Facebook Google+ Twitter

Teatr jest o nadziei

Z Ewą Pilawską, dyrektorem łódzkiego Teatru Powszechnego, o ludzkim obliczu teatru, spektaklach pachnących pomarańczami i niewidomej publiczności rozmawia Karolina Albińska

Ewa Pilawska - dyrektor Teatru Powszechnego / Fot. materiał od udzielajacej wywiadu„Teatr mój widzę ogromny” - w tym jednym zdaniu Wyspiański zawarł swoją koncepcję sztuki. A jaki teatr Pani widzi? Jaki Pani ma pomysł na teatr?
- Uważam, że teatr jest dla ludzi i powinien być blisko człowieka. To jest główna idea, która mi przyświeca. Taki jest kierunek, w którym podążam prowadząc teatr. Teatr nie powinien się hermetycznie zamykać. Nie powinien być salonowy. Wręcz przeciwnie. Powinien tętnić życiem i energią, otwierać się na różne środowiska. Powinien być spotkaniem.

Takie podejście nie jest wcale normą. Przyzna Pani, że postrzeganie teatru przez pryzmat człowieka jest dość niestandardowe.
- Zgodnie z moją filozofią to bardzo standardowe.

W swojej codziennej pracy często słyszy Pani słowo „teatr”. Jaka treść kryje się w tym słowie?
- Rozwój. Rozwój duchowy, kreowanie rzeczywistości, dawanie dobra… nadziei. Dla mnie „teatr” jest o nadziei. O dawaniu nadziei.

Z tej chęci niesienia nadziei zrodził się pomysł grania przedstawień dla bezrobotnych?
- Tak. Chociaż pierwsze przedstawienia tego typu organizowano w Gdańsku. Ówczesny dyrektor wymyślił, że ostatnie niesprzedane bilety będą rozdawanie bezrobotnym. Pomyślałam, że to fantastyczna idea. Pozwala nie zgubić ludzi, którzy niekiedy z dnia na dzień tracą pracę i nie wiedzą, w którą stroną dalej iść. Na początku mają nadzieję i szukają. Z czasem zaczyna się problem ekonomiczny i… No właśnie z czego w takich sytuacjach najczęściej rezygnujemy?

Z teatru?
- Z teatru, kina, książki. Nie chciałam dodatkowo pozbawiać tych ludzi kontaktu ze sztuką, więc postanowiłam rozwinąć gdański pomysł. Nieprzerwanie od trzech lub czterech lat gramy co miesiąc spektakle dla bezrobotnych. Po okazaniu zaświadczenia o bezrobociu można za złotówkę kupić dwa bilety. Usiąść sobie w pierwszym lub dwudziestym pierwszym rzędzie, w zależności od tego gdzie kto lubi, i obejrzeć przedstawienie.

Jako jedyny teatr w Polsce gracie też dla...

- Wystawiamy specjalne spektakle dla osób niewidomych i niedowidzących. W ramach Teatru Czytanego.

Proszę opowiedzieć o początkach. Jak doszło do realizacji tego nowatorskiego pomysłu?
- Projekt zaczęłam z ogromną nieśmiałością. Poszłam do pani Teresy Wrzesińskiej, dyrektor Związku Niewidomych i zapytałam ją bardzo delikatnie czy taki pomysł ma rację bytu. Strasznie nie chciałam żeby moje słowa zabrzmiały: „ Oj jesteśmy tacy fantastyczni. Nie zapominamy nawet o ludziach, dla których teatr jest właściwie zamknięty”.

Obawiała się Pani reakcji ze strony otoczenia?
- Strasznie się bałam. Ostatnio często pojawiają się różne akcje dla akcji, a ja jestem ich wielką przeciwniczką. Chciałam stworzyć coś trwałego, coś mądrego. Przez rok nie pozwalałam mediom mówić, że jest coś takiego jak Teatr Czytany dla niewidomych i słabowidzących. Nie chciałam robić wokół projektu szumu. Nie chciałam żeby to było zjawisko, wydarzenie typu: „O urodziło się. Proszę bardzo mówmy o tym wszyscy”. Zdawałam sobie sprawę, że sfera, w której się poruszamy jest niezwykle delikatna.

Chciała Pani zobaczyć jak wypadnie zderzenie idei z rzeczywistością.
- Chciałam zobaczyć czy mój pomysł jest dobry, czy trzeba z niego zrezygnować. Z wielką pokorą pracowałam wraz z kolegami nad pierwszymi przedstawieniami. Spektakle, grane w małej salce w Związku Niewidomych, przebiegały w atmosferze ogromnego wsłuchiwania się w projekt i w samo spotkanie z publicznością.

I co Pani usłyszała? Publiczność od razu zaakceptowała pomysł?
- To wymagało pewnego czasu, bo widzowie musieli się przyzwyczaić. Jak przenieśliśmy się do teatru, musieli się nauczyć drogi do nas. To wszystko było bardzo czasochłonne.

A jak teraz odbierane są przedstawienia?
- Rewelacyjnie! Choć zupełnie inaczej niż tradycyjne.

Na czym polega „inność” odbioru, o której Pani mówi?
- Pamiętam jak pokusiłam się o wystawienie farsy. Co jakiś czas wybuchały salwy śmiechu, ale widzowie sami się uciszali. Nie chcieli uronić żadnego dźwięku dobiegającego ze sceny. To bardzo wrażliwa publiczność o ogromnym poczuciu humoru. Wyczulona na najmniejszy fałsz. Wie Pani o czym mówię… o absolutnej prawdzie. To jedna z najbardziej wymagających publiczności jakie znam.

Warto grać takie przedstawienia?
- Gdy widzę stałych widzów, na przykład pana z psem przewodnikiem, gdy słyszę słowa podziękowań to powiem Pani, że jestem przekonana o słuszności decyzji. Dopiero teraz widzę, że ta idea ma absolutny sens. Kiedy widzowie pytają: „Nie możecie tak częściej?”…To jest fantastyczne.

Przypuszczam, że trudno jest „pokazać” osobom niewidomym spektakl. Czym takie przedstawienia różnią się od klasycznych?
- Pod wieloma względami przedstawienia są podobne. Aktorzy mają rekwizyty i kostiumy. Robimy próby analityczne. Mnie najbardziej interesuje budowanie człowieka, budowanie opowieści. W tekście tak naprawdę nie jest ważne to, co jest napisane, ale to, co kryje się między wierszami.

Istnieją jednak pewne różnice? Kiedy byłam na przedstawieniu „Dzieci mniejszego Boga” granym dla osób niesłyszących na scenie pojawiły się specjalne lustra i aktorzy posługiwali się językiem migowym. Jakie metody stosujecie, by ułatwić publiczności odbiór spektaklu?
- Rozbudowujemy ścieżkę dźwiękową i aktorzy czytają didaskalia. Staramy się też, by w spektaklu było dużo zapachu. Gdy sztuka jest o szpitalu dbamy o to by unosiła się woń obieranych pomarańczy. Mówimy o jakimś daniu kuchni chińskiej i proszę bardzo właśnie taki zapach pojawia się na scenie. To są podstawowe różnice.

Czy takie przedstawienia wymagają od Pani, jako reżysera, jakiegoś specjalnego sposóbu pracy z aktorami?
- Te przedstawienia to dla mnie duże wyzwanie, bo aktorzy mają egzemplarze tekstu w rękach. Gdy przygotowuje się klasyczną premierę, aktor ma wiele tygodni na budowanie swojej roli. Aktor trzymający egzemplarz tekstu jest jeszcze na etapie poszukiwań, jest niejako obnażony. Ciągłe patrzenie na tekst może być dodatkowym utrudnieniem – tekst jest niejako oczami partnera. Patrząc cały czas w kartkę trudniej jest przekazać prawdę, na którą jestem absolutnie uwrażliwiona. Z jednej strony pojawia się konieczność dbania o prawdę sceniczną, z drugiej trzymane w ręku egzemplarze i czytane didaskalia, mimo wszystko rozbijają budowanie emocji – to wszystko podnosi aktorowi poprzeczkę niezwykle wysoko. Muszę przyznać, że nie wszyscy aktorzy dobrze czują się w tej formie teatralnej. Choć oczywiście jest pewna grupa mistrzów.

Ci mistrzowie, wraz z Panią, są w stanie zaadaptować na potrzeby Teatru Czytanego dla niewidomych, każdy tekst teatralny?
- Myślę, że tak. Choć repertuar tworzę w porozumieniu ze Związkiem Niewidomych. Nie szukam jakiś specjalnych tekstów. Oczywiście pierwszy etap był taki, że wybierałam proste, ciepłe komedie o jasnym przesłaniu. Jednak nie byłam ignorantką i arogantką. Nie przyszłam i nie powiedziałam: „Macie się cieszyć”. Pytałam raczej czego im w życiu potrzeba. A oni odpowiadali: „Śmiechu, odpoczynku, relaksu. Chcemy nadziei”.

Jakie są Pani teatralne plany na przyszłość? Jakie sztuki chcecie pokazać w ramach Teatru Czytanego?
- Jesteśmy po prapremierowym spektaklu „Next-ex” Juliusza Machulskiego. Sceniczną prapremierę zaplanowaliśmy na styczeń 2009 roku. Ja nie stosuję specjalnej polityki w doborze repertuaru. Bardzo chciałam pokazać „Rock’n’rolla” Toma Stopparda. Niestety autorka tłumaczenia poprosiła, żebym chwilowo wstrzymała się z realizacją tego projektu gdyż jeden z teatrów planował prapremierowe wystawienie. Żałowałam, bo to bardzo ciekawy tekst, który pokazuje kawał pięknej historii o ludziach. Jest także rewelacyjny pod względem muzycznym. W przyszłości chciałabym coraz częściej sięgać po polskie teksty konkursowe.

Mówi Pani o konkursie komediopisarskim, który organizujecie wraz z Gazetą Wyborczą i kanałem TVP Kultura.
- Tak. Nie forsuję jednak tych tekstów za wszelka cenę. Nie chcę broń Boże pokazywać przedstawień, których nasza publiczność nie chce oglądać. Nawet jeśli prywatnie uważam, że te teksty są bardzo interesujące.

Z pewnością niewidoma publiczność w innych miastach nie może się Was doczekać. Kiedy i gdzie można zobaczyć gościnny występ?
- Kilkakrotnie przyjeżdżały do nas grupy z Sieradza, Warszawy i Wrocławia. Sami natomiast nie wyjeżdżamy.

Dlaczego?
- Może to prozaiczne, co powiem, ale nie mamy czasu. Gramy bardzo intensywnie. Większość aktorów, występujących w ramach Teatru Czytanego, gra również klasyczne przedstawienia teatralne. Na takim gościnnym występie potrzebny jest także zespół techniczny. Taki spektakl jest trudny do zorganizowania pod względem logistycznym. Obiecuję jednak, że w przyszłości wyjazdowe przedstawienia Teatru Czytanego też będziemy grać.

Życzę pomyślnej realizacji wszystkich teatralnych zamierzeń i dziękuję za rozmowę.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.