Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

93424 miejsce

Tauron Nowa Muzyka: od Two Fingers po Jamiego Lidella

Doczekaliśmy się całej masy dobrych wiadomości z obozu Taurona w tym roku: tym razem dorzucają nam nowe wcielenie Amona Tobina, Two Fingers, oczekiwanego z niecierpliwością Jamiego Lidella i inne przyjemności.

 / Fot. jamieChyba najbardziej rozpala wyobraźnię kolejna okazja na spędzenie koncertowego wieczoru z Amonem Tobinem, nawet jeśli przywozi on ze sobą zupełnie inny projekt. Pamiętacie spektakl wizualizacji, świateł i muzyki, jaki zgotował nam kilka lat temu w tym samym mieście? Doskonały koncert.

Two Fingers, z którym spędzam ostatnio wieczory, to Amon Tobin i drugi palec, Joe "Doubleclick" Chapman - nowa ksywa, nowe towarzystwo, więc i czas na porzucenie niektórych dziedzin. IDM zdecydowanie odszedł na bok w nowym wcieleniu Amona, tworząc przestrzeń dla dźwięków łamiących hip hopy z drum'n bassem. Oczywiście rzecz jest w ten sposób mocno uproszczona, ale coś wam mniej więcej zobrazuje: to takie granie z nerwem, na długą imprezę okraszoną używkami, zdecydowanie mroczne do tego. Do brazylijskiego klubu w sam raz.

Jamie Lidell - jesteście zszokowani czy zachwyceni tym, co wydarzyło się na nowej płycie, zatytułowanej jakże orginalnie "Jamie Lidell"? Ci pierwsi mogą z ciekawości chcieć dać mu jednak szansę, tęskniąc za romantycznym podśpiewywaniem i ciepłym popem Brytyjczyka, ci drudzy i tak pewnie nie pamiętają, że Jamie robił wcześniej różne inne rzeczy, i one wcale nie przypominały jego nowej estetyki. Po doświadczeniach z jego niedawnego koncertu mogę już powiedzieć, że ci drudzy będą raczej zadowoleni (o ile gotowi są przyjąć większą dawkę elektroniki, niż to nawet jest na płycie), tym pierwszym zaś tylko wokalne partie, a i to nie zawsze, przypomną o starych dobrych czasach. Przygotujcie się na nowego Jamiego.

Totalną gwiazdą jest Venetian Snares - prawdą jest, że ci, którzy potrafią słuchać jego jazgotu, stają się zazwyczaj absolutnymi fanami Kanadyjczyka. Ten facet jest na scenie już ponad 20 lat, wygląda na poły strasznie, na poły fascynująco, i taka mniej więcej jest jego muzyka. Ale przecież nie o to chodzi: macie ochoty na eksperymenty, hałasy i nocne mary? Znaleźliście coś dla siebie.



Autorem tego wyjątkowo uroczego, wakacyjnego kawałka jest niejaki Deptford Goth, kolejnego utalentowanego Londyńczyka, na codzień Daniela Woolhouse'a, który w połowie marca wydał swój ciepły, elektroniczny debiutancki album. Podobno nie grywa zbyt często koncertów, a te oceniane są bardzo dobrze, poza tym intymnym, melancholijnym nieco melodiom produkowanym przezeń w domu krytycy dają dość wysokie noty, więc spodziewam się przemiłego koncertu w jego wydaniu.

http://megaflow.bandcamp.com/ za to poszli w ośmieszanie i wybryki, tworząc z jednej strony dość niedorzeczną "stylówę", coś na pograniczu kompletnych fajtłapów i "słodziaków", z delfinami, hisperskimi wąsami i strasznymi okładkami, czyli sami wiecie o co chodzi. W sumie po takim graficznym zaprezentowaniu - jeśli macie to wątpliwe szczęście najpierw ich zobaczyć, a później dopiero usłyszeć - mogą z powodzeniem odrzucić, zniechęcić, a może wręcz obrzydzić. Ale muzycznie jest już znacznie lepiej: eksperymentalne gitarowe granie, dużo math-rocka, takie Battles ze sporą dozą punkowego chaosu, jazzem i elektronicznymi wcinkami. Barcelończycy, których jest dwójka, grają na sporej ilości instrumentów i sami dbają o to, żeby ilość hałasu docierająca do waszych uszu była satysfakcjonująca. A do tego serwują niedorzeczne wokale. Czyli coś jednak było na rzeczy.

UL/KR, którzy są sensacją i których znają już wszyscy, którzy czasem poszperają pobieżnie w prasie muzycznej, więc nie będę was zanudzać.

Matias Aguayo z kolei jest Chilijczykiem z pochodzenia, a jego elektroniczny warsztat wyrabiał się głównie w Kolonii, z którym następnie przeprowadził się do Berlina. Miejsca po prostu wymarzone dla kogoś, kto marzy sobie karierę DJa, i w tym przypadku wszelkie okoliczności faktycznie sprzyjały. Ma na koncie DJkę w naprawdę ważnych miejscach i dwie pełnometrażowe płyty. A w drodze już jest nowość, która ujrzy światło dzienne 24 czerwca - zostanie więc kilka tygodni na odrobienie lekcji i sprawdzenie jej później w praktyce. Świetnie się składa.

Dla spragnionych i stęsknionych za jakoś dziwnie nieobecnym w tym artykule słowem indie - oto jest, Sid Le Rock, Kanadyjczyk z Toronto, który właśnie tak się szufladkuje: indie elektronika. Pan/Tone czy Gringo Grinder, bo tak inaczej podpisuje się w swoim artystycznym żywocie mieszkaniec, uwaga, Berlina, gdzie trafił po wielu podróżach, w tym pobycie w Detroit. Będzie więc i techno.

Coma, Tosca i Oszibarack dopełniają listy - jedni z tych dość typowych dla elektronicznej sceny muzyków, którym wybitnie nie spieszy się z pełnym debiutem, więc przez lata budują sobie pozycję klubową na występach i EPkach, jednocześnie podsycając apetyty fanów. Ciekawi mnie ta tęsknota za długogrającymi albumami wśród słuchaczy - ciągle EPki traktowane są jako trochę mniej wartościowy i chyba nie dość reprezentatywny materiał, skoro tak mocno podkreśla się jego nieobecność lub zamiary jego wydania. Mniejsza o to: tutaj warto przygotować się na morderczy rave. O rekonwalescencję zadba zwolniona Tosca, wiedeński projekt sięgający po bardziej uduchowione, relaksujące dźwięki. I Oszibarack to swoi, z Wrocławia, świetnie wszystkim znani, więc znów zrezygnuję z przedstawień.


Festiwal http://www.festiwalnowamuzyka.pl/ już całkiem niebawem, bo między 22 a 25 sierpnia.
w Katowicach, najpewniej w swojej pierwotnej lokalizacji, a więc na terenie Muzeum Śląskiego, które fenomenalnie podkreśla wszystkie atuty i wdzięki elektroniki. Odwiedzajcie stronę, czytajcie o artystach i kupujcie bilety póki czas.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.