Jednym z najważniejszych czynników stanowiących o integracji społeczeństwa (lub grupy) jest stopień wzajemnego zaufania ludzi do siebie. Zastraszeni sobie nie ufają, unikają kontaktów i ograniczają je do minimum.
Wystarczy prześledzić nagłówki gazet i tygodników z kilku ostatnich dni, by dojść do niepokojącego wniosku, że w Polsce przestaje istnieć kultura zaufania. I nie dotyczy to tylko politycznych i gospodarczych elit. Masochiści z pewnością nie ograniczą się do nagłówków z kilku dni, lecz rozszerzą je nawet do kilkunastu, by moralny ból był większy. Sadomasochistom pozostanie zatem już tylko analiza kilku miesięcy.
Dramatyzm nagłówków zmusza do zadania pytania, czy ten nienormalny, z punktu widzenia zdrowego funkcjonowania społeczeństwa, stan może jeszcze długo trwać. I kto to psychicznie, poza dziennikarzami, politykami i młodymi historykami z Instytutu Pamięci Narodowej, wytrzyma? Człowiek psychicznie zdrowy, a mam nadzieję, że w niewielkich enklawach społeczności lokalnych tacy jeszcze przetrwali, musi teraz odczuwać bardzo silne zagrożenie.
Weźmy pod uwagę, że od ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich trwa wyniszczająca wojna polityczna. I nie jest w niej już ważne, kto ma rację. Właściwie codziennie nawet uciekający przed polityką obywatel dowiaduje się przerażających faktów o stanie naszego państwa i, co gorsze, o stanie naszych dusz. W efekcie nie wiadomo już, komu ufać, poza najbliższą rodziną, jeśli oczywiście nie mamy w niej agenta.
Sprawa profesor Zyty Gilowskiej chyba przelała czarę goryczy. Okazało się, że osoba publiczna, podejrzana o kłamstwo lustracyjne, ma mniej praw niż miejski rozbójnik, który może w zaciszu celi przejrzeć akta swojej sprawy. W ustawie lustracyjnej nie przewidziano takiego wariantu, w każdym razie z mediów dowiedziałem się, że rzecznik interesu publicznego nie jest zobowiązany takich akt udostępnić. Pozostaje zatem tylko czekać, z odsłoniętą publicznie szyją, na miłosierny ruch gilotyny, którym, w tym konkretnym przypadku, jest zgoda na rozpatrzenie sprawy przez sąd lustracyjny. Ale taki obowiązek ma on tylko w odniesieniu do osób pełniących funkcję publiczne. A przecież profesor Zyta Gilowska już nie jest wicepremierem. I w taki oto sposób koło sprawiedliwości, a raczej niegodziwości się zamyka.
Warto jednocześnie zauważyć, że nie wypowiadam się na temat moralnego czy społecznego sensu lustracji, chociaż o jej zakresie też można by dyskutować. Chodzi mi o coś zupełnie podstawowego – o obronę godności człowieka, który z mocy ustanowionego prawa jest całkowicie bezbronny wobec oskarżeń. A co będzie, jeśli okaże się on niewinny? Zgadzam się ze stanowiskiem abp Józefa Życińskiego, który w liście do Zyty Gilowskiej napisał: „Urąga poczuciu sprawiedliwości procedura, w której najpierw poddaje się kogoś medialnemu napiętnowaniu, a dopiero później informuje się go o konkretnych zarzutach albo też rezygnuje się z postawienia tych zarzutów”
Jestem socjologiem, a nie historykiem. I bardzo mocno to podkreślam. Przeżyłem tamten system jako człowiek dorosły i wiem, że był on oparty na przymusie, strachu i kłamstwie. Ale podobno, jak twierdzą niektórzy historycy z IPN, istniały w nim enklawy prawdy. Są nimi dokumenty przechowywane w teczkach służby bezpieczeństwa. I
im w tym świecie pozbawionym teraz wzajemnego zaufania powinniśmy wierzyć.
Wiem na pewno, że w czasach kryzysu społecznego zaufania, o czym świadczą również socjologiczne badania, nie można go odbudować na tak kruchym moralnym fundamencie, jakim są informacje zbierane latami przez ludzi, dla których inwigilacja była biurokratyczną rutyną, za którą dostawali premie i okolicznościowe nagrody. Trudno przyjąć, że są
to tylko teczki prawdy.