Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1112 miejsce

Teorie spiskowe czy prawdziwy spisek? Cześć 1.

Zimny, ponury dzień. Tysiące ludzi zmierzają do pracy - samochodami, autobusami, tramwajami. Po kilku godzinach wracają, zajmują się rodziną, swoimi pasjami, po prostu - żyją. Ale czy obok tego świata jest jeszcze inny - ukryty w cieniu?

Gary Webb / Fot. Wikipedia"Władza deprawuje. A władza absolutna deprawuje absolutnie" - napisał przed laty słynny Lord Acton.

Kiedy zaczynasz mówić człowiekowi o "teoriach spiskowych", - podniesie na Ciebie wzrok z niedowierzaniem i zapyta "To Ty wierzysz w te bzdury?". Nie zagłębiając się w temat z góry odrzuci Twoją tezę o tym, że być może ktoś inny, niekoniecznie politycy, faktycznie rządzi Twoim krajem, Unią Europejską czy Stanami Zjednoczonymi. Uzna iż fakt ten jest całkowicie niemożliwy, nierealny. Nauczony wierzyć w prawdę głoszoną przez mainstreamowe media nie zastanowi się nad tym co jest prawdą a co kłamstwem.

Jeżeli sądzisz, iż będzie to artykuł o kosmitach, jaszczurach pragnących zawładnąć światem, czy czymkolwiek innym co chce nim władać - rozczarujesz się. To będzie artykuł - o ludziach i historiach, które wydarzyły się naprawdę. Wnioski - będziesz musiał wyciągnąć sam - artykuł jest pierwszym z serii zaplanowanych.

Jedna z naszych historii zaczyna się w 1996 w redakcji pewnej nieznanej szerszej publiczności gazety "San Jose Mercury News", gdzie pracuje dość znany dziennikarz śledczy - Gary Stephen Webb. Przy okazji jednego ze swoich śledztw Webb wpadł na trop dość dziwnej sprawy, którą postanowił w tajemnicy zbadać.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że największy "boom" narkotykowego biznesu nastąpił w latach .80 ubiegłego wieku. Kokaina, heroina, amfetamina, marihuana, crack - dosłownie zalewały miasta w Stanach Zjednoczonych, a policja bezskutecznie próbowała walczyć z narkotykowym królestwem, tracąc przy okazji wielu zasłużonych i prawdziwych policjantów, którzy ginęli z rąk narkotykowych killerów w nieznanych nigdy amerykańskiej policji ilościach.

Przyglądając się i śledząc historię jednego z bossów narkotykowego podziemia Gary Webb wpadł na dość dziwny ślad i postanowił pójść nim. To co odkrył zmieniło jego życie na zawsze, a w końcu - doprowadziło do śmierci.

Webb podążając "dziwnym tropem" nie doszedł bowiem do meksykańskich, nikaraguańskich czy ogólnie południowoamerykańskich bądź środkowoamerykańskich karteli narkotykowych, ale do własnego rządu i Centralnej Agencji Wywiadowczej. Według tego co udało się ustalić Gary'emu Webbowi w latach .80 CIA zgadzała się na przerzut narkotyków do Stanów Zjednoczonych, a nawet sama je rozprowadzała wśród mieszkańców - szczególnie czarnych. Pieniądze z narkotyków według Webba CIA wykorzystywała by wspierać antykomunistyczne reżimy w Ameryce Środkowej, szczególnie w Nikaragui, ale nie tylko - część przeznaczała też na inne cele, miała przeznaczać je na m.in. na zabójstwa niewygodnych osób.

Kiedy Gary Webb podzielił się swoimi spostrzeżeniami z czytelnikami "San Jose Mercury News" publikując serię artykułów z cyklu "Mroczny Sojusz" gdzie szczegółowo opisał cały proces pozyskiwania, przerzucania, rozprowadzania ich na terytorium USA i finansowania gangów narkotykowych w Stanach przez CIA - wybuch skandal, a gazeta osiągnęła zyski jakich nie osiągnęła nigdy wcześniej, ani nigdy później.

Początkowo seria artykułów przyniosła Webb'owi sławę i rozgłos, a jego gazecie mnóstwo pieniędzy. Niestety - równie szybko przyniosła zarówno jemu jak i jego redakcji oraz wydawcom - olbrzymie kłopoty.

Najpierw do Webba zgłosili się tajemniczy ludzie - prosili go aby zaprzestał publikowania artykułów na temat Agencji, odbyła się kulturalna rozmowa gdzie Panowie pracujący dla CIA grzecznie próbowali namówić Gary'ego Webb'a do tego aby zaniechał dalszych śledztw w tej sprawie i zapomniał o niej. Webb zdecydowanie odmówił. Wtedy zaczęło się w jego życiu piekło - tajemnicze samochody śledziły jego oraz członków jego rodziny, otrzymywał głuche telefony, grożono mu śmiercią, prasa w Ameryce zamiast wesprzeć swojego kolegę - zorganizowała na niego zmasowaną nagonkę oskarżając o konfabulację i brak dowodów na potwierdzenie jego teorii jakoby to CIA stała za narkotykową inwazją z lat .80 XX wieku. Zaatakowany ze wszystkich stron Webb zaczął mięknąć, wpadł w depresję, spodziewano się iż na jednej z gali nagród gdzie miał otrzymać nagrodę dziennikarza roku Bay Area - odwoła swoje zarzuty. Być może by tak się stało gdyby Gary Webb nie zauważył na sali ludzi CIA. Wówczas wszedł na scenę i podziękował za wyróżnienie, a następnie zaatakował po raz ostatni - odmówił przyznania się iż informacje zawarte w jego artykułach są pomyłką, co więcej - stwierdził iż jest wciąż przekonany iż to CIA stała za narkotykowym boomem lat .80 i nie odwoła tego co napisał, po czym wyszedł.

Webb nigdy nie wrócił już do wielkiego dziennikarstwa. Z pracy w "SJMN" odszedł. Po znajomości udało się mu zatrudnić w Los Angeles Times, gdzie dostał niewiele znaczące stanowisko. Po krótkim czasie - załamany psychicznie, w ciężkiej depresji zrezygnował z dziennikarstwa na zawsze. W późniejszych latach wielokrotnie wracano do jego sprawy, a niezależni dziennikarze i niektórzy politycy próbowali dotrzeć do prawdy. Efektem działań jednego z polityków udało się doprowadzić do śledztwa w senacie Stanów Zjednoczonych. Webb został znaleziony martwy z dwoma kulami w głowie na kilka tygodni przed rozpoczęciem go, za oficjalną przyczynę śmierci uznano samobójstwo.

Kathryne Bolkovac, zdjęcie z jej oficjalnej strony internetowej. / Fot. Kathryne BolkovacKatherine Bolkovac była zwykłą, młodą policjantką - historia zdarzyła się w niedługim czasie po zakończeniu wojny w Bośni. Bolkovac, mama małego dziecka, wciąż borykała się z problemami finansowymi po rozwodzie ze swoim mężem. Wówczas nadarzyła się okazja na zarobienie sporych pieniędzy - praca jednak miała odbywać się w Europie. Bolkovac po dłuższym zastanowieniu zdecydowała się przyjąć ją - i pojechała do Europy, do powojennej Bośni gdzie trzeba było utworzyć i zorganizować na nowo policję oraz administrację pod egidą ONZ. Początkowo entuzjastycznie nastawiona do pracy, szybko zaczęła odkrywać iż świat nie jest kolorowy, a jej przełożeni nie są dobrymi ludźmi. Uderzała ją przede wszystkim ogromna przemoc wobec kobiet na terytorium Bośni, ale jeszcze bardziej uderzał ją fakt praktycznie zerowej reakcji ONZ na zaistniałą tam sytuację kobiet. Początkowo nie zdawała sobie sprawy iż nie jest to przypadek. Prawdziwy szok przeżyła kiedy zgłosił się do niej "poszkodowany" Bośniak - twierdził iż "kupił" za 4 tys. marek dziewczynę, a ona nie dość że uciekła to jeszcze ukradła mu telefon komórkowy. Był oburzony tym faktem i zażądał od Bolkovac odnalezienia "swojej własności" i bynajmniej - nie chodziło o telefon komórkowy.

Przy pomocy jednego ze znajomych policjantów rozpoczęła na własną rękę prywatne śledztwo, które doprowadziło ją do przerażających odkryć - powiązań żołnierzy i urzędników sił pokojowych ONZ z handlarzami...ludźmi. Początkowo Bolkovac nie spodziewała się do jakiej prawdy uda jej się dotrzeć. Widziała ogromna przemoc wobec kobiet w Bośni, widziała brak reakcji ze strony ONZ - postanowiła więc działać. Pomagała krzywdzonym kobietom, organizowała śledztwa przeciw mężom, przeciw przemocy i PRAWDZIWEJ dyskryminacji kobiet. Jej przełożeni jednak zbywali ją, a samo śledztwo uważali za mało istotne i zbędne.

Z czasem Bolkovac zaczęła zagłębiać się w prowadzone przez siebie śledztwo tak bardzo iż zaczęło budzić to niepokój jej szefów. Podczas śledztwa dotarła do ludzi zajmujących się handlem kobietami. Niespodziewanie dla niej - przełożeni zaczęli utrudniać jej śledztwo, w tajemniczy sposób zaczęły ginąć akta śledztwa, próbowano ją szantażować, zmusić do zaprzestania śledztwa - w toku wyszło bowiem, że urzędnicy ONZ nie tylko wiedzieli o fakcie istnienia handlu kobietami na ich terytorium - ale także sami korzystali z usług prostytutek-niewolnic - lecz nie tylko. Okazało się iż wysocy rangą urzędnicy sił pokojowych - sami czerpią zyski z tego procederu, oraz sami handlują kobietami.

Bolkovac postanowiła pomimo nacisków kontynuować śledztwo nawet po tym gdy wyrzucono ją z misji. Przy pomocy nieujawnionych policjantów z wydziału wewnętrznego udało się jej wykraść akta prowadzonego przez siebie śledztwa z siedziby sił pokojowych. Po powrocie do domu skontaktowała się z BBC. Wyemitowano tam wywiad gdzie przez długi czas wymieniała jak dochodziło do tego procederu, kto przymykał na niego oczy i kto go organizował za czyim przyzwoleniem. Następnie o komentarz i wywiad poproszono urzędnika ONZ - w wyemitowanym materiale otwarcie sugerował on iż Bolkovac jest osobą chorą psychicznie, a fakty i zdarzenia przedstawione przez nią - nigdy nie miały miejsca. Zatrudniająca Bolkovac firma DynCorp zwolniła ją ponieważ policjantka rzekomo sfałszowała część swojej dokumentacji aby dostać pracę. Zaczęły się też podobnie jak w przypadku Webb'a - głuche telefony, zastraszanie, groźby pod adresem rodziny. Bolkovac jednak - nie poddała się, wydała własną książkę - która była gigantycznym aktem oskarżenia wobec ONZ, docierała również do gazet i dziennikarzy z aktami przeprowadzonego przez siebie śledztwa - niewielu miał odwagę zająć się tematem, ale sprawa zaczęła być groźna - więc firma w której zatrudniona była Bolkovac pod naciskiem polityków ONZ zaczęła zwalniać oficerów oskarżonych przez policjantkę o udział w procederze i korzystanie z usług seksualnych niewolnic. Po latach powstał na ten temat film "The Whistleblower" - ONZ starała się nie dopuścić do jego wyemitowania, ale po protestach - film został wyemitowany także w siedzibie ONZ. Żaden z oskarżonych przez Katherine Bolkovac urzędników, oficerów czy żołnierzy - nigdy nie stanął przed sądem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.