Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3105 miejsce

Teatr TV: Sympatyczny wieczór z "Mężem i żoną"

W obliczu zbliżającej się kanikuły Teatr Telewizji zaproponował swoim widzom w ostatni poniedziałek maja 2016 roku premierę sztuki nieśmiertelnego Aleksandra Hrabiego Fredry "Mąż i żona" w reżyserii Jana Englerta.

Jan Englert i Beata Ścibakówna. / Fot. I.Sobieszczuk/TVPJan Englert od kilkunastu przynajmniej lat jawi się jako swoisty specjalista od Fredry i to zarówno jako aktor, jak i reżyser. Długo by wyliczać kreacje stworzone przez niego w sztukach tego najbardziej bodaj znanego polskiego komediopisarza (w samych tylko "Ślubach panieńskich" grał Gustawa i Radosta), a także realizacje Fredrowskich przedstawień ze słynnymi "Fredraszkami" na scenie Teatru Narodowego czy całkiem niedawno zrealizowanymi dla Teatru TVP jednoaktówkami ("Trzy razy Fredro"). Nic wiec dziwnego, że kiedy Englert po raz kolejny sięga po tekst Aleksandra Fredry sypią się nań nagrody. Podczas niedawnego Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej "Dwa Teatry" w Sopocie Jan Englert otrzymał nagrodę za reżyserię "Męża i żony", Witold Adamek został uhonorowany za zdjęcia m.in. do tej realizacji, a grające główne role kobiece: Milena Suszyńska i Beata Ścibakówna otrzymały nagrody za najlepsze role (dla Ścibakówny była to pierwsza w karierze nagroda aktorska, o czym ze wzruszeniem mówiła podczas gali wieńczącej sopocki festiwal).

Prapremiera "Męża i żony" odbyła się na początku drugiej dekady XIX stulecia (w 1821 roku), wzbudzając niejakie moralne i obyczajowe zgorszenie ówczesnej publiczności mającej nie mniejsze niż dziś, jak się wydaje, skłonności do hipokryzji i starającej się przynajmniej głośno nie mówić o bynajmniej nie marginalnym zjawisku zdrady małżeńskiej. Jan Englert postanowił nieco zmienić realia Fredrowskiej komedii erotycznej i przeniósł czas jej akcji na początek wieku minionego, czyli w dwudziestolecie międzywojenne. Czyżby dlatego, że wtedy to dopiero (podobno) się działo w sferze niewierności małżeńskiej?! Intryga pozostała jednakowoż bez zmian. Tak jak w pierwowzorze stworzonym przez hrabiego Fredrę mamy tu Milena Suszyńska i Grzegorz Małecki. / Fot. I.Sobieszczuk/TVPznudzoną i rozczarowaną małżeństwem Elwirę (Beata Ścibakówna) od roku romansującą w najlepsze z "przyjacielem domu", niejakim Alfredem (w tej roli oglądamy Grzegorza Małeckiego). Przekonana, iż czyni ze swojego męża Wacława (w tej roli z kolei Englert obsadził samego siebie) typowego rogacza, żona nie dostrzega, że jej kochanek umizguje się – eufemistycznie rzecz nazywając – do młodziutkiej i urokliwej służącej Justysi, granej przez Milenę Suszyńską. Dziewczyna jest też obiektem erotycznej fascynacji samego… hrabiego Wacława, nie bez przyczyny mającego w przeszłości opinię pogromcy niewieścich (szczególnie zamężnych) serc. Intryga więc, rzec by można, banalna z finałem łatwym do przewidzenia, wszak nie w jednej sztuce mieliśmy z nią do czynienia, by przywołać choćby najbardziej znane tragikomedie Gabrieli Zapolskiej.

Cały zatem sens oglądania takich przedstawień, jak "Mąż i żona" tkwi w sposobie przekazania psychologicznej prawdy o bohaterach, co jest tym trudniejsze w tym konkretnym przypadku, że Aleksander Fredro używał w swoich utworach specyficznego wiersza, w podawaniu którego wielkim mistrzem był nieodżałowany Andrzej Łapicki. Nieodżałowany, aleMilena Suszyńska i Jan Englert. / Fot. I.Sobieszczuk/TVP nie niezastąpiony, bo Jan Englert jako Wacław radzi sobie w tej materii po mistrzowsku. Grzegorz Małecki wydaje się być w tym względzie nieco bardziej współczesny, co nie oznacza gorszy, choć osoby przyzwyczajone do klasycznej sztuki aktorskiej "w obszarze Fredry" mogą mieć do aktora niejakie zastrzeżenia. Największym sukcesem Beaty Ścibakówny jako Elwiry jest to, że nie poszła ona w swej kreacji w rolę karykatury czy wręcz groteski, o co w przypadku mniej doświadczonej aktorki było niezwykle łatwo. Wiele młodzieńczego uroku wnosi do przedstawienia najmłodsza acz najbardziej przebiegła i cyniczna w tym towarzystwie Milena Suszyńska jako Justysia (gwoli kronikarskiej ścisłości dodajmy, iż w niemym epizodzie Mężczyzny na rowerze pojawia się jeszcze jeden aktor Teatru Narodowego w Warszawie, Karol Dziuba), niezwykle ponętnie prezentująca się w seksownej i praktycznej (zwłaszcza w scenach, gdy aktorka "gra nogami") kreacji służącej stworzonej przez Dorotę Roqueplo. Wszyscy oni sprawiają, że najnowszą realizację telewizyjną najbardziej erotycznej komedii Aleksandra Fredry o dwulicowości w stosunkach z najbliższymi ogląda się z niewątpliwą przyjemnością, tym bardziej, że przedstawienie powstało w naturalnych, stylowych wnętrzach.


Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Spektakl mam nagrany, obejrzę niebawem...
Świetnie napisany tekst... jak zawsze

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.