciu Funka na koniec setu. Zagrał, wypił piwa, machnął ręką i wózek ze sprzętem odjechał natychmiast po włączeniu przycisku stop.

Tak na trzeźwo myśląc i dając sobie dwa dni na odetchnięcie i podjęcie ostatecznej decyzji, czy to, co mi się podobało, naprawdę mi się podobało, i na odwrót, wciąż upieram się, że Redihno to jednak była fajna sprawa. Koleś z Numerków miał mały syntezator, w ustach rurkę, którą manipulował głosem podobnie jak robi to vocoder, a do tego śpiewał bardzo słodkie boysbandowe rzeczy własnym wokalem. Przywiózł synthpopową elektronikę, totalny banał dla tych, którzy słuchali choć trochę francuskiej czy skandynawskiej popowej elektroniki, a mimo to urzekł. Recepta banalna i słuszna: nie ma to jak zdrowa dawka kiczu. Nawet największy twardziel się jej nie oprze. A tu kicz był, doskonale policzony, pomierzony i świadomy. A później nalazłam na https://soundcloud.com/nmbrs/redinho-edge-off-ep-nmbrs14 Numbers wpis przy pewnym utworze Redinho "scary dance music" - część potencjału pozostawił więc nieujawniona.

Brandt Bauer Frick Ensemble
- rzecz firmowana nazwą Berlina powinna automatycznie budzić zainteresowanie albo dreszcz emocji, bo szanse na spotkanie z wartościowym graniem są wówczas duże. I tak faktycznie było - Niemcy przyszykowali kompletnie nietauronową, nie-nowomuzyczną rzecz (jeszcze bardziej niż straszliwy Apparat kilka lat temu), która nakarmiła spragnione żywego grania uszy. Cieszę się też, że formuła sprzed roku, kiedy to podobno na tej samej imprezie Fricki zagrały disko na smyczki i dęciaki, nie została przeklejona bezmyślnie i z nadzieją, że to fajnie, jak zrobimy im coś, co już znają i lubią. Koncert był momentami mroczny, Lynchowski, z magicznym wokalem prześlicznej brunetki, taki przydymiony, barowy, jazzujący głos; był perfekcyjnie rozpisany na tysiące dużych i małych instrumentów, którym przyjemnie się było przyglądać; utrzymany w jazzująco-rozrywkowym duchu, bez zabójczej wirtuozerii, z całym mnóstwem szczegółowych, drobnych elementów dźwiękowych, które często niestety umykały nagłośnieniu, kończąc to przydługie zdanie - koncert bardzo dobry. Nawet cienkie dowcipy pianisty, który wziął na siebie trudną rolę lidera, nie popsuły przyjemności. Polecam słuchanie http://brandtbrauerfrick.bandcamp.com/album/the-brandt-brauer-frick-ensemble-live-at-eurosonic - w dużej mierze oddaje atmosferę koncertu.


Do dobrych spotkań zaliczyć muszę jeszcze to z Matias Aguayo & Mostro z Chile oraz Sidem Le Rockiem, którzy dzielnie zastąpili DJ Koze, niedysponowanego tej nocy. Duet, który wyszedł jako pierwszy, popełnił całą masę technicznych błędów, więc były dziwne kliknięcia, trzaski i niezręczne cisze, ale to, co działo się między krótkimi momentami wstydu, składało się z rytmicznej mieszanki techno i nieco lżejszej elektroniki.
Sid Le Rock z kolei był już profesjonalistą pierwszej wody, sprzęt miał opanowany do tego stopnia, że mógł jeszcze charyzmatycznie falować klatą do własnej muzyki. Czym nas uraczył? Ładnie oprawionym, mrocznym elektronicznym graniem, bardzo dobrym do umiarkowanego tańca.


Jeśli o muzykę chodzi, tu tutaj lista zachwytów niestety już się wyczerpuje - to zmęczenie sezonem czy powrót krytykanctwa, a może wszystko na raz? W każdym razie mój osobisty bohater, Squarepusher, okazał się prawdziwym dinozaurem, z całym spektakularnym ekwipunkiem godnym Deadmausa. Rzecz przewidywalna, poprawna, drumowa, bez powodów do zachwytu. LFO, stara szkoła elektronicznego grania, nabierał rozmachu aż do ostatniego kwadransa, kiedy wreszcie zdołał wzbić się na wyżyny, trwało to jednak trochę za krótko. Jamie Lidell nie mógł się zdecydować na to, czy jest już techno, czy jeszcze nie jest, dogadzając raz słuchaczom elektroniki, raz to sentymentalnym fanom soulu. Co prawda niektóre z przeróbek starych soulowych kawałków były naprawdę wyśmienite, jednak sam występ stracił na spójności od lutego, kiedy to widziałam go w Berlinie, zaraz po zamieszaniu z nową płytą. A może się chłopak zmęczył długą trasą (na szczęście w Kato się ona kończyła).

Ciekawym, acz dziwnym, raczej awangardowo Ars Cameralisowym pomysłem było sprowadzenie Gregora Schwellenbacha - zespół pianin i strun grał rzeczy dobre, ale wymagające raczej klubowej ciszy i skupienia. Deptford Goth niemożliwie plumkał - jak się chce być Jamesem Blake'm, to jeszcze trzeba dobrze zagrać na pianinie i potrafić śpiewać. A te teksty o pukaniu do twoich drzwi, no naprawdę? UL/KR zostali przepięknie wgnieceni w ziemię przez moich znajomych, którzy doszukali się porównań nawet i z Kombi (to tak żeby tego Grechutę zrównoważyć i udobruchać) - wygląda na to, że zespół ten zostanie najbardziej przereklamowanym, niezrozumiałym sukcesem na polskim rynku w tym roku. Ale skoro tak skutecznie przytrafił nam się Czesław, to wszystko jest możliwe. Omar Souleyman po raz kolejny przekonywał, że wschodnie disco polo może być przez wyedukowaną, spragnioną egzotyki publiczność uznane za awangardową potańcówkę. Zebra Katz mieli wszystko, żeby dać nam koncert życia - szampany, wokalistki skąpo ubrane, cudownie przystojnego Zebra Katza, no i pocisk wiadomy - kawałek do posłuchania poniżej - ale nagłośnienie zrobiło im krzywdę. Szkoda, że na tę jedną godzinę nie udało się zestawu pod laptop zamienić na coś tylko odrobinę bardziej skomplikowanego, żebyśmy się mogli nacieszyć ciemnym, zmysłowym hip-hopem. Ach no i Amon Tobin, król wśród festiwalowych dinozaurów, z setem rzecz jasna dobrym, bo to Amon Tobin, ale znów nieco wtórnym, przewidywalnym, przyjemnie takim samym, jak ogólne wyobrażenie.

Zabrakło mi dziwactw i awangardy, rzeczy naprawdę strasznych albo naprawdę niezrozumiałych, do których trzeba by się odnieść. A może to po prostu ta zima na Trzech Stawach...



Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.